Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

"W polityce, nic nie wydarza się przypadkowo. Jeśli jednak się wydarzy coś przypadkowego to znaczy, że było tak zaplanowane".   F. Roosevelt

KATASTROFA CZY EGZEKUCJA?

Śmierć prof. Józefa Szaniawskiego (w czasie wycieczki "spadł" z góry w czasie zejścia ze Świnicy w Tatrach) a "katastrofa" smoleńska. Czy to może mieć z sobą jakiś związek? Oczywiście poza tym że w obu przypadkach mamy do czynienia ze "spadaniem", tam samolotu, tu prof Szaniawskiego. Po obejrzeniu tego wywiadu odpowiedź nasunie się sama.

   Wywiad z Antonim Macierewiczem, posłem PiS, szefem zespołu badającego tragedię smoleńską. Rozmawiają Jacek i Michał Karnowscy.
   Co dziś wiemy o tym, co naprawdę wydarzyło się rankiem 10 kwietnia 2010 r. nad lotniskiem Siewiernyj w Smoleńsku?
   Na pewno zginęła polska elita narodowa. To jest bezsporne. Doszło do tego na skutek katastrofy samolotu rządowego Tu-154M, którym prezydent wraz z delegacją leciał, żeby złożyć hołd pomordowanym przez Sowietów w Katyniu. Wiemy już dzisiaj z pewnością, że ta katastrofa nie była wynikiem ani błędu pilotów, ani naturalnych właściwości aerodynamicznych samolotu. Wiemy, że mieliśmy do czynienia z działaniem osób trzecich. Samolot rozpadł się w powietrzu, nie uderzając o żadne drzewa, i dopiero później spadł na ziemię.
   Kiedy i gdzie dokładnie doszło do momentu kluczowego? Innymi słowy, w którym momencie zaczęła się ta tragedia, skoro - jak pan mówi - nie było to uderzenie w ziemię ani w drzewa?
   Szczątki tupolewa spadły na ziemię zapewne z wysokości 15 m, chociaż wydaje się, że główny moment katastrofy nastąpił na wysokości 26 m, kiedy odpadło skrzydło maszyny. To było początkiem katastrofy. Chwilę później, na wysokości 15 m, padło zasilanie i samolot się rozpadł.
   Do tej pory Rosjanie i wtórujące im polskie czynniki oficjalnie utrzymują, że miało miejsce zderzenie z brzozą i wtedy doszło do tragedii.
   Nic takiego się nie wydarzyło. Skrzydło odpadło w powietrzu na wysokości 26 m, to się zdarzyło wiele metrów nad brzozą.
   Którą szybko ścięto.
   Nie zajmuję się demaskowaniem wszystkich działań Rosjan i weryfikacją wszystkich fałszywych tropów. Szukam prawdy wraz z zespołem parlamentarnym, którym kieruję, i z wieloma ekspertami, w tym głównie skupionymi wokół profesorów Wiesława Biniendy i Kazimierza Nowaczyka z USA, ale także z ekspertami pracującymi na polskich uczelniach.
   I z tych prac wynika teza o rozpadzie samolotu nad ziemią?
   Tak. Z tych badań wynika, że samolot zaczął rozpadać się na wysokości 26 m. I jest to zsynchronizowane z dwoma wstrząsami odzwierciedlonymi w trajektorii lotu i zapisanymi w rejestratorach lotu ATM.
   Przyczyna?
   Na razie to badamy. Sądzę, że pierwsze miesiące przyszłego roku przyniosą odpowiedź.
   Kiedy dochodzi do tych dwóch wstrząsów?
   Na kilka sekund przed zatrzymaniem się rejestratorów. To z kolei nastąpiło 15 m nad ziemią, gdy padł system zasilania elektrycznego.
   Piloci zdają sobie wtedy sprawę, że coś się dzieje? Dotychczasowa interpretacja stenogramów z kokpitu na to nie wskazuje.
   Wskazuje. Jedno z badań, które prowadzimy, polega na zsynchronizowaniu głosów z kabiny z przebiegiem wydarzeń fizycznych, zrekonstruowanych przez naszych ekspertów. Widać, że przebieg wydarzeń wywołuje bardzo dojmującą, głośną, tragiczną i wstrząsającą swoim dramatyzmem reakcję zarówno pilotów, jak i pasażerów. Są nagrane głosy zbiorowe i pojedyncze. Pierwszą ich falę słychać na wysokości 26 m, gdy dochodzi do oderwania skrzydła. Najpierw poznajemy reakcję pilotów, potem słychać pierwszą falę głosów przerażenia pasażerów, a na wysokości 15 m, gdy wszystko gaśnie, drugą.
   Stwierdza więc pan poseł, że ludzie w tupolewie widzą, co się dzieje?
   Tak. Widzą, czują, są świadomi przebiegu dramatu. Zarówno piloci, jak i pasażerowie.
   Jak długo trwa ten stan?
   Do pięciu sekund. Tyle czasu widzą, że samolot zaraz się rozpadnie.
   Ale przecież nie było w tym tupolewie rejestratora tego, co dzieje się w kabinie pasażerskiej.
   Rejestrator w kabinie pilotów zbiera głosy z całego samolotu, zwłaszcza gdy są one pelne przerażenia i bardzo głośne. Ale chcę podkreślić, że to nie jest jedyne źródło. Jest też źródło drugie, które niestety prokuratura próbuje zdezawuować. Otóż do żony jednego z posłów, dziesięć minut po tym, jak dowiedziała się o tragedii z telewizji, dotarło nagranie głosowe od jej męża na jej telefonie. Odsłuchała je i zrelacjonowała Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. A po kilku miesiącach przekazała do wiadomości publicznej.
   Co usłyszała?
   Głos męża wołającego ją po imieniu: "Asiu, Asiu". W tle słychać głosy przerażonych ludzi oraz trzask rozpadającego się samolotu. To jest jej relacja: "... na poczcie głosowej zarejestrowane było nagranie głosu mojego męża, który krzyczał ťAsia, AsiaŤ. W tle słychać było trzaski, a właściwie to głos mojego męża był w tle, a dominujące były huk i trzaski. Słychać było też głosy ludzi, jakby głos tłumu. Nie było to wyraźne. Nie rozpoznałam jakichkolwiek słów. Był to krzyk ludzi. Nagranie to trwało dwie, trzy sekundy. Głos męża był niewyraźny. Trzaski to były krótkie, ostre dźwięki. Tak, jakby łamał się wafel lub plastik plus dźwięk przypominający hałas wiatru w słuchawce telefonu".
   Ale nagrania nie ma?
   Nie. Choć natychmiast przekazano tę informację. ABW stwierdziła, że nagranie zostało skasowane, i operator nie może go odzyskać. Moja wiedza na temat rejestracji rozmów telefonicznych każe mi wątpić w słowa funkcjonariuszy ABW. A prokuratura po pięciu miesiącach milczenia wydała komunikat stwierdzający, że pani Joanna D. się pomyliła, bo to nie był głos jej męża, ale dzwonił ktoś inny i w innej sprawie. Trudno uwierzyć, że żona może pomylić głos męża. I że wymyśliła ten opis, tak zgodny z zapisem dźwiękowym z pokładu samolotu. Zwłaszcza że uczyniła to w czasie, kiedy nasze ustalenia nie były znane, a media dezinformowały o uderzeniu w brzozę.
   Wracając do przebiegu wydarzeń. Piloci w pewnym momencie podejmują decyzję o odejściu. Ono się udaje?
   Wbrew twierdzeniom rosyjskich śledczych - tak. Samolot odchodzi, piloci nie popełniają żadnego błędu. Sprawdzili, że nie można lądować, decydują się odejść. W tym momencie na wysokości 26 m, gdy się wznoszą, odpada skrzydło. Maszyna zaczyna spadać. Na 15 m zanika zasilanie. Samolot się rozpada. Części spadają na ziemię.
   Utrata zasilania mogła być wynikiem utraty skrzydła?
   Żaden ze znanych mi ekspertów nie potwierdza takiej możliwości. W tym tupolewie były trzy generatory, dwa równoległe systemy zasilania w energię elektryczną. Ten samolot - z tego punktu widzenia - był bardzo bezpieczny. I tylko rozpad samolotu mógł doprowadzić do tego, że zasilanie padło.
   W potwierdzeniu tego lub zaprzeczeniu temu mogło pomóc badanie wraku tupolewa. Niestety go nie przeprowadzono.
   Tak. To niezrozumiałe. Ale podjęliśmy prace nad analizą tysięcy zdjęć wraku i szczątków. Badania jednego z zespołów naszych ekspertów pozwoliły zidentyfikować miejsce, gdzie zaczął się rozpad kadłuba. Oczywiście, badanie śladów, które widać na zdjęciach, nie jest tak wiarygodne jak badania na miejscu. To hipoteza, ważna wskazówka. Na rekonstrukcjach widać, że w śródpłaciu, a więc w najmocniejszej części samolotu, znajduje się miejsce najbardziej zniszczone, rozerwane. Od niego zapewne rozchodziła się fala uderzeniowa, która była przyczyną rozpadu samolotu. Podkreślam, że to hipoteza, ale zbieżna z innymi danymi i analizami.
   To wszystko jest całkowicie sprzeczne z tezami raportu komisji Millera, która twierdzi, że kluczowa była pomyłka w odczycie wysokościomierza. Piloci myśleli ponoć, że są wyżej, niż byli.
   W mojej ocenie osią raportu Millera jest teza o uderzeniu w brzozę, stwierdzenie, że gdyby nie to, samolot by odszedł bezpiecznie. Trochę inaczej podchodzi do tego Anodina, ale i ona uważa, że uderzenie w drzewo miało kluczowe znaczenie. Żaden z tych raportów nie przytacza ani jednego dowodu na fakt uderzenia w brzozę, ani też jakiejkolwiek analizy, iż takie uderzenie oderwałoby skrzydło. Dowody zastąpiono propagandą i medialnym praniem mózgów.
   Tak, ale samolot właśnie dlatego miał uderzyć w drzewo, bo źle działał wysokościomierz.
   Dokładnie tak. Warto zwrócić uwagę na to, że w nagranej potajemnie przez Edmunda Klicha rozmowie minister Bogdan Klich podkreśla, a robi to kilka dni po katastrofie, że dla niego najbardziej zaskakujące jest to, iż piloci do końca reagują spokojnie, nie ma żadnych nerwowych ruchów. Załoga uważa, że wszystko przebiega zgodnie z planem, nie ma żadnego chaosu, a nawigator spokojnie odczytuje kolejne informacje o zmianie wysokości.
   Skąd minister to wie?
   Zapewne odsłuchał czarną skrzynkę. Albo miał dokładny stenogram tego zapisu. I wyciągnął słuszne wnioski, tylko nie rozumiał tego, co mówi. Gdy odłożymy na bok medialną propagandę, zobaczymy taki właśnie obraz. Wszystkie procedury są z góry zaplanowane. Kapitan Protasiuk dziewięć minut przed planowanym lądowaniem mówi, że jeśli nie będzie można wylądować, to odejdą w automacie. I tak się dzieje. Spokojnie słucha nawigatora relacjonującego opadanie samolotu, które poprzedza odejście podczas manewru odchodzenia. Wreszcie samolot zaczyna się wznosić. I nagle dochodzi do katastrofy. Mamy 26. m nad ziemią. Coś się dzieje. Co? Dziś już wiemy, że odpada skrzydło, następują dwa silne wstrząsy, samolot się rozpada...
   Media bez przerwy wrzucały, w większości fałszywe, informacje o jakimś straszliwym chaosie na pokładzie, wyłaniał się z tego obraz bałaganu i nieodpowiedzialności.
   Dziś wiemy, że to wszystko nieprawda. Kapitan Protasiuk nie był w żadnym, jak twierdziła Anodina, tunelu świadomościowym. Nikt nie biega, nie krzyczy ani nerwowo nie wypatruje ziemi przez okno. To nieprawda. W rzeczywistości wszystko aż do 26. m nad ziemią przebiega tak, jak zaplanowano. Piloci podejmują decyzję o odejściu wtedy, gdy na wysokości 100 m nad pasem nie widać ziemi. Samolot zachowuje się prawidłowo, reaguje na to polecenie. Wtedy jednak następuje wydarzenie zewnętrzne, dochodzi do dwóch wstrząsów, samolot traci skrzydło.
   Komisja Millera stwierdziła, że piloci źle czytają dane z wysokościomierza, a prawidłowo robi to tylko generał Błasik obecny w kokpicie.
   Tak stwierdziła, ale to nieprawda. Nic, dokładnie nic na to nie wskazuje. Gdy generał Błasik podaje wysokość, kpt. Protasiuk wydaje komendę "odchodzimy" którą powtarza drugi pilot. W kokpicie jest pełen spokój, Protasiuk mówi najpierw "odejdziemy w automacie", potem "odchodzimy", a następnie podaje kolejne meldunki o paraboli zejścia zakończonej wznoszeniem. Te fakty świadczą o tym, że nie było żadnej pomyłki. Mogłoby do niej dojść tylko w sytuacji chaosu, zdenerwowania. A nic takiego nie miało miejsca. Dlatego tak często mieliśmy do czynienia z podrzucanymi fałszywymi informacjami o rzekomym bałaganie na pokładzie. Żaden fakt tego nie potwierdza. Nikt w żadnym momencie nie krzyczy, że są za nisko, że się pomylili, że coś jest nie tak. Nie. Odwrotnie - do ostatnich sekund wszystko jest w porządku. Krzyki przerażenia słyszymy dopiero wtedy, gdy samolot traci skrzydło i zaczyna się rozpadać. Dokładnie to samo usłyszała pani Joanna D. w nagraniu pochodzącym od męża. Dlatego ten kluczowy dowód zniszczono, a następnie próbuje się go zdezawuować.
   Rozumiemy pana tezę w ten sposób, że wszystko tak naprawdę wydarzyło się po prostu dziesięć metrów wyżej, niż twierdzą Rosjanie i niż uznała komisja Millera?
   Dokładnie tak. I o tym także mówi Bogdan Klich, słusznie zdziwiony, dlaczego oni się nie denerwują. Klich jednak, który sam ukrywa dowody winy rosyjskiej, boi się nawet pomyśleć, co naprawdę znaczą opisywane przez niego fakty. A taki właśnie przebieg wydarzeń potwierdzają wszystkie dane i analizy, z jakich korzystamy, a są to - jak panowie wiedzą - materiały wszechstronne.
   Co ma pan na myśli, gdy mówi o czynniku zewnętrznym?
   Nie przesądzam, co to jest. Nie mogę wykluczyć, że była to także awaria silników.
   Trudne do wyobrażenia.
   Też tak sądzę, ale nie można pomijać faktu, że silniki tupolewów często ulegały awarii. Katastrofę widziało, o czym rzadko się mówi, bardzo wiele osób. One wszystkie mówią, że samolot wydawał jakiś przeraźliwy, dziwny dźwięk silników tuż przed katastrofą. Te sformułowania pojawiają się także w relacjach polskich pilotów, którzy czekali na przylot samolotu w Smoleńsku. Oni na tych maszynach latają, słyszą, że coś jest nie tak. Czy to była przyczyna katastrofy, czy skutek jakichś czynników zewnętrznych - to temat na osobną dyskusję. Natomiast pewne jest, że nie było żadnego błędu pilotów.
   To mógł być zamach?
   Tego nie możemy dziś rozstrzygnąć, ale na pewno nie wolno nam tego odrzucić. Nawet nasza prokuratura, która 1 kwietnia zawiesiła rozpatrywanie tej hipotezy, dodała ustami prokuratora generalnego pana Andrzeja Seremeta, że jeśli pojawią się nowe fakty, to jej badanie może zostać wznowione. Nowe fakty właśnie się pojawiły. To są zarówno wyniki prac naszego zespołu, jak i taśmy pana Edmunda Klicha. Dziś dowiedziałem się od prokuratury, że nasze podejrzenie o odpowiedzialności "osób trzecich" jest badane... Z taśm Klicha wiemy, że polscy eksperci uznali w pierwszym momencie, iż to wina rosyjska. Zakazano im jednak tego typu wnioskowania i poszukiwań w tym kierunku. Tak, ale to tylko dwa słowa. A przecież to materiał 40-stronicowy, opisujący wydarzenia od godziny 8 rano czasu polskiego, niezwykle szczegółowy, zawierający wyniki przesłuchań Rosjan, formułujący tezę o winie rosyjskiej.
   Na tych nagraniach Bogdan Klich krytykuje Edmunda Klicha za materiał płk. Milanowskiego, w którym ten wskazuje na winę Rosjan. A ten bez szemrania przyjmuje dyspozycję, by zaniechać badania wątku rosyjskiej winy.
   Żaden z nich nie jest dobrym bohaterem. Edmund Klich wydaje się być zdziwiony tym materiałem.
   Znamy ten materiał?
   Nie, nikt go nie zna. Został schowany.
   Dlaczego Edmund Klich to nagrywał? Dla Rosjan?!
   To warto by zbadać. Ale wiemy, że pana Edmunda Klicha wybrała - jako polskiego akredytowanego przy śledztwie - strona rosyjska. On sam to przyznaje. To on namawia polskich przedstawicieli do wyboru protokołu 13. konwencji chicagowskiej, tak wygodnego dla Rosji. Ta nić działania w interesie Rosji jest w jego postępowaniu stała. Nie zdejmuje to oczywiście winy z polskiego premiera, który dał mu taką władzę. Chociaż wiedział, że Edmund Klich zawsze przedkłada w tym dochodzeniu interesy strony rosyjskiej nad interesy polskie. Dlaczego premier to zrobił? Nie wiemy. Ale doszło do działania na szkodę interesu Polski, przeciw prawdzie.
   Załóżmy na chwilę, że ten czynnik zewnętrzny doprowadzający do katastrofy to świadome działanie. Kto na tym zyskał najbardziej? Rosja. Całkowitej zmianie uległa polska polityka, nastawiona wcześniej na tworzenie obszaru współpracy między Odrą a Kaukazem, między Morzem Bałtyckim a Morzem Czarnym. Przy wszystkich swarach wielkość Lecha Kaczyńskiego i wspierającej go elity - ale także uwarunkowania historyczne dające Polsce siłę moralną do koordynowania tego procesu - powodowała, że to przynosiło efekty. Nawet kiedy po 2007 r. zaczął funkcjonować rząd odrzucający tę koncepcję.
   Jak wyglądałaby polska polityka zagraniczna, gdyby nie doszło do tragedii smoleńskiej?
   Gdyby żył prezydent Kaczyński, minister Sikorski nigdy by nie wygłosił przemówienia w Berlinie. To oczywiste.
   Nawet gdyby przegrał wybory?
   Jestem pełen uznania dla osiągnięć Jarosława Kaczyńskiego w kampanii wyborczej w roku 2010, ale każdy, kto zna się trochę na polityce, wie, że śp. Lech Kaczyński miał dużo większe możliwości poszerzenia spektrum swojego poparcia.
   Tu pada kontrargument, że było to możliwe w atmosferze po tragedii smoleńskiej.
   Kiedy Jarosław Kaczyński startował w wyborach prezydenckich, a to było już po 10 kwietnia, mówiono, że uda mu się zdobyć kilka procent. Więc trzeba ostrożnie dywagować. Poparcie dla Lecha Kaczyńskiego tuż przed 10 kwietnia poważnie wzrosło. Wizja kontynuacji jego polityki wielu przeszkadzała, także Rosji.
   Mogli chcieć go wyeliminować?
   Na pewno Rosja miała interes w tym, by wyeliminować tak poważnego i skutecznego polityka przeszkadzającego w realizacji planu zdobycia przez nią dominacji w regionie. Dokonało się to po jego śmierci. A plan utworzenia bloku państw Europy środkowo-Wschodniej nie powiódł się i został porzucony.
   Polski prezydent był dla Rosji śmiertelnie poważnym zagrożeniem?
   Tak. I nie można zapomnieć o tym, że trzy dni wcześniej w Katyniu, w trakcie rozmów między premierem Donaldem Tuskiem a Władimirem Putinem, podjęto decyzję o porozumieniu gazowym. O tym, że Polska będzie nadal uzależniona od rosyjskiego gazu i że nie będzie walczyła o suwerenność energetyczną. To wówczas podjęto kluczową decyzję polityczną, bo premier Tusk po prostu zaakceptował kształt polityki europejskiej widziany przez Putina i Schroedera. O to Rosji chodziło, to jej podstawowy cel.
   By go osiągnąć, Rosjanie gotowi byli zabić?
   Po śmierci prezydenta Kaczyńskiego premier Tusk i prezydent Komorowski natychmiast rozpoczęli realizację polityki alternatywnej, prorosyjskiej.
   Jest prawdą, że przestrzegał pan śp. prezydenta przed lataniem rosyjskim samolotem do Rosji?
   Zwracałem panu prezydentowi uwagę na szereg kwestii, także związanych z jego bez-pieczeństwem. Zwłaszcza od 1 lipca 2008 r., kiedy na rozkaz ówczesnego szefa MSWiA i stojącego za nim premiera Tuska żołnierze weszli do Biura Bezpieczeństwa Narodowego i łamiąc wszelkie możliwe przepisy, wykradli dokumentację byłych WSI, nawet nie zostawiając pokwitowania. Po prostu zdjęto ochronę BOR, żołnierze weszli i wzięli, co chcieli. To był sygnał, że stan zabezpieczenia pana prezydenta jest dramatyczny. Ale Lech Kaczyński w walce o niepodległość Polski był gotów podjąć najwyższe ryzyko. Tak mi odpowiedział. Wskazywał, że zdaje sobie sprawę z zagrożeń. Ale że ma do wyboru albo położyć wszystko na jednej szali, albo zrezygnować z polityki budowania niepodległości Polski. Mówił: "Ta mafia jest do wszystkiego zdolna, ty sobie nie wyobrażasz, do jakich rzeczy są zdolni". Mówił to z pozycji wiedzy prezydenta do człowieka, który też miał informacje o sile i groźbie mafii postkomunistycznej.
   Nie można było zwiększyć liczby ochrony?
   Prezydent o tym myślał, ale wiedział, że przedstawiono by to w sposób tak perfidny, iż straciłby szanse na walkę o reelekcję. Ekipa Tuska nie potrafiła zaakceptować i uszanować nawet konieczności zapewnienia prezydentowi bezpieczeństwa. Być może uratowałby życie, ale musiałby zrezygnować z polityki niepodległościowej.
   Zginąć mieli obaj Kaczyńscy?
   Na pewno do 7 kwietnia Jarosław Kaczyński znajdował się na oficjalnej liście pasażerów.
   Ktoś mógł przeżyć katastrofę?
  
   Informację o śmierci wszystkich pasażerów podano natychmiast po katastrofie. Nikt ich nie ratował, nie sprawdzono, czy ktoś żyje. Przyszły rok może przynieść przełom i prawdę o tragedii smoleńskiej?
   Nasza praca ma kilka faz. Mam nadzieję, że na początku 2012 r. sfinalizujemy prace nad fizycznym przebiegiem katastrofy. Drugim etapem będzie rekonstrukcja politycznego tła katastrofy. Tu też jesteśmy na dosyć zaawansowanym etapie. Ale jest i trzeci - ustalenie listy winnych. Mamy już wiele danych w tej sprawie. Wiemy na przykład, kto z Moskwy wydawał rozkazy, zdecydował o tym, by wbrew stanowisku kontrolerów lotu w Smoleńsku samolot jednak lądował.
   Jeden z kontrolerów, Paweł Plusnin, rzucił polskim dziennikarzom: "Ja ich próbowałem ratować". To znaczy, że ktoś chciał ich zabić?
   Dobre pytanie. Decyzje podjęto w Moskwie i to z pewnością nie na poziomie generała wydającego rozkazy Krasnokutskiemu czy Plusninowi. Rosjanie złamali swoje własne prawo. Determinacja, by sprowadzić tam samolot, była więc ogromna. Jednocześnie warto pamiętać, że 7 kwietnia, w czasie wizyty premiera Tuska w Katyniu, rosyjskie służby bezpieczeństwa koncentrowały się wokół cmentarza w Katyniu. Trzy dni później, 10 kwietnia, w czasie planowanego lądowania prezydenta Kaczyńskiego, służb tych było dużo więcej i były skoncentrowane wokół lotniska. Był tam OMON, był Specnaz, o czym mówi wielu świadków, byli funkcjonariusze Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych. W sumie pięć służb, w bardzo dużej, niezwykłej liczbie.
   I sprzęt, którym w dobę po tragedii cięto wrak, wybijano łomami szyby. To w świecie cywilizowanym niepojęte. Po tragedii nad Lockerbie zebrano każdy kawałeczek, wyłowiono szczątki z morza. I w końcu znaleziono element wygięty wybuchem bomby.
   Nikt z polskich ekspertów nie badał tego wraku! Nie badał skrzydła! Musimy także ustalić odpowiedzialność po polskiej stronie. Przecież nie wskazano winnych. Odwrotnie - nagrodzono szefa Biura Ochrony Rządu generała Mariana Janickiego, który odpowiada za brak sprawdzenia i zabezpieczenia lotniska w Smoleńsku.
   Jakby chciano powiedzieć "zrobimy wszystko, nie ma granicy wstydu, nikomu włos nie spadnie z głowy"?
   Tak. I to rodzi kolejne pytanie - co ich tak cementuje z ludźmi takimi jak Janicki? Jaka tajemnica? Jakie poczucie winy?
   Albo strach, że prawda oznacza wojnę?
   To myślenie niewolnicze. I nieprawdziwe. Prawda nie oznacza wojny. Prawda przynosi wolność.

 Czy Grzegorz Michniewicz za dużo wiedział o mającej natąpić "katastrofie"?  2010-12-15
   Grzegorz Michniewicz, dyrektor generalny Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, popełnił samobójstwo w dniu powrotu z remontu w Samarze tupolewa o numerze bocznym 101,
   Prokuratura Generalna nie widzi potrzeby wnioskowania o sprawdzenie śledztwa dotyczącego tajemniczej śmierci wysokiego urzędnika z kancelarii premiera Grzegorza Michniewicza - informuje prokurator Maciej Kujawski. Tymczasem w śledztwie tym nie sprawdzono billingów ani nie zbadano ważnych aspektów wynikających z dostępu urzędnika do ściśle tajnych informacji.
   - Sprawa ta była objęta nadzorem Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie. Na razie nie widzimy potrzeby, aby Prokuratura Generalna ją badała - informuje prokurator Kujawski. Michniewicz, dyrektor generalny kancelarii premiera i członek rady nadzorczej Orlenu, zmarł pod koniec grudnia 2009 roku. śledztwo w tej sprawie trwało blisko rok i zakończyło się dwa miesiące temu umorzeniem. Stwierdzono, że najbardziej prawdopodobne jest, iż Michniewicz popełnił samobójstwo. Jednak jak się okazuje, prokuratura nie zbadała kilku istotnych kwestii, takich jak billingi z ostatnich połączeń urzędnika czy uwarunkowania wynikające z tego, iż Michniewicz miał dostęp do tajnych informacji w kancelarii premiera. Nie określono także czasu jego zgonu. - Prokurator prowadzący sprawę ocenił, iż nie jest niezbędne żądanie billingów, że nie będą miały wpływu merytorycznego na ustalenia postępowania - tłumaczy prokurator Monika Lewandowska, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie. - Prokurator zgromadził materiał dowodowy i uznał go za wystarczający - dodaje. Dlaczego nie określono czasu zgonu? - Czas zgonu nie zawsze z punktu widzenia medycznego jest możliwy do określenia, tutaj nie było to widocznie możliwe - stwierdza Lewandowska.
   Zapytaliśmy prokuraturę, czy podczas śledztwa zakładano, że mogło dojść do morderstwa. - Prokurator uznał, że nie było ingerencji osób trzecich - stwierdza Lewandowska. Jednak mecenas Bogdan Borkowski, który w sprawie Krzysztofa Olewnika ma do czynienia z wieloma tajemniczymi samobójstwami, podkreśla, że takie sprawy powinny być wnikliwie badane. - Nawet jeżeli wszystkie ślady i znaki wskazują na to, że to było samobójstwo, bezwzględnie należy zbadać, czy nie doszło do zabójstwa - podkreśla. Mecenas zwraca uwagę, że czasami się zdarza, iż miała też miejsce ingerencja osób trzecich, swoista "pomoc" przy samobójstwie, dlatego należy zbadać wszystkie okoliczności sprawy. - Nieraz są ślady na ciele, plamy opadowe itp., które wskazują na ingerencję osób trzecich - mówi. - Nawet jak nie ma takich poszlak, to należy sprawdzić billingi - podkreśla mecenas.
   Prokuratura jednak tego nie zrobiła. Wiadomo, że ostatni SMS urzędnik wysłał do szefa kancelarii premiera Tomasza Arabskiego. Miał on dotyczyć sprawy innego urzędnika. Prokuratura nie zbadała także uwarunkowań zawodowych Michniewicza. Czy sprawa może mieć związek z organizacją wizyty prezydenta w Katyniu? Przełożonym urzędnika był Tomasz Arabski, który uczestniczył w ustaleniach dotyczących tragicznie zakończonego wyjazdu. W dniu domniemanego samobójstwa do Polski wrócił remontowany w rosyjskiej Samarze Tu-154M nr 101, który potem uległ katastrofie pod Smoleńskiem.
   Lewandowska podkreśla, że prokurator prowadzący śledztwo badał każdy wątek istotny dla śledztwa, a sama decyzja nie została zaskarżona i się uprawomocniła. Potem sprawdzała ją także prokuratura apelacyjna.
   Borkowski mówi, że gdy pojawią się nowe okoliczności, prokuratura w każdym czasie może wznowić śledztwo. Może też interweniować Prokuratura Generalna. Ale na razie się na to nie zanosi.
   Zenon Baranowski
   Za: Nasz Dziennik, Czwartek, 16 grudnia, Nr 293 (3919)

Przypadek?
   Naprawdę miałam chęć napisania czegoś zabawnego, czegoś co by się nadawało do "Humorów Prawicy", ale nie mogę. Moje plany zniweczył wpis niejakiego Samuela Pereiry (znanego też jako S. Preria), który w swojej grupie o nazwie "Mediowo" (na Facebooku) zamieścił taki oto zbiór:
   "Czy ktoś mi wyjaśni te 5 wypadków samochodowych? (w jednym niedoszła ofiara przeżyła)
   1. bp Mieczysław Cieślar † 18.04.2010 r.
   - Duchowny zginął w godzinach nocnych w wypadku samochodowym. Miał byc nastepca ks.Adama Pilcha - ktory zginal w Smolensku. Bp Cieslar był przewodniczącym Kolegium Komisji Historycznej w sprawie inwigilacji luteran przez SB (sprawa Zwierzchnika Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego bp Janusza Jaguckiego) link na ten temat
   2. dr Dariusz Ratajczak † 28.05.2010 r.
   - Zginął w bardzo zagadkowych okolicznościach. Dariusz Ratajczak (48 l.) był doktorem historii, jedynym w Polsce skazanym za „kłamstwo oświęcimskie". Znajdujące się w stanie znacznego rozkładu zwłoki znaleziono w ubiegłym tygodnie w samochodzie renault kangoo, który prawdopodobnie od 28 maja stał na parkingu pod "Karolinką". Gwoli uczciwości trzeba dodać, że był też ofiarą nagonki w "Wyborczej". link na ten temat
   3. Krzysztof Knyż † 02.06.2010 r.
   - ‘Operator Faktów nie żyje’, taka informacja pojawiłą się w serwisie tvn, bez szczegółów. Pracował z W. Baterem (tym, który pierwszego dnia podał poprawną godzinę katastrofy, co media odkryły po 10 dniach) śmierć operatora nieomal przemilczana...ponoc w Polsat News (platforma cyfrowa) byla relacja na zywo i pokazyno jak TU154 laduje awaryjnie i nie byl to banajmniej rozbity w drobny mak samolot ale dobrze zachowana maszyna - czy ktos to ogladal? ma nagranie? link na ten temat
   4. prof. Marek Dulinicz † 06.06.2010 r. szef "rzekomej"grupy archeo ktora miala wyjechac do Smolenska-nie zyje...zginal w wypadku samochodowym. link na ten temat
   5. Wojciech Sumliński (przeżył) 08.06.2010 r.
   - Dziennikarz śledczy Wojciech Sumliński uderzył w Białej Podlaskiej samochodem w mur cmentarny. W oponie znaleziono poziomo wbity gwóźdź, który ją przedziurawił. Dziennikarz chce złożyć do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Uratował go fakt, że planując wyjechać do Warszawy, chcąc coś załatwić jechał jeszcze po mieście. Dzięki temu prędkość w momencie pęknięcia opony wynosiła 60 km/h link na ten temat
   ps. Pod koniec ubiegłego roku też zdarzyła się dziwna historia. Grzegorz Michniewicz, dyrektor generalny Kancelarii Premiera Tuska zmarł nagle 23.12.2009 r. - powiesił się na kablu od odkurzacza. Nie zostawił listu pożegnalnego. W wieczór poprzedzający tragedię Grzegorz Michniewicz przeprowadził trzy rozmowy telefoniczne w dziwnym, nietypowym nastroju (z żoną, pewnym urzędnikiem i ze swoim przyjacielem) oraz wysłał serię SMS-ów. Przyjaciel z którym Michniewicz rozmawiał przed śmiercią przez Skype wyznał, że Grzegorz był w fatalnym stanie psychicznym, tak jakby był czymś przerażony, wręcz szlochał. Michniewicz miał dostęp do wszystkich, nawet najbardziej tajnych dokumentów premiera Tuska. Przez jego ręce przechodziła cała korespondencja do premiera - w tym prywatna. link na ten temat"
   Później dodała jeszcze Dominika G.:
   "zapomnieliśmy o jeszcze jednej bardzo istotnej śmierci - szyfranta Zielonki... jego szczątki odnaleziono w kwietniu br. w Wiśle. Czy przypadkiem nie było tak, że był on potrzeby Rosjanom do rozszyfrowania kodów z telefonów satelitarnych... a potem się go po prostu pozbyli?" To jak to było z tą krwią na rękach...?
   Claroklara
   Za: Niepoprawny politycznie Blog - claroklara

Wraca stare, totalitaryzm w rozkwicie.
  


  Smoleńsk - drugi Katyń czy drugie WTC ?  09.10.2010r.
  Mija właśnie pół roku od katastrofy w Smoleńsku. O ile na początku wiele spraw związanych z katastrofą było niejasnych, o tyle dzisiaj można wyciągnąć kilka oczywistych wniosków.
   Pierwszym z nich jest stwierdzenie, że Rosja na tej katastrofie, poza wściekłą na nią nagonką, nie zyskała nic! Nagłośnienie sprawy Katynia też nie było jej na rękę. A to przecież dopiero po Smoleńsku wiele krajów zainteresowało się filmem Wajdy. Mimo zmiany lokatora Belwederu nagonka medialna na Rosję jest dzisiaj jeszcze większa, niż przed Smoleńskiem. Wprawdzie PO na polecenia płynące z Waszyngtonu i Telawiwu okazuje chęć współpracy i polepszenia stosunków z Rosją, ale PiS i jego wyznawcy oraz kontrolowane przez Żydów media dziennie atakują i oskarżają Rosję z narastającą agresywnością. Rosja stoi pod pręgierzem manipulowanej agenturą wpływu opinii publicznej. Do nagonki na Rosję agentura wpływu wciągnęła i podpuściła wielu oszołomów, użytecznych idiotow i zaślepionych wyznawców kaczyzmu.
   Sprawa nagonki na Rosję dotyczy nie tylko Polski. Rosja atakowana jest i oskarżana o winę za Smoleńsk we wszystkich krajach podległych ideologom NWO. Smoleńsk okazał się więc ważnym elementem medialnej nagonki i osaczania Rosji.
   Celem ostatecznym jest przejęcie kontroli nad Rosją przez agentów Rothschildów i Rockefellerów - Chodorkowskich, Berezowskich i innych im podobnych rosyjskich Bushów i Baraków. Banksterzy, kompleks jot, chcą przykuć Rosję od żydowskiego rydwanu pędzącego w stronę NWO.
   Szczytem absurdu i ewidentną prowokacją jest próba oddania śledztwa smoleńskiego w ręce Kongresu USA. Najbardziej aktywny w tej prowokacji jest były działacz żydowskiego KOR-u, główny ideolog PiS-u, biologiczny rusofob, Izaak Singer vel Antoni/Macierewicz. (??? - admin)Na całym świecie miliony ludzi domaga się wznowienia śledztwa w sprawie zamachów z 11/9. Istnieje wiele niepodważalnych dowodów na to, że oficjalna wersja zamachów jest kłamstwem. Kongres USA przeprowadził parodię śledztwa w sprawie 11/9 i pod dyktando rzeczywistych zamachowców spod znaku kompleksu jot i PNAC oskarżył winą za 11/9 koczujących w jaskiniach w Afganistanie islamistów.
   Tym samym Kongres USA jest winny zacierania śladów zbrodni i chronienia przed poniesieniem odpowiedzialności za 11/9 zbrodniarzy - rzeczywistych zamachowców.
   I taki oto ochraniający zbrodniarzy Kongres, zainteresowany na dodatek rzuceniem Rosji na kolana, ma prowadzić śledztwo smoleńskie.
   Innym absurdem jest to, że nawet witryny demaskujące plany narzucenia światu rządów NWO w ich antyrosyjskim zaślepieniu nie dostrzegają oczywistego faktu, że to nie Rosji a globalistom zamach przyniósł ogromne korzyści. Właśnie w postaci dania pretekstu do półrocznej już nagonki na Rosję.
   Na jednej z takich witryn wyczytałem:
   "Obserwując to co się działo w ciągu ostatnich 5-ciu miesięcy widzę, że wszystko zmierza w stronę stworzenia konfliktu z Rosją. Czy leży to w interesie Polski? Na pewno nie. W przypadku konliktu pozostaną po nas zgliszcza. Musimy zatem rozważnie podejść do zagrożenia - być może faktycznie Putinowi chodziło o zniszczenie odwieczego wroga Rosji, a tak oficjalnie nie mógł na nas napaść. A może zamach był spowodowany przez trzecią siłę, której zależało na tym by stworzyć konflikt światowy? Nie jesteśmy obecnie w stanie stwierdzić ze 100% pewnością kto dokonał ewentualnego zamachu."
   Ten niepoważny bełkot można podsumować tak:
   - Konfliktu z Rosją nie musi być. Wystarczy przestać na nią szczuć.
   - Agentura obcych interesów rządząca Polską nie kieruje się polskim interesem. Ona realizuje interesy globalistów. Kaczyński Polskę zażydzał, Tusk i Komorowski obiecywali Izraelowi ewentualną pomoc w ataku na Iran, a Radek Sikorski ostatnio merdał ogonem w Waszyngtonie o nowe rakiety, nową wersję "tarczy" i bezzałogowe samoloty (do szpiegowania m.in Rosji).
   - Putin nie musi niszczyć "odwiecznego" wroga (Polski) z dwóch powodów:
   a) Nawet 20 takich "odwiecznych wrogów" nie jest w stanie poważnie zagrozić Rosji. Czy mamut musi obawiać się bzyczących mu nad uchem komarów?
   b) Putin nie ma potrzeby "zniszczenia" czegoś, co już jest zniszczone. Polska to niesuwerenny barak unijny, któremu Bruksela dekretami narzuca wolę nawet w takich sprawach, jak wyposażenie kurników. Polska to militarny wasal NATO pomagający w okupacjach innych, suwerennych państw. Polska to bankrut szabrowany i okradany przez światową lichwę. Co jeszcze mógły więc Putin zniszczyć? On mógłby chyba raczej wyrwać nas z NWO-wskiej opresji. Kto wie, czy nie zawdzięczamy Rosji tego, że jeszcze nie jesteśmy zachipowanym bydłem roboczym banksterów.
   Drugim oczywistym stwierdzenim jest to, że w odniesieniu do sprawach wewnętrznych - zwłaszcza finansowych i gospodarczych - katastrofa była na rękę tym, którzy szabrują nasz barak. Polska jest bankrutem ale milionów wyznawców kaczyzmu to kompletnie nie interesuje. Zajęci są bowiem szczuciem na Rosję. Przy okazji przerobiono Kaczyńskiego na bohatera narodowego. Choć dla Polski przynosił on wyłącznie szkody. Zasłużonym - i to bardzo - był on jedynie dla Żydów, Izraela i USA. Uczynił Polskę Judeopolonią i amerykańskim wasalem.
   Trzecim oczywistym faktem jest to, że szczucie na Rosję odwraca uwagę od kapitalnej winy za Smoleńsk samego Kaczyńskiego i jego kancelarii (kosztującej wówczas rocznie Polaków miliony złotych).   - - zwracam uwagę autorowi że kancelaria Komorowskiego też kosztuje i to dużo więcej niż kosztowała Kaczyńskiego.
   - Nieodpowiedzialne i dyletanckie przygotowanie i zabezpieczenie, a raczej jego kompletny brak - bezpieczeństwa lotu.
   - Wpuszczenie przez Kaczyńskiego - Zwierzchnika Sił Zbrojnych - tylu ważnych generałów na pokład jednego samolotu dwa lata po Mirosławcu.  :  za bezpieczeństwo delegacji odpowiada rząd a nie prezydent!
   - Lot na ostatnią sekundę, lądowanie na łeb na szyję, z generałem stojącym pilotom za plecami.
   - ignorowanie wiadomości o złej pogodzie otrzymywanych z innego polskiego samolotu, który wcześniej wylądował w Smoleńsku (te informacje kompletnie wyparowały obecnie z żydowskich mediów).
   Ciekawi mnie, dlaczego USA nie ujawni ostatniej rozmowy telefonicznej bliźniaków? Czyżby padało tam stwierdzenie - "wydałem dyspozycje i będziemy lądować...".
   Ciekawi mnie, dlaczego nie leciano do Smoleńska 13 kwietnia, w uchwalonym przez sejm przy dużym współudziale Kaczyńskich dniu święta państwowego - Dniu Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej.
   Czyżby dlatego - aby nie mogli ze względu na szabat lecieć przyjaciele prezydenta - Żydzi? Choć to planowali, o czym mówił tuż po Smoleńsku naczelny rabin polski.
   Czy więc datę obchodów Dnia Katynia przeniesiono na sobotę - 10 kwietnia, aby w katastrofie oszczędzić Żydów? Podobnie, jak to było w WTC, gdzie Żydzi akurat 11/9 wzięli urlopy i nie przyszli do pracy.
   Smoleńsk nazywany jest drugim Katyniem, co jest szyderstwem z faktów. Do Katynia przywożono trzymanych w niewoli polskich jeńców wojennych. Ich winą było to, że walczyli o wolność Polski. Przywożono ich na miejsce kaźni bez ich własnej woli. Żydobolszewicka NKWD mordowała ich strzałem w potylicę.
   Ofiary Smoleńska nie byli jeńcami wojennymi a jedynie świtą i orszakiem grabarza suwerenności. Nie jechali przymusowo, wbrew ich woli. Każdy z nich mógł odmówić udziału w locie do Smoleńska. Jedyne podobieństwo to to, że ich śmierć spowodowano celowo. Tyle, że zamachowcami nie są Rosjanie.
   Natomiast Smoleńsk ma duże podobieństwa z 11/9. Tu i tam wykorzystano do zamachu samolot. Tu i tam zamachem obciąża się innych, aby odwrócić uwagę od rzeczywistych zamachowców.
   Rosjanie, gdyby nawet planowali taki zamach, musieliby liczyć się z tym, że w rosofobicznych Polakach wzbudzone zostaną podejrzenia, że to właśnie Rosja za katastrofą stoi.
   W tym wypadku o wiele wiarygodniejsze byłoby zainscenizowanie przez nich zestrzelenia samolotu na oczach kamer rzekomo przez Talibów, jako zemsta za polski współudział w okupacji Afganistanu.
   W transmisji live widzielibyśmy więc najpierw trafiony rakietą samolot, a następnie zainscenizowaną strzelaninę pomiędzy okrążonymi w lasku pod lotniskiem domniemanymi terrorystami a rosyjską milicją. Na koniec telewizja pokazałaby ciała terrorystów i znaleziony przy nich list, w którym przyznają się oni do zamachu. Dla zawodowców z FSB zrobienie takiej inscenizacji byłoby dziecinną igraszką.
   Rosjanie mieliby przy tym materialne dowody ich niewinności - ciała domniemanych afgańskich zamachowców i ich wiarygodny motyw zestrzelenia polskiego samolotu. Odpadłyby Rosjanom kłopoty z chmurami, mgłą, fałszywą radiolatarnią. Nie trzeba by było zacierać śladów zamachu, co obecnie jest głównym motywem postępowania rosyjskich śledczych. Faktyczni zamachowcy pozostawili bowiem wiele śladów zamachu, przy czym zrobili to tak, aby ślady sprawiały wrażenie zamachu dokonanego przez Rosjan. Do tego mają zamachowcy jeszcze posłuszne im i sterowane ich agenturą wpływu media, które od pół roku karmią nas kakafonią domysłów, dezinformacji, plotek, a unikają wielu niewygodnych pytań.
   Czyż nie dziwi np. fakt, że w lasku przy lotnisku wciąż znajdywane są kawałki samolotu a nawet szczątki ludzkie? A przecież w przeciągu tylu miesięcy tysiące kolekcjonerów pamiątek i handlarzy "relikwiami smoleńskimi" przeczesało teren katastrofy wielokrotnie milimetr po milimetrze. A tutaj, ciągle, zwłaszcza gdy przyjeżdżają polskie pielgrzymki do Smoleńska, ciągle znajdują polscy pielgrzymi pozostałości katastrofy. Choć chwilę wcześniej przechodzili tam inni i nic nie znaleźli.
   Tylko ślepiec nie domyśla się, że polskim pielgrzymom podrzucane są "znaleziska" prosto pod ich nogi. Po to, aby Smoleńsk nie stracił na medialnej atrakcyjności.
   Reasumując - zamachowcom udało się nakierować podejrzenia milionów ludzi, i to nie tylko w Polsce, o dokonanie zamachu przez Rosję. To jest z kolei okazją do zmasowanej na nią nagonki i postawieniem jej pod pręgierzem opinii publicznej. Dodatkowo odwrócono uwagę Polaków od finansowego bankructwa naszego unijnego baraku. I jeszcze przy okazji grabarza suwerenności, ganiającego z Żydami po Belwederze w jarmułce przy i świecach menory, przerobiono na bohatera narodowego i męczennika.
   Na koniec jeszcze jedna uwaga związana z bankructwem Polski. Nie jest zapewne przypadkiem, że główny za to odpowiedzialny - Żyd Balcerowicz - wywiesił w Warszawie zegar długu Polski. Jak wiemy, to właśnie plan Balcerowicza, będący ograbieniem społeczeństwa z oszczędności i oddaniem finansów i bankowości w łapska światowej lichwy był fundamentem obecnego bankructwa. Skutki tego widzimy teraz gołymi oczami. Ciekawi mnie, jaki kolejny plan ogłosi tym razem Żyd Balcerowicz? Nie jest wykluczone, że ogłosi nowy ratunek dla budżetu, polegający na całkowitej prywatyzacji sektora państwowego (ze szkołami i szpitalami włącznie). A jak wciąż będzie za mało pieniędzy na ratunek dla budżetu, to dojdzie jeszcze przedterminowa sprzedaż ziemi dla obckorajowców.
   W taki oto sposów Polska zostanie "uratowana" czyli ostatecznie rozszabrowana.
   Jest duża szansa na to, ponieważ żydowskie media nie zamierzają zaprzestać odwracania naszej uwagi od Smoleńska, czy też wciąż powracającą "wojną o krzyż" (mającą już własnych męczenników). Tę kartę jeszcze nie raz żydowskie media wykorzystają.
   A Polacy nadal będą pasjonować się Smoleńskiem, dopatrując się w tym ewidentnym zamachu CIA i Mossadu dymiącego nagana zimnego czekisty Putina. Nie przestaną podejrzewać Rosji nawet wtedy, jak będą już zachipowanym bydłem roboczym ideologów NWO.
   Tak to jest, gdy irracjonalna nienawiść do Rosji przesłania wszystko.
   poliszynel
  na podst: http://poliszynel.wordpress.com/2010/10/09/smolensk-drugi-katyn-czy-drugie-wtc/#comment-1247

Działania rosyjskiej prokuratury nie mają faktycznie na celu wyjaśnienia przyczyn katastrofy tupolewa, lecz uwiarygodnienie wersji o błędzie pilotów. Zdobyliśmy rosyjskie dowody, że rosyjska wersja nie pokrywa się z prawdą. Przyczyną upadku Tu-154M był błąd pilota i ekstremalnie trudne warunki do lądowania - tę wersję rosyjski komitet kierowany przez Tatianę Anodinę lansuje jako jedynie słuszną od samego początku śledztwa. Według Anodiny, jej pracowników i rosyjskich polityków, nie istnieją najmniejsze przesłanki uzasadniające tezę o jakiejkolwiek inspiracji rosyjskiej ani o próbie zamachu. Tatiana Anodina i współpracujący z nią rosyjscy prokuratorzy od początku wykluczają też jakąkolwiek winę Rosjan. Co więcej - w swoich komunikatach MAK podkreśla, że strona rosyjska dochowała wszelkich procedur od samego początku. Już po kilku minutach po tragedii na miejscu pojawiła się bowiem rosyjska ekipa ratunkowa, której niestety nie udało się nikomu pomóc, bowiem żaden z pasażerów nie przeżył. Według MAK, Rosjanie dochowali również wszystkich innych procedur: zabezpieczyli zwłoki, zidentyfikowali je, a później przetransportowali do Polski. Zapewnili również opiekę i pomoc dla rodzin ofiar. Ta propaganda zaczęła się w dniu katastrofy i trwa nieprzerwanie czwarty miesiąc. "Najwyższy CZAS!" zdobył dowody, że wersja strony rosyjskiej w całości rozmija się z prawdą. I co ciekawe, są to dowody wytworzone przez stronę rosyjską. Tajne zdjęcia W ręce dziennikarza "Najwyższego CZASU!" wpadło ponad 100 zdjęć wykonanych w miejscu katastrofy przez funkcjonariusza Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Zdjęcia te zdobył polski wywiad, a naszej redakcji przekazał je znajomy oficer Agencji Wywiadu. Najważniejsze zdjęcie zostało wykonane o godzinie 14.52 czasu moskiewskiego czyli o 12.52 czasu polskiego. Przedstawia zwłoki Lecha Kaczyńskiego leżące wśród szczątków rozbitego samolotu. Zwłoki są w stanie zbliżonym do nienaruszonego. Gdyby nie oderwana noga, Lech Kaczyński wygląda, jakby spał. To zdjęcie obala wiele fałszywych informacji na temat katastrofy. Po pierwsze: dowodzi, że zwłoki prezydenta zostały zidentyfikowane znacznie wcześniej, niż ogłosili to oficjalnie Rosjanie. Bowiem dopiero kilkanaście minut po godzinie 16.00 gubernator obwodu smoleńskiego poinformował opinię publiczną o odnalezieniu zwłok Kaczyńskiego. Omawiane zdjęcie nie pasuje do wersji, którą przedstawili później Maks Kraczkowski i Joachim Brudziński - dwaj posłowie PiS, którzy 10 kwietnia wieczorem towarzyszyli Jarosławowi Kaczyńskiemu w drodze na identyfikację zwłok. - Zwłoki prezydenta były zmasakrowane. Noga i ręka były oderwane od korpusu - wspominał jeden z posłów, odmawiając podania do publicznej wiadomości dalszych szczegółów. Jest absolutnie niemożliwe, aby Jarosław Kaczyński i jego najbliżsi współpracownicy kłamali, mówiąc o tym, w jakim stanie są zwłoki prezydenta. Wyjaśnienie tej zagadki może być tylko jedno: zwłoki Lecha Kaczyńskiego najpierw przez ponad 4 godziny leżały nie pilnowane obok wraku samolotu, a później zostały celowo zmasakrowane przez Rosjan! I w takim stanie zobaczyli je dopiero wieczorem posłowie PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele. Nasuwa się więc pytanie: czy zwłoki zmasakrowano po to, aby ukryć prawdziwe okoliczności śmierci polskiego prezydenta? Zdjęcie zwłok prezydenta dowodzi również tego, że na miejscu nie ma ani polskich ochroniarzy z BOR, ani nikogo z Rosjan, kto pilnowałby ciała Kaczyńskiego. W oczywisty sposób przeczy to zapewnieniom BOR o dochowaniu procedur (kierownictwo BOR zapewniało, że na miejsce natychmiast przybyli funkcjonariusze BOR, którzy przykryli zwłoki prezydenta marynarką i zapobiegli wykonywaniu zdjęć). Tajny zapis Na omawianych zdjęciach bardzo dobrze widać poszczególne fragmenty rozbitego Tupolewa. Bardzo dobrze widać silniki i wirniki, które zachowały się w stanie niemal nienaruszonym. Ekspert-pirotechnik, który jako jeden z pierwszych obejrzał te zdjęcia, doszedł do wniosku, że przeczą one wersji MAK o przebiegu katastrofy. W ostatnich sekundach lotu kapitan Arkadiusz Protasiuk otworzył całkowicie przepustnicę i zwiększył ciąg do maksymalnego. Nie zdążył jednak podnieść samolotu. Maszyna uderzyła więc o ziemię na pełnym ciągu. Z danych technicznych tupolewa wynika, że jego turbina pracuje średnio z prędkością 12 tys. obrotów na minutę a w sytuacji całkowitego otwarcia przepustnicy - z prędkością dochodzącą nawet do 20 tys. obrotów na minutę. - Jeśli o ziemię uderzy silnik pracujący z taką prędkością, wirniki i części turbiny muszą rozpaść się na drobne kawałki, które można znaleźć w odległości kilku kilometrów - uważa biegły (prosił, by na razie nie podawać jego nazwiska do publicznej wiadomości). - Tymczasem silniki Tupolewa zachowały się prawie niezniszczone. Według jego ekspertyzy, może to świadczyć tylko o tym, że w momencie uderzenia silnik nie pracował. Tylko ten fakt stanowi jedyne logiczne wytłumaczenie tego, że tuż przed uderzeniem o ziemię samolot nagle zniżył lot. - Zniżył lot, bo silniki nie pracowały i nie było mocy, aby pchać maszynę - mówi biegły. Według niego, ślady barwy popielatej, które zachowały się na wraku silnika, to ślady materiału grafitowego, który zablokował pracę turbiny i wirników, powodując najpierw gwałtowne zejście samolotu, a później uderzenie o ziemię. Zatrzymane silniki, które nie pracowały w momencie uderzenia, nie wybuchły i dlatego pozostały całe. Z oficjalnego komunikatu rosyjskiego komitetu wynika, że samolot zahaczył skrzydłem o drzewo, w wyniku czego odwrócił się na grzbiet i uderzył o ziemię. Tej wersji przeczą zdjęcia, na których widać koła i golenie samolotu (metalowe elementy łączące koła z kadłubem). Są wyraźnie zabrudzone błotem. Jak to się stało, że koła i golenie samolotu wybrudziły się błotem, skoro maszyna uderzyła o ziemię odwrócona? Elementy te mogły mieć co najwyżej ślady zachlapania odpryskami błota, tymczasem ich wygląd (gruba warstwa błota) wskazuje, że samolot uderzył dolną częścią o rozmiękczoną ziemię, przekoziołkował i odwrócił się na grzbiet. Tajne nagranie Wersji lansowanej przez MAK i rosyjską prokuraturę najbardziej przeczy amatorski film nagrany telefonem komórkowym tuż po katastrofie. Widać na nim sylwetki biegających ludzi i słychać odgłosy strzałów. Film został umieszczony na popularnym serwisie internetowym YouTube kilka godzin po katastrofie. Do jego wykonania przyznał się Władimir Iwanow - 30-letni mechanik samochodowy z wioski Siewiernyj pod Smoleńskiem. Iwanow stwierdził, że na miejscu nie widział żadnych osób, a źródłem strzałów były wybuchy amunicji z magazynków należących do funkcjonariuszy BOR towarzyszących prezydentowi. - Byłem w wojsku, znam się na tym - mówił Iwanow. Okazało się, że wcześniej Iwanow złożył inne zeznanie, w którym stwierdził, że na miejscu widział obce osoby. Co więcej - podał nieprawdziwe dane odnośnie telefonu komórkowego. Aparat telefoniczny, którym, jak twierdził, wykonał film, nie posiada kamery ani funkcji nagrywania! Później okazało się, że Iwanow kłamał jeszcze jeden raz. źródłem odgłosu strzałów nie mogła być amunicja należąca do funkcjonariuszy BOR. Znalezione przy nich magazynki były bowiem... pełne i nie wybuchły po katastrofie. Faktycznym autorem filmu był niejaki Andriej Mendierej - chłop mieszkający w pobliżu lotniska Siewiernyj. Tego ranka przechadzał się po okolicznych lasach, gdy w pobliżu upadł samolot Lecha Kaczyńskiego. Mendierej chwycił za telefon komórkowy i natychmiast nagrał wszystko to, co się działo. Zdając sobie sprawę z tego, co widział i słyszał, Mendierej natychmiast umieścił film w internecie. Pozostawił po sobie ślady, po których go zidentyfikowano. 14 kwietnia 2010 roku spotkał się z nim oficer Agencji Wywiadu podający się za pracownika śledczego polskiej prokuratury. Z notatki polskiego wywiadowcy ("Najwyższy CZAS!" dysponuje jej kopią) wynika, że Mendierej wyraził zgodę na współpracę i złożenie zeznań, jednak poprosił, aby polska prokuratura załatwiła mu prawo pobytu w Polsce i przyznała ochronę. Zeznań złożyć nie zdążył. Następnego dnia został zasztyletowany w Kijowie i kilka godzin później zmarł. Zabezpieczony w internecie film trafił do technika pracującego dla AW i ABW. Po kilku tygodniach ekspert oczyścił film z szumów. Po oczyszczeniu słychać komendy: strielaj, strielaj i rosyjskie zdanie: eta żenszczina żywiot ("ta kobieta żyje"). Słychać po polsku prośbę: "Nie dobijajcie nas". W 37. sekundzie filmu widać mężczyznę w garniturze, który wyczołguje się spod wraku samolotu. Tajemniczy telefon Nagranie kończy się chwilę po tym, jak na lotnisku włączone zostały syreny alarmowe. Chwilę później na miejscu zjawiły się ekipy ratunkowe, dochodzeniowcy z OMON-u, lekarze i grupy ratunkowe z FSB. Wśród nich był pułkownik Nikita Siergiejewicz Pawlenko - zastępca szefa dochodzeniowców ze smoleńskiego OMON-u. Następnego dnia, w rozmowie z prokuratorem, Pawlenko zeznał, że w sobotę 10 kwietnia miał zaplanowany urlop, ale został wezwany nagłym telefonem przez szefa, który kazał mu jechać na lotnisko Siewiernyj, gdzie rozbił się samolot z polskim prezydentem. Zaskoczenie śledczych wzbudziło to, że z drugiego końca miasta pułkownik przyjechał samochodem w ciągu kilku minut. Polski wywiad postanowił zweryfikować tę relację poprzez biling telefoniczny oficera. Okazało się, że jedyny tego dnia telefon pułkownik Pawlenko otrzymał o godzinie 8.31, a więc wtedy, gdy samolot z Lechem Kaczyńskim na pokładzie był jeszcze w powietrzu. - Okoliczności upadku tupolewa wyglądają coraz bardziej zagadkowo - mówi Beata Kempa z PiS, członek zespołu wyjaśniającego katastrofę. - Im dłużej trwa śledztwo, tym więcej pojawia się pytań i zagadek - dodaje. Wszystkie te niejasności coraz bardziej wskazują na to, że Lech Kaczyński zginął w wyniku zamachu. Leszek Szymowski

2010-08-30
   Za czasów PRL doskonałą opinią cieszyły się zapałki produkowane w Częstochowie, szczególnie te z kotem na etykiecie. Zupełnie odwrotnie mówiono z zapałkach z Sianowa. Popularny był nawet dowcip jak to spłonęła tamtejsza fabryka, a ocalały jedynie zapałki.
   Śmiech śmiechem, ale od czasu spłonięcia biblioteki aleksandryjskiej materiały łatwopalne jak papirus czy papier potrafią zachowywać się w niektórych krajach takich jak Polska czy Rosja, wbrew logice i tak zwanemu zdrowemu rozsądkowi.
   Znakomitym przykładem mogą tu być wyciągi bankowe zaginionego szyfranta Zielonki, które po roku mokrym z wyjątkowo uciążliwą zimą, przetrwały nienaruszone jakby tylko po to by umożliwić naszym służbom identyfikację tego, co z szyfranta zostało i pływało w Wiśle.
   Kolejną sensacją okazały się dokumenty ocalałe z katastrofy smoleńskiej. Jak wiemy na lotnisku w Smoleńsku wśród szczątków samolotu leżących tam pod gołym niebem od niemal 5 miesięcy, brakuje kokpitu, który ponoć rozleciał się na mikronowe cząsteczki. Z tego, co widać to po przekopaniu i przesianiu ziemi przez Ewę Kopacz na metr w głąb miejsca katastrofy, brakuje do dziś nie tylko kokpitu, ale przynajmniej jeszcze ze 20 ton części z 54 tonowej masy TU-154M.
   Po stwierdzeniu polskiego prokuratora na konferencji prasowej, że miał w ręku książkę pokładową roztrzaskanego samolotu komisja "MAK" przekazała natychmiast polskiej stronie około 10 000 stron dokumentów w tym i te dotyczące instrukcji obsługi TU-154M, tablice nawigacyjne i meteorologiczne, zasady prowadzenia łączności radiowej z kontrolerami lotniczymi w Rosji oraz należący do załogi rachunek za hotel. Wiadomo ponad wszelką wątpliwość, że większa część owych dokumentów musiała znajdować się w kokpicie, który uległ unicestwieniu.
   Nie interesują się jednak tymi wszystkimi dziwnymi przypadkami polscy słynni "dziennikarze śledczy" , a dla "blogerów oszołomów" został na s24 stworzony na dalekim zapleczu dział "katastrofa smoleńska", którego usytuowanie świadczy, że to taki "gabinet osobliwości" bez prawa zaistnienia na szczycie SG.
   Mirosław Kokoszkiewicz

Smoleńsk: Pasażerowie Tu-154 powinni przeżyć.  31.08.2010r.
   Stenogramy rozmów w kokpicie w badaniu katastrof są zawsze materiałem jedynie pomocniczym. Najistotniejsze są informacje ze skrzynki rejestrującej parametry lotu. To, że ich dotychczas nie opublikowano, jest dla mnie najbardziej zagadkowe i oburzające. Dopiero te dane mogłyby nam wiele wyjaśnić - z kapitanem Januszem Więckowskim, wieloletnim pilotem Tu-154, rozmawiają Leszek Misiak i Grzegorz Wierzchołowski
   Ze stenogramów wynika, że Tu-154 z parą prezydencką na pokładzie odebrał sygnał markera bliższej radiolatarni na wysokości 20 m, w dodatku sygnał przerywał. Komendy wieży w Smoleńsku też były spóźnione i mijały się z rzeczywistością. Ze stenogramów wyłania się niejasny obraz katastrofy. Stenogramy rozmów w kokpicie w badaniu katastrof są zawsze materiałem jedynie pomocniczym. Najistotniejsze są informacje ze skrzynki rejestrującej parametry lotu.
   Dlaczego więc ich dotychczas nie opublikowano?
   To jest dla mnie najbardziej zagadkowe i oburzające. Dopiero te dane mogłyby nam wiele wyjaśnić. Gdy samolot podchodzi do lądowania, taśma w czarnej skrzynce rejestrującej parametry przesuwa się dwa razy szybciej, ważny jest zapis co do ułamka sekundy - prędkości samolotu, wysokości, prędkości wznoszenia i opadania. Opublikowania tych danych powinni już dawno zażądać kierujący naszym śledztwem i rząd.
   Na razie jednak ich nie znamy. Wiemy tylko, że samolot zboczył ze ścieżki schodzenia i ścinał drzewa. Na całym świecie obowiązuje zasada, że kilometr od progu pasa nie powinno być żadnego drzewa, żadnych przeszkód, zarówno na lotniskach wojskowych, jak i cywilnych. A tam były drzewa na wysokości radiolatarni...
   Samolot nie leciał wprost na próg pasa.
   To nie ma znaczenia, oni byli zaledwie 30-40 m z boku pasa, skorygowanie kursu to tylko mały ruch wolantem. W tej odległości od osi pasa nie powinno być drzew.
   Pilot podawał wysokość zniżania do 20 m, absolutnie nic nie widząc, bo była bardzo gęsta mgła. Wydaje się to wręcz niemożliwe. A przecież, nie mając żadnej widoczności już na wysokości 70 m (tyle według karty podejścia lotniska Smoleńsk-Siewiernyj wynosi wysokość decyzyjna), nie mógł według procedur podchodzić do lądowania. Czy doświadczony pilot, w dodatku mający na pokładzie taką delegację, powinien się tak zachować?
   Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, że piloci nie widzą ziemi, a nawigator spokojnie odlicza wysokość aż do 20 m. Jeśli do tego doszło, to znaczy, że musiała nastąpić jakaś awaria. Każdy normalnie myślący pilot, nie widząc ziemi na tak małej wysokości, poderwałby samolot na drugi krąg, czyli odleciał. Uważam, że oni stracili panowanie nad sterowaniem samolotu. Według mnie, mogło dojść do awarii silnika w ogonie samolotu, który rozrywając się, przeciął gumowe przewody hydrauliczne i samolot stracił sterowność. Dlatego dla mnie najważniejsze jest poznanie, jak wygląda komora tego silnika. W tej sprawie dzwoniłem nawet do Edmunda Klicha. Powiedziałem, że miałem podobny przypadek podczas podejścia na lotnisko Orly w Paryżu i utraciłem silnik. Na szczęście zdążyłem go wyłączyć, zanim się rozleciał.
   Drugi pilot Tu-154 mjr Robert Grzywna na 80 m powiedział: odchodzimy. I tak naprawdę nie wiemy, co dalej się działo. Wszystko, co nastąpiło potem, jest wbrew logice latania, jeśli założymy - jak twierdzi MAK - że mieli sprawny samolot.
   Rządowy Tu-154 - jak powiedział nam jeden z ekspertów - w ostatnich sekundach lotu zachowywał się tak, jakby uszkodzeniu uległ serwozawór instalacji hydraulicznej wspomagania sterowania samolotem. Mgła mogła utrzymywać zawieszone cząstki (opary) substancji olejowej lub innej, która (podobnie jak pył wulkaniczny), gdy dostanie się do powolnego serwozaworu hydraulicznego steru, zatyka go, powodując jego dezorganizację funkcyjną, czyli odwrócenie działania. W tupolewie są trzy niezależne instalacje hydrauliczne, które otwierają się i zamykają, powodując odpowiednie wychylenie steru głębokości, steru kierunku i lotek. Dopiero uszkodzenie tych trzech instalacji spowoduje utratę sterowności. Jeśli choć jedna z instalacji jest sprawna, samolot jest sterowny. Chyba że - tak jak wspomniałem - silnik środkowy uległby awarii i doszło do jego rozerwania. Na zdjęciach z terenu katastrofy widać jeden z dysków turbiny - jest on cały, leży na ziemi. Gdyby spadł z silnikiem rozerwanym po uderzeniu, nie powinien być cały.
   Może wypadł, gdy samolot obracał się o 180 stopni po uderzeniu w drzewo?
   ścięcie takiej brzozy nie spowoduje wykonania przez samolot półbeczki. To jest masa 90 t.
   Podobnie stwierdził w wypowiedzi dla "GP" ekspert, prof. Zdobysław Goraj z Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej. Powiedział, że zderzenie z brzozą przy masie ok. 100 t nie miało żadnego wpływu na lot tupolewa. Ale według MAK uderzenie w brzozę urwało część skrzydła... Mogło urwać, bo to jest duża prędkość, ale nie mogło spowodować wykonania półbeczki. Jeśli po zderzeniu z tym drzewem samolot utracił sterowność, ponieważ wyciekł płyn hydrauliczny wskutek urwania końcówki skrzydła, co jest możliwe, to siła bezwładności przyziemiłaby go kołami do ziemi, na pomieszczenia bagażowe, które są pod podłogą w części pasażerskiej. To zamortyzowałoby uderzenie. Samolot mógłby lekko się przechylić, ale nie obrócić o 180 stopni! Przy takim przyziemieniu siła uderzenia spowodowałaby u pasażerów rozłożenie ciężaru na pośladki i kręgosłup i sądzę, że w takiej sytuacji wiele osób przeżyłoby katastrofę.
   A gdyby samolot był sprawny, czy mógłby wykonać taki obrót?
   Jeśli byłby sprawny, to wykonanie półbeczki wymagałoby działania pilota. Ale po co? Dla fantazji? Absurd.
   Może więc zadziałała jakaś nieznana siła, samolot przekoziołkował i rozpadł się na drobne kawałki? W "GP" opublikowaliśmy mało znane zdjęcia Rautersa, na którym widać koła Tu-154 całe w błocie. Może samolot rzeczywiście przyziemiał i wówczas coś się stało, zadziałała jakaś siła, która spowodowała jego obrót?
   Jaka?
   Myślimy o "teorii spiskowej".
   Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, myślę, że coś się stało z samolotem. Dwie katastrofy polskich Iłów-62, które mają te same silniki co Tu-154, były spowodowane rozerwaniem silnika, które zablokowało ster głębokości. Dlatego chciałbym wreszcie zobaczyć zapis pracy silników: jakie miały ustawione moce, jakie były temperatury gazów wylotowych za turbinami. Bo nawet gdy silnik środkowy się kręcił, tracąc swoją moc, kiedy rozpadał się na kawałki, dalej pokazywał obroty, bo wartość obrotów może być pobierana ze sprężarki albo z pierwszego stopnia turbiny.
   Może jednak było tak, jak twierdzi gen. Anodina: uderzenie w drzewo spowodowało upadek Tu-154 grzbietem o ziemię i dlatego wszyscy zginęli?
   Teoria z drzewem - powtarzam raz jeszcze - mnie nie przekonuje. Czy znają panowie przebieg katastrofy Iła-62 w Lasach Kabackich? Samolot ciął jak brzytwa wierzchołki wielu drzew, i to grubych.
   Skrzydeł nie pourywał?
   Pourywał, ale ciął drzewa równo do samego końca, lecąc w normalnej pozycji. A w Smoleńsku ściął jedno większe drzewo, bo nie liczę tych małych, i to miało być przyczyną wykonania półbeczki...
   Podobno kpt. Protasiuk powiedział: "patrzcie, jak lądują debeściaki".
   Ale nie powiedział: "patrzcie, jestem samobójcą, pokażę wam, jak się zabija ludzi". ścieżka schodzenia z 5 do 16 m na sekundę wskazuje, że tego nie mógł zrobić człowiek świadomy, zdrowy na umyśle, w sprawnym samolocie. Jeżeli załoga zdawała sobie sprawę z tego, co robi, nie powinno dojść do tej katastrofy. To byli normalni ludzie, którzy mieli rodziny, nie chcieli zabić ani siebie, ani innych. Latałem Tu-154 pięć i pół roku w LOT, wylatałem na nim 2500 godzin. To jest dobry samolot, najlepszy z rosyjskich maszyn, jakie u nas latały. Wbrew temu jednak, co mówią Rosjanie, było sporo wypadków tych samolotów w ZSRR z powodu awarii silnika - 66 katastrof na 1000 wyprodukowanych samolotów.
   Winnych już wskazano - pilotów, którzy za wszelką cenę starali się wylądować.
   Niektórzy dziennikarze już mają winnych i naprowadzają swoich rozmówców, by to potwierdzili: durni piloci lądowali, a naciskał na nich prezydent lub gen. Błasik. Znałem gen. Błasika. To był wspaniały dowódca. Oni go już wskazali jako winnego, a Palikot mówi o krwi na rękach prezydenta. To poniżej krytyki. Niestety, ani polscy prokuratorzy, ani rządzący nic nie zrobili, byśmy poznali prawdę o tej tragedii. I to mnie dziwi. Ja nie szukam winnego, nie wskazuję go, lecz chcę poznać prawdę. Być może piloci też popełnili błędy, ale najpierw chciałbym zobaczyć parametry pracy silników, instalacji hydraulicznej i inne. Z oryginalnych skrzynek, a nie z kopii, bo każdy materiał można sfałszować. Oryginalne materiały są jednak przed nami ukrywane.
   Co pana najbardziej zastanawia lub dziwi w tej sprawie?
   Podejście ludzi, którzy powinni działać w kierunku wyjaśnienia prawdy o tej katastrofie, lecz nie wykorzystują swojej władzy i możliwości.
   Wierzy pan, że kiedyś tę prawdę poznamy? Mimo wszystko wierzę, że prędzej czy później tak się stanie.
   Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski
   "Gazeta Polska", 31-08-2010

To był wyrok śmierci dla Tu-154  29.06.2010r.
   Wieża w Smoleńsku podała pilotom Tu-154, gdy dolatywał do lotniska: "zejdźcie do 50 metrów". Tak wynika z zeznań pilota Jaka-40, porucznika Artura Wosztyla, złożonych w prokuraturze (karta 1165), do których dotarli informatorzy "Gazety Polskiej". Był to wyrok śmierci dla prezydenckiej maszyny.
   Porucznik Wosztyl słyszał słowa kontrolera wieży wydawane po rosyjsku pilotom Tu-154 w radiostacji pokładowej Jaka-40, który wylądował w Smoleńsku 10 kwietnia o godz. 7.22. Rosyjski kontroler wypowiedział je, gdy drugi pilot Tu-154, Robert Grzywna, podał na wysokości 80-70 metrów komendę: "odchodzimy". To dowodzi, że wieża kontrolna w Smoleńsku kierowała prezydencką maszynę do zderzenia z ziemią. Kontrolerzy na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj wiedzieli, że polski samolot był na fałszywej ścieżce schodzenia - był kierowany wprost w dolinę, głęboką na 60 metrów.
   Jak zeznał Wosztyl, rosyjski kontroler powiedział do pilotów prezydenckiego tupolewa: "jak na wysokości 50 metrów nie zobaczycie pasa, odlatujcie". Wieża wiedziała, że widoczność w pionie w rejonie lotniska wynosiła wówczas zaledwie 30 metrów. Zejście polskiego Tu-154 do poziomu 50 metrów oznaczało nieuchronne zderzenie ze zboczem kończącej się doliny. Gdy piloci dojrzeli przez gęstą mgłę wyłaniające się zbocze, byli bez szans. Tylko znakomite umiejętności pierwszego pilota Arkadiusza Protasiuka spowodowały, że maszyna nie rozbiła się od razu o zbocze, lecz udało mu się poderwać samolot na kilkanaście metrów. Ale zaraz tupolew stracił fragment skrzydła, co stało się początkiem dramatu. To jednak nie tłumaczy tak ogromnych zniszczeń samolotu po upadku z kilku metrów. Co stało się w samolocie przed jego uderzeniem w ziemię, dlaczego kabina pasażerska praktycznie zniknęła w wyniku wypadku, dziś jeszcze nie wiadomo.
   Zeznania polskiego pilota, co ciekawe, są w sprzeczności z zeznaniami Pawła Plusnina, kontrolera lotów w Smoleńsku. Zeznał on (karta 2538), według naszych informatorów, że zabronił schodzić pilotom Tu-154 poniżej 100 m. Zastanawiające, że ani komendy Rosjan, którą słyszał porucznik Wosztyl mówiącej o zejściu do 50 metrów, ani nawet tej z zeznań rosyjskiego kontrolera mówiącej o 100 metrach, która byłaby dowodem dobrych intencji wieży, nie ma w stenogramach. Jest to kolejna przesłanka dowodząca, że stenogramy, podobnie jak całe niemal śledztwo, sfałszowano.
   Mijają trzy miesiące od katastrofy, a w śledztwie pojawia się coraz więcej niejasności. Tymczasem p. o nieżyjącego Prezydenta, Bronisław Komorowski, nic w wyjaśnieniu tej tragedii nie zrobił. Poza odznaczeniem rosyjskich milicjantów za ich poświęcenie w zabezpieczeniu miejsca katastrofy...
  Za niezależna.pl

Katastrofa w Smoleńsku - nowe fakty
   Sprawa katastrofy w Smoleńsku coraz bardziej się gmatwa. Relacje świadków, na gorąco - zaraz po wypadku, są inne niż ich relacje w kilka godzin później. Oficjalna wersja brzmi - trudne warunki, w tym gęsta mgła oraz upór Prezydenta lub pilota. Tusk się stara i strona rosyjska się tez bardzo stara.
   Przypatrzmy się jednak drugiej wersji:
   W www.tvp.info/informacje czytamy relację montażysty z TVP:
   "Wiśniewski, telewizyjny montażysta, został w hotelu, gdzie montował materiał. Reszta ekipy poszła już przygotowywać się do relacjonowania uroczystości katyńskich. Budynek znajdował się blisko lotniska. - Miałem akurat chwilę wolnego czasu, szykowałem sobie sprzęt do montowania. Pamiętałem, że tu nie daleko jest podejście do lądowania i tu np. podchodził samolot Tuska czy Putina. I słyszę głos silnika, tylko ten dźwięk był trochę inny - relacjonował w TVP Info Wiśniewski.
   - Patrzę w mgle i widzę, że idzie samolot bardzo nisko, lewym skrzydłem prawie w dół. I normalnie przez okno usłyszałem taki straszny huk. Widać było jakby coś było niszczone, tratowane. Dwa błyski ognia, ale nie jakaś wielki wybuch jak zwykle się widzi przy katastrofach lotniczych - dodaje montażysta. - Od razu pomyślałem, rozbił się samolot. Automatycznie złapałem za kamerę, jak to typowy pracownik mediów. I biegiem przeleciałem przez te błoto i patrzę, że to polski samolot. Od razu zauważyłem czarną skrzynkę, rozwalony ogon, zniszczony silnik, kadłub, szczątki - opowiadał pracownik TVP.
   - Nie było wielkiego ognia. Od razu przyjechała jedna straż, ale miernie im to szło. Ale nawet nie było widać, że ktoś zginął. Więc początkowo myślałem, że to był pusty samolot. Była taka potworna cisza jak po katastrofie - dodał. - To jednak nie był taki widok jak po zwykłym wypadku lotniczym. Byłem świadkiem wydarzeń w Kabatach, to wyglądało inaczej. Tu nie było widać ciał - mówił Wiśniewski.
   Wiśniewski, który był pierwszym przedstawicielem mediów robił zdjęcia tylko przez chwilę. Potem został wyprowadzony przez służby ratownicze. - Próbowałem uciekać przed funkcjonariuszami, ale jak wpadłem w błoto, to już nie mogłem. Złapali mnie i kazali oddać kasetę - mówił Wiśniewski."
   Gdzie podziały się ciała ? Na filmach też nic nie widać. Jak samolot lecący kilka metrów nad ziemia mógł tak doszczętnie się rozbić ?
   Jaka mogla by być przyczyna inaczej brzmiącego samolotu ? Przypatrzcie się zdjęciu poniżej:   Czy naprawdę nikt nie zauważył że z silnikiem w TU154 dzieje się coś dziwnego? (zdięcie może choć nie musi być fotomontażem, na filmie pokazującym start samolotu z Warszawy nie widać żadnego ognia, a gdyby był, to byłby za silnikiem a nie przed ze względu na 'zmywające' go powietrze)
   Montażysta TVP powiedział że widział nienaturalnie przechylony samolot. Czy pilot, na tak niskiej wysokości wykonywał by tak ryzykowny manewr bez powodu ?
   Jest to tym bardziej dziwne, że niedługo przed prezydenckim samolotem wylądował JAK z polskimi reporterami. Jakiś czas później próbował tam lądować transportowy IŁ, który wykonał dokładnie taki sam dziwny manewr, tzn. zaledwie kilka metrów nad ziemią przechylając skrzydło.
   W TVN powiedziano, że kontroler lotów został natychmiast po wypadku aresztowany i nikt go już nie widział, ani tym bardziej nie miał szansy z nim porozmawiać. Rosyjska komisja śledcza pod wodzą Putina przejęła czarne skrzynki.
   Wszyscy znali opór Prezydenta Kaczyńskiego z gruzińskiego przypadku. Teraz łatwo jest zasugerować że on i pilot są wszystkiemu winni, a przecież nie znamy prawdy i jak widać, to wszystko mogło odbyć się całkowicie inaczej !

   Pytamy jeszcze raz - gdzie podziały się ciała ? Na filmie nic nie widać. Jest to chyba pierwszy taki przypadek w historii, tym bardziej niewytłumaczalny, ponieważ nie było prawie żadnego pożaru a samolot leciał na wysokości zaledwie kilku metrów !
   Kiedy czytamy dyskusję z lokalnego forum w Smoleńsku, obraz całej sytuacji wokół katastrofy uzupełnia się o nowe fakty. Skąd tam wziął się czołg ? Czemu informacje o mgle są tak zmienne ?:
   Z forum internetowego ze Smoleńska dyskusja niemal na żywo:
   Beric 11:14 - Tylko co w rejonie czołgu upadł i wybuch samolot. Szczegóły na razie nieznane.
   Beric 11:22 - Czołg, za SAAZom. Mówią, że wojskowy, ale dokładnie niewiadomo. Lądował i prawie nie zaczepił samochodu na drodze niedaleko pasa startowego.
   Isa 11:28 - Beric, a skąd informacja ?
   Beric 11:30 - Info od świadka, on wlaśnie jechał po tej drodze i jego ten samolot prawie zaczepił, zadzwonił do znajomego.
   Sterh 11:30 - Już jest w wiadomościach. Samolot prezydenta Polski.
   Belikov 11:32- Dziwne, że w takiej mgle ( z 8-mego piętra ledwo widzę ziemie) ktoś wogóle zdecydował się na lot( tu : lądowanie - W.)
   Gem 11:43 - Siedzę na ul. Czkałowa, słyszę co za grzmot? a tu znowu ktoś miękko ląduje. Kto w takiej mgle ląduje?
   Sterh 11:47 - Nieszczęśliwa ziemia smoleńska dla Polaków. Lata 1609-11 odbijają się czwawką.
   Winzard 11:56 - Rano żona jechała autem - mgły nie było żadnej.
   Red Angel 11:59 - Właśnie ok. 11-tej mgła zrobiła się nagle gęsta.
   Ferganec 12:06 - Jaki koszmar dla Polski. A Yandex.ru milczy. W rozdziale "Smoleńsk" napisano: Prezydent Polski odwiedził katyński memorał.
   żródło : http://forum.smolensk.ws/viewtopic.php?f=2&t=48375

To samo się nie stało

Anna Pietraszek: "Ta lista pasażerów krążyła po prostu ot tak, już od kilku dni, z maili na maile"
   O tym, że lista pasażerów była znana wszystkim od dawna; że polskie służby miały obowiązek nie dopuścić do lotu prezydenta, polityków i generałów jednym samolotem; o tym, że prezydent miał kilka dni temu postanowienie wyjazdu do Katynia pociągiem z wdowami i sierotami katyńskimi... - o tym wszystkim w rozmowie z Robertem Witem Wyrostkiewiczem mówi red. Anna Pietraszek, doradca zarządu Telewizji Polskiej w wywiadzie dla Portalu NaszaPolska.PL.
   Jak to możliwie, że miała Pani listę pasażerów kilka dni przed tragicznym odlotem prezydenckiego Tupolewa?
   Dostałam tę listę od młodych dziennikarzy, którzy prosili mnie o radę z kim przeprowadzić ewentualnie wywiady. Ta lista pasażerów krążyła po prostu ot tak, już od kilku dni, z maili na maile. Potem siedziałam w domu, to było w poniedziałek, i zastanawiałam się jak to możliwe, że ja mam pełną listę generałów, kapelanów, polityków, którzy lecą z prezydentem i że ta lista jest w obiegu. Wierzyć mi się nie chciało, że oni wszyscy są na tej jednej liście. Pomyślałam, że może będą rozdzieleni, że może to tylko lista obecności w Katyniu. Nie mogłam tego pojąć i niestety wziąć na serio. Generał Skrzypczak mówił niedawno w telewizji, że po wypadku Casy podkreślano wymóg bezpieczeństwa, że kiedy leci kilku dowódców to trzeba ich rozdzielać, a przecież z polskimi generałami leciał prezydent, nie tylko głowa państwa, ale zwierzchnik sił zbrojnych, osoba odpowiedzialna za całe bezpieczeństwo kraju! Trzeba teraz zwrócić uwagę na to jakim cudem znaleźli się w jednym samolocie generałowie, politycy i sam prezydent? Jakim cudem ta lista krążyła od tak po Internecie? Jakim cudem!? Czy nasz prezydent był tak kompletnie pozbawiony ochrony? Kto pracował nad tym, żeby on był tak nagi? Czy nikt nie myślał o ich ochronie?... Niemożliwe. To się samo nie stało.
   Mówiła Pani niedawno o podróży prezydenta Kaczyńskiego do Katynia pociągiem. Razem z rodzinami katyńskimi. Taki wariant podróży potwierdził Pani również tragicznie zmarły w tej katastrofie minister Stasiak. Niestety w ostatniej chwili prezydent podjął decyzję lub ktoś go przekonał do lotu drogą powietrzną. Co Pani o tym sądzi? Rozmawiałam niedawno z ministrem Stasiakiem. Rozmowa dotyczyła kwestii transmisji, które były planowane od dawna w Telewizji Polskiej. I to co powiem za chwilę mówię z pełną odpowiedzialnością jako doradca zarządu Telewizji Polskiej. Przez godzinę rozmawiałam z ministrem Stasiakiem. Przekazałam nie tylko swoje rady medialne, ale przede wszystkim doświadczenie. Robiłam bowiem pierwszą transmisję satelitarną z Katynia. Wymyśliłam ją i doprowadziłam do realizacji jako świeżo upieczona absolwentka Akademii Obrony Narodowej. Zresztą, gdybym nie skończyła akademii nigdy nie zrobiłabym tej transmisji i naraziła telewizję na wielkie niebezpieczeństwo. Teraz właśnie minister Stasiak pytał mnie o sprawy chronienia przekazu medialnego tam w Katyniu. Powiedziałam mu wszystko co mówiło mi moje doświadczenie; na co należy zwracać uwagę. Czego się strzec. I wtedy też odważnie zasugerowałam, żeby prezydent polejechał z wdowami katyńskimi pociągiem. Byłby to najbezpieczniejszy środek transportu. Po drugie, media mogłyby zobaczyć prezydenta, najważniejszego człowieka w państwie, który zauważył wdowy, sieroty katyńskie. Prezydenta, który byłby z nimi. Do tego pani Maria Kaczyńska, cudowny człowiek, który miał wspaniały kontakt z ludźmi starymi... Prezydent się zgodził. Dostałam informację, że prezydent podchwycił ten pomysł, że pojedzie z wdowami i sierotami katyńskimi pociągiem. Zaczęliśmy myśleć, żeby wysłać na bieżąco informacje z satelity z tej podróży prezydenta pociągiem do Katynia. Potem przyszła wiadomość, że tak go obsiedli, że jest decyzja, że poleci, a te wdowy pojadą same. Pomyślałam sobie, kolejny prezydent, który nie docenił wdów i dzieci katyńskich. Ktoś mu to odradził. Ktoś mu to odebrał... Ciekawe dlaczego?...
   Jest Pani doktorantką Akademii Obrony Narodowej - Podyplomowego Studium Operacyjno-Strategicznego. Ukończyła Pani elitarne szkolenia NATO. Jak Pani ocenia fakt, że służby specjalne dopuściły do lotu jednym samolotem prezydenta, polityków, generalicji Wojska Polskiego i wielu najważniejszych osób w państwie?
  Odpowiadam: to niemożliwe, żeby do takiej sytuacji dopuścić. Na rozum zwykłej absolwentki Akademii Obrony Narodowej, wiem, że to na logikę nie jest możliwe. Jeśli ktoś myślał nad przygotowaniem tego lotu, a zapewne myśleli różni ludzie, to ktoś myślał, żeby stało się tak jak się stało. Nie widzę innego wyjaśnienia. Komuś zależało, żeby tak się stało. Szef sztabu... dowódcy... niemożliwe. Ktoś nad tym myślał. Nie jesteśmy państwem głupków. Nie jesteśmy też wojskiem ciemniaków. Mamy służby specjalne i mamy Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Mamy generałów z prawdziwego zdarzenia z nominacji natowskich. Nie jest możliwe, żeby taka głupota zawładnęła wszystkimi i żeby doszło do wysłania najważniejszych w państwie osób jednym samolotem.
   Znała Pani wiele osób z listy pasażerów tragicznie zmarłych w wypadku samolotu Tupolew. Czy serce pomieścić może tyle strat na raz, w jednym momencie? W sercu wszystko się może zmieścić. Tam jest cała miłość do Polski. Ale w głowie to mi się wszystko nie mieści (płacz). Żeby mieć takich wspaniałych ludzi i ich nie chronić... to kim my jesteśmy? To jaką my mamy policje, BOR, służby?
   W chwili napływania informacji o tragedii była Pani w studio telewizyjnym, aby komentować zaplanowane wcześniej uroczystości w Katyniu. To było chyba najtrudniejsze studio telewizyjne w Pani życiu...
   To była najprawdopodobniej moja najcięższa próba dziennikarska, żeby się opanować; żeby sprostać. Kiedy wchodziłam do studia układałam sobie w głowie ile trzeba mówić o księdzu Peszkowskim, kapelanie Rodzin Katyńskich. Chciałam, żeby o nim usłyszeli Polacy. Chciałam, żeby dotarło do ludzi, że apel pojednania i przebaczenia miał miejsce 15 lat temu, a nie podczas środowego spotkania Tuska i Putina. A o tej środzie premiera Tuska mogę powiedzieć, że to była czarna środa. Nie było ani jednego świadka Katynia. Nie wspomniano o księdzu Peszkowskim nawet słowem. A kiedy w czasie antenowym były wolne chwile i moje ekipy dobijały się, aby puścić materiał przygotowany o orędziu księdza Peszkowskiego do narodu polskiego wygłoszonym w kwietniu 1995 roku, do wszystkich polityków, do wszystkich dowódców, do całego narodu, to z telewizji przychodziła odpowiedź, że nie. A ciekawe dlaczego? Czyżby ksiądz Peszkowski miał odebrać splendory środowego wydarzenia? Dzisiaj chciałam o tym mówić w studio telewizyjnym.
   Politycy, zwłaszcza Prawa i Sprawiedliwosci, generalicja WP, duchowni, prezes IPN, prezes PKO, naukowcy, dyplomaci... kwiat polskiego Narodu zginął w Katyniu - można powiedzieć - po raz drugi. Co dalej z Polską?
   Popatrzmy chociaż tylko na Janusza Kurtykę, na pana prezesa IPN. Przecież to był młody człowiek, który połowę swojego życia dorastał do swej roli politycznej, wybitnej, wyjątkowej, trudnej. Te 20 lat młodości, to połowa jego życia. Odtworzyć takiego drugiego człowieka tego formatu, to kolejne 40 lat. I może znowu o to chodziło... Przecież teraz finalizują się śledztwa IPN. Finalizuje się sprawa zachowania istoty IPN, czy w ogóle istnienia Instytutu. Największe śledztwo IPN to śledztwo dotyczące zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki i zabójstw dziesiątek innych księży. Było przecież komando, które mordowało księży. Mieliśmy nadzieję, że to śledztwo zostanie skończone przed beatyfikacja księdza Jerzego. Ale nie ma prezesa Kurtyki... Czy to przypadek? 2 września 1999 roku wyszłam ze szpitala w Aninie, gdzie leżał ciężko chory ksiądz Peszkowski. Nie wiadomo było czy przeżyje. Znalazłam się w takim miejscu, gdzie fetowano sukcesy pana Komorowskiego. Miał swoje święto. I tam spotkałam oficera Urzędu Ochrony Państwa. Nie powiem czy mężczyznę czy kobietę. Ten oficer UOP wziął mnie na słowo i zapytał: "To jak ten Twój ksiądz? Żyje jeszcze?" Powiedziałam mu, że martwimy się bardzo czy przeżyje do rana. Usłyszałam wtedy coś strasznego. Oficer UOP powiedział: "Niech zdycha. Niech zdycha ten czarny, co nam tylko przeszkadza". Nigdy tych słów nie zapomnę. Oficer UOP... 99 rok... Więc jaką my mamy wolną Polskę? Jaką my mamy wolną Polskę, kiedy teraz ich wszystkich już nie ma?
   Dziękuję Pani za rozmowę
   Rozmawiał Robert Wit Wyrostkiewicz (konserwatyzm.pl)

   
Ten znicz pali się, aby swym światłem rozjaśnić zamroczone umysły ogłupionych przez media współczesnych Polaków.
 
Powyższe filmy są zwykłą fałszywką. Kto skorzysta na tej "katastrofie"? Ten (grupa interesu) kto "katastrofę" zlecił, mówiąc wprost zlecił dokonanie zamachu.
 Wszystkie chyba media w Polsce sugerują bardziej lub mniej że za tą tragedię odpowiada Rosja (w domyśle dokonała zamachu). Ale czy tak mogło być w istocie?
 (...) Załóżmy, że to Rosjanie planują doprowadzenie do rozbicia się samolotu polskiego prezydenta tuż przed pasem startowym. No, ale gdyby to oni taki zamach tak właśnie zaplanowali, to cały teren wokół miejsca, gdzie miał rozbić się samolot, jeszcze przed katastrofą zostałby szczelnie obstawiony setkami cywilnych agentów rosyjskiej bezpieki.
  Po to, aby nikt nie zauważył, że na przykład agenci FSB zmuszeni byli dobijać osoby, które katastrofę przeżyły. W tym jednak wypadku nawet mysz nie prześliznęłaby się przez gęsty kordon rosyjskiej bezpieki. A tym bardziej jakiś "przypadkowy" przechodzień, który nagrał dowody "dobijania" rannych, po czym bez problemu opuścił teren katastrofy i następnie dwa dni później filmik ten puścił w internecie.
  Dalej... Gdyby Rosjanie planowali wcześniej ewentualne dobijanie rannych, zapewne mieliby przy sobie pałki czy łomy. Rany zadawane takimi narzędziami niewiele różnią się od ran urazowych powstałych w wypadkach i katastrofach. Nawet dokładna sekcja zwłok miałaby trudności w wykazaniu, że urazy głowy zostały zadane celowo przez osoby trzecie. Natomiast nigdy i w żadnym wypadku FSB nie użyłaby do dobijania rannych broni palnej. Przecież nie są oni idiotami. Wiedzieć musieliby z góry, że katastrofa wywoła i tak podejrzenia zamachu, ale i przede wszystkim, że ciała będą musiały być zwrócone polskiej stronie. A kto wie, czy nie przeprowadzona zostanie ekshumacja zwłok i ich ponowne drobiazgowe badania, które wykryje rany postrzałowe.
  Rosyjska FSB była zapewnie licznie reprezentowana w tłumie ludzi i dziennikarzy czekających przy lotnisku na przylot samolotu. Ale wyłącznie tam i na trasie planowanego przejazdu z lotniska do Katynia. Mieli zabezpieczyć ważną polską delegację. Jest to działalność rutynowa służb w każdym państwie. Ale ponieważ nie planowali oni zamachu, nie czekali w okolicach lasku, gdzie do katastrofy doszło.
  A gdyby za zamachem stały obce służby...
  Od czasu rozpadu ZSRR Rosja pod wieloma względami upodobniła się do wielu innych państw świata. Przede wszystkim jej granice nie są szczelnie zamknięte, jak kiedyś. Przebrani za turystów czy dziennikarzy agenci obcych wywiadów bez przeszkód poruszają się w Rosji.
  Wtajemniczeni z plany zamachu agenci obcych służb czekali więc w pobliżu miejsca, w którym miał się rozbić celowo tam właśnie naprowadzony samolot. Kilka minut po katastrofie byli już na miejscu. Jednen z nich nagrał filmik na telefon komórkowy. Celowo chaotycznie i szybko poruszał kamerą telefonu. Chodziło o to, aby obraz był zamazany i niewyraźny (później faktycznie dopatrywano się na filmiku nieistniejących postaci). Inni agenci pospiesznie zbierali szczątki samolotu, przedmioty należące do zabitych pasażerów czy nawet przyrządy nawigacyjne. Zanim na teren katastrofy dotarła rosyjska policja i agenci FSB przedstawiciele obcych służb (obładowani "bagażem") zniknęli. Przedmioty wyniesione przez nich do dzisiaj podrzucane są na miejscu katastrofy. Mają wywoływać nadal podejrzliwość o niedbałość i mataczenie w śledztwie ze strony Rosji.
  Dodatkowo na nagrany filmik narzucono drugą ścieżkę głosową. Tą ze strzałami i "dobijaniem rannych", po czym puszczono go w sieci. Ponadto agenci służb i agentura wpływu od początku rozpuszczali różne plotki - jak choćby tę o rannych w szpitalu. Podobne plotki i dezinformacje, mające wzmóc wobec Rosji atmosferę podejrzliwości rozpuszczane są nadal i bez przerwy, także przy uczynnej pomocy "użytecznych idiotów", zwłaszcza rusofobów, w mediach i internecie nieprzerwanie do dzisiaj.
  Przy czym filmik nagrany na miejscu katastrofy, mający być koronnym dowodem, "dymiącym naganem" (w amerykańskiej wersji "dymiącym coltem") ręki Putina i KGB w katastrofie okazuje się być raczej koronnym dowodem na to, że to robota obcego wywiadu.
  To właśnie wiedzący o mającej nastąpić katastrofie agenci obcego wywiadu czekali w pobliżu miejsca katastrofy. Nagrali filmik, przedobrzyli jednak z narzuconą na niego ścieżką głosową. Ich zamiar był jednoznaczny - narzucić skojarzenia ze zbrodnią w Katyniu 1940. A więc strzały z pistoletu, w domyśle nawet - w tył głowy - tak jak to robiło 70 lat wcześniej z innymi Polakami NKWD.
  Różnica polega na tym, że na ofiary katastrofy czekały tłumy ludzi i dziennikarze. Nie mogła więc FSB dobijać pasażerów strzałem w głowę i ciało natychmiast zakopać w lesie. Wszystkie ciała musiały wrócić do Polski. Bez śladów kul!
  Filmik miał za zadanie podkręcenie spirali podejrzliwości pod adresem Rosji. Także plotki o zamordowaniu jego autora miały ten sam cel. Nasunąć skojarzenia z NKWD, KGB i mordowaniem w przeszłości Polaków na "nieludzkiej ziemi".
  Nie pojmuję jedynie, że nawet pozornie rozsądni ludzie dali się na taką prowokację wrogiego Rosji wywiadu nabrać. Jeszcze raz powtarzam - gdyby Rosja planowała ten zamach, teren katastrofy byłby szczelnie obstawiony przez KGB. A wtedy, gdyby nawet przypadkiem ktoś się przez kordon bezpieki przecisnął i nagrywał by filmik z miejsca katastrofy, to jego zastrzelono by w pierwszej kolejności. A wtedy nie oglądalibyśmy tego filmiku.
  To ktoś z wrogiego wywiadu, wiedząc, że do katastrofy dojdzie, czekał na nią, nagrał filmik, narzucił drugą ścieżkę głosową, puścił to w internecie wraz z plotką, że autora filmiku zamordowano na Ukrainie.
  Rosja od miesiąca stawiana jest pod pręgierzem. Podejrzenia czy wręcz oskarżanie jej o zamach nie tylko nie słabną, ale się nasilają. To nic, że w normalnym śledztwie prokuratura zawsze zachowuje tajemnicę śledztwa i nie ujawnia spraw mogących śledztwu zaszkodzić. To nic, że na zachodzie podobne śledztwa ciągnęły się latami. To nic, że śledztwa w sprawie katastrof prowadzi zawsze państwo, na terenie którego do katastrofy doszło. Naciski na Rosję narastają. Postawiono ją nieomal pod murem.
  Czyż nie po to, aby mieć wolną rękę w planowanej agresji na Iran?
  Jaką korzyść odniosłaby Rosja z tej tragedii? A jaką korzyść mają tzw. "międzynarodowe" koncerny, które zawarły zaraz po "katastrofie" niezmiernie korzystną umowę o prawo do eksploatacji złóż gazu łupkowego, do czego nie chciał dopuścić prez. Kaczyński?
    Na podstawie artykułu Andrzeja Szuberta, http://fronda.pl

Im dalej od tragedii tym więcej wątpliwości i pytań

Z portalu Hotnews.pl - Nie tylko polski samolot miał problemy?
   10 kwietnia br. roku, tuż przed godziną dziewiątą, do lądowania na smoleńskim lotnisku przygotowywały się dwa samoloty. Zarówno samolot z polską delegacją jak i rosyjski IŁ-76 doświadczyły dziwnych okoliczności towarzyszących zbliżaniu się do lotniska docelowego.
   Jeden z naszych aktywnych czytelników, mający doświadczenie w kierowaniu ruchem lotniczym w amerykańskich siłach zbrojnych, przesłał nam swoją hipotetyczną wersję wydarzeń, która w obliczu przedstawionych faktów, może zbliżać nas do poznania realistycznych powodów katastrofy. Konieczność szczegółowego wyjaśnienia tragicznych dla Narodu Polskiego wydarzeń powinna być priorytetem jakichkolwiek panujących rządów.
   Bardzo proszę o pomoc w znalezieniu jednego zdjęcia z Smoleńska, które widziałem na jakimś forum 1,5 tyg temu. Zdjęcie przedstawia dwa drzewa oddalone od siebie o kilka metrów z bujna koroną, które zostały "ostrzyżone pod kątem" przez przelatujący samolot. Zdjęcie było o tyle specyficzne, że przedstawiało niebieską naniesiona siatkę 3D, które pokazywało, że fizycznie niemożliwe jest uczynienie tego przez jeden samolot. Chodzi o to, że jedno drzewo było ostrzyżone pod katem 45 stopni a drugie pod katem 135 stopni. Nikt nie potrafił wtedy zrozumieć tego zdjęcia. Ja postanowiłem je przeoczyć ponieważ nie zajmowałem się, wtedy tym tematem a i nie znałem dodatkowych faktów. Takie ostrzyżenie drzewa było możliwe jeśli zostało dokonane przez dwa samoloty. Fakty ostatnich dni oraz pozostałe dane pokazują, że to było bardzo możliwe, prawdopodobne (odpowiedzi można dokonać za pomocą poniższego forum - przyp.red.)
   (wszystkie godziny według czasu polskiego)
   Znane nam fakty to:
   - elektrownia zanotowała awarie linii energetycznej o godz. 08g.39m.30s
   - według świadków samolot rosyjski IŁ76 wykonał nieudane lądowanie lecąc odchylony jednym skrzydłem i o mało co nie zahaczając innych samolotów stojących na pasie startowym.
   - skrzynka polskiego Tu 154M przestała pracować o godz. 08.41.00 (konferencja D.Tuska). Oznaczałoby to, że linia energetyczna została zerwana przez rosyjski samolot o godz.08.39.35 1,5 min później polski samolot rozbił się, w pobliżu.
   Co mówią nam te fakty:
   - samolot polski był spóźniony o 30 min. przez co znalazł się, w tym samym czasie co rosyjski, czego nie przewidziano.
   - oba samoloty miały te same problemy: w odległości 1,1km od lotniska znalazły się, na wysokości kilku metrów. Czyli oba samoloty musiały zaczynać obniżać lot ok 2 km od lotniska.
   - samoloty były od siebie oddalone o 1,5 min lotu co oznacza ok.6-7km (standardowe odległości dwóch samolotów na tym samym podejściu do lądowania - pracowałem na radarach)
   - oba samoloty ścinały drzewa na niskiej wysokości co tłumaczy sprzeczne doniesienie o uszkodzeniu anteny NDB (1,1km) oraz drzewa (1,1km), przeszkód oddalonych od siebie o wartość większa niż wynosi rozpiętość skrzydeł któregoś z samolotów
   - samolot rosyjski się uratował a polski nie
   - alarm lotniska zawył 15 min. po katastrofie
   (...źrodlo tekstu: hotnews.pl...)
   Na podstawie tego można przypuszczać, że:
   - zostały ustawione fałszywe nadajniki NDB, które oszukały obu pilotóww tym rosyjskiego IŁa-76 w co do odległości od pasa i polskiego pilota co do odchylenia od osi lotniska ( w przypadku Rosjan fałszywy mógł być nadajnik ustawiony 2 km od lotniska, w przypadku Polaków 2 nadajniki).
   - jeśli to był zaplanowany zamach, mgła musiała być sztuczna (tajemniczy samolot latający nad lotniskiem na dwie godziny przed katastrofą)
   - w przypadku zamachu, nie wiedział o tym wcześniej rosyjski rząd (w każdym razie w początkowej fazie)
   - słowa uznania należą się, dla rosyjskich internautów i innych ludzi (np. z elektrowni) dzięki którym, mamy te informacje (zdjęcia, świadectwa, wykresy)
   - za zamachem muszą stać służby specjalne, które uciszyły niektóre niewygodne fakty i poinformowały polityków w stosownym dla siebie czasie.
   Biorąc pod uwagę te fakty można wysnuć następujący scenariusz (godzina według czasu warszawskiego)
   06.40 - tajemniczy samolot rozpoczyna nalot nad lotniskiem, co pokrywa się, z narastaniem mgły.
   07.15 - ląduje polski samolot
   07.30 - z Warszawy startuje polski samolot prezydencki.
   07.35 - mobilne fałszywe nadajniki zajmują pozycje.
   08.30 - samolot Polski i Rosyjski IŁ76 krążą nad lotniskiem. "Wieża" czyli drewniana szopa z anteną przykryta siatką maskowniczą, decyduje, że samolot rosyjski będzie pierwszy podchodził do lądowania, samolot polski wykonuje dodatkowe kółka i kieruje się, za samolotem rosyjskim na ścieżkę podchodzenia do lądowania (10 km od lotniska) - standardowy odstęp w takich warunkach wynosi ok.6-10 km co w przeliczeniu na czas daje ok. 1,5 - 2 min. (pracowałem na radarach)
   08.37.30 rosyjski samolot IŁ76 rozpoczyna podchodzenie do lądowania (10 km od lotniska) operatorzy fałszywych nadajników nie są pewni, który samolot leci pierwszy. Zdążają załączyć drugi fałszywy nadajnik (2,1km od pasa), pierwszy fałszywy nadajnik (7,1km od pasa, nie działa). Dalszy fałszywy nadajnik (7,1) jest ustawiony ok,1000 m poniżej osi pasa i prawdziwego nadajnika
   08.38.30 rosyjski samolot mija prawdziwy nadajnik NDB w odległości 6,1 km, zaczyna się, kierować sygnałem na fałszywy nadajnik NDB w odległości 2,1 km od pasa i 150 m poniżej osi lotniska.
   08.38min.40s polski samolot rozpoczyna podchodzenie do lądowania. Jest w odległości 10 km od pasa. Otrzymuje sygnał od fałszywego nadajnika NDB (ustawionego 7,1km od płyty lotniska i ok.1km od osi lotniska), Pilot zaczyna się, kierować na sygnał fałszywego nadajnika.
   08.39.20s w odległości 2,1km od lotniska samolot rosyjski IŁ76 otrzymuje fałszywy sygnał NDB i zaczyna obniżać lot w celu lądowania.
   08.39.30s w odległości 7,1km od lotniska i odchyleniu od pasa ok.1km polski pilot potwierdza wysokość ok.300 metrów, zaczyna się, kierować na drugi fałszywy nadajnik NDB (2,1km od lotniska i odchyleniu ok.150m od osi pasa)
   08.39min.32s samolot Rosyjski uszkadza nadajnik NDB (1,1km- nie stanowi to problemu gdyż nadajnik jest zakłócany)
   08.39min.35s to samolot Rosyjski IŁ76 zahacza o linię energetyczną w odległości 1km od lotniska i ją zrywa.
   08.39min.37s samolot Rosyjski IŁ76 nachyla się, na bok by uniknąć zderzenia z drzewem. ścina gałęzie drzew pod katem (45 lub 135 stopni) i udaje mu się, uniknąć kolizji.
   08.39min.47s z tym samym nachyleniem na jedno skrzydło o mały włos nie zahacza o jeden z stojących samolotów, po czym zgodnie z zaleceniami "wieży" szopy drewnianej pokrytej siatką maskowniczą - pośpiesznie się oddala.
   08.39min.55s Kontrolerzy lotniska są w szoku, nie rozumieją niczego, po tym co zrobił rosyjski samolot IŁ76, kolejny raz ponoć proponują stanowczo polskiemu pilotowi wybranie innego lotniska ale nie informują go o problemach rosyjskiego pilota. Polski pilot stwierdza po raz kolejny, że zrobi jedno próbę lądowania.
   08.40min.30s polski pilot otrzymuje fałszywy sygnał z nadajnika NDB. Znajduje się, w odległości 2,1 km od lotniska ale wydaje mu się, że znajduje się, tylko 1,1km od lotniska. Potwierdza i jest nad nadajnikiem NDB. Potwierdza wysokość 100-120 m (prawidłowa) i decyduje się, rozpocząć schodzenie do lądowania. Zwiększa prędkość opadania z 3m/s na 6-8m/s. Przelot nad nadajnikiem uruchamia uszkodzenie łączności z "wieżą" czyli szopą pokrytą siatką maskowniczą (zamachowcy już wiedza, że ten jest Polski TU 154m)
   Włącza się, alarm TAWS ale pilot myśląc, że alarm ostrzega przed płyta lotniska, ignoruje sygnał.
   08.40min.37s kontrolerzy lotu w odległości 1,6km od lotniska ostrzegają pilota, że, obniża lot nie w tym miejscu co trzeba. Lecz pilot pomimo ze znajduje się, w wysokości 130 m nad dnem wąwozu i 70 m nad przyszłym prawdziwym (zakłóconym) nadajnikiem NDB nie słyszy ostrzeżenia "wieży" ("wieża" to szopa pokryta siatką maskowniczą, a pas startowy to poukładane płyty betonowe z dużą dylatacją, Anglicy w latach 40 ub. wieku mieli lepsze lotniska polowe i lepiej wyposażone, niż te w Smoleńsku).
   08.40min.43s polski samolot znajduje się, w odległości 1.2 km od lotniska i ok.80 m od osi pasa na wysokości 4 m, zaczyna gorączkowo szukać pasa którego się, tu spodziewał (zeznania świadka, rosyjskiego pilota) i zaczyna kosić pierwsze drzewa.
   08.40min.45s odległość od lotniska 1,05 km. Po dwóch sekundach prostego lotu polski pilot podnosi maszynę i zaczyna się, unosić, niestety ukształtowanie terenu i ciężkość maszyny powoduje, pomimo że wzniósł maszynę na 20 metrów to ciągle znajduje się, 4m nad ziemią gdzie na wysokości nadajnika NDB i odchyleniu od osi lotniska 40m uderza w drzewo tracąc małą część skrzydła (powinien tu mieć wysokość co najmniej 70m). Samolot zbacza w lewo.
   08.40min47s Polski pilot próbuje ratować samolot przechylając się, na jedno ze skrzydeł (potrzebna analiza - przechył przeciwny do samolotu rosyjskiego) i ścina poszycie drzewa pod katem 45 lub 135 stopni.
   08.40min.49s polski samolot uderza w dużą brzozę tracąc dużą część lewego skrzydła i pilot traci kontrole nad samolotem.
   08.40min.51-55s samolot roztrzaskuje się, 300 metrów od lotniska i 150 m poniżej jego osi.
   W związku z tym, że to mógł być zamach dla pewności zostały użyte dodatkowe środki, które dały pewność, że wszyscy zginą
   - gaz (wczorajsze info o badaniach toksykologicznych)
   - nie wykrywalny ładunek wybuchowy
   08.41min.00 rosyjscy Kontrolerzy lotu są w szoku, już wiedza że to nie przypadek. Praktycznie nie możliwe jest żeby dwaj piloci popełnili ten sam błąd. Zaczynają się, bać o swoje życie, nie wszczynają alarmu, nie wiedzą co robić.
   08.42min.00s przygotowane w pobliżu specjalny oddział służb specjalnych upewnia się, że wszyscy nie żyją i rozpoczyna zabezpieczanie miejsca katastrofy, nie wszczyna alarmu.
   08.55min.00s "Kola" pojawia się na miejscu katastrofy nakręcając pierwszy "film z strzałami"
   08.56min.00s Po stwierdzeniu, że teren zabezpieczony nakazane jest rozpoczęcie akcji ratowniczej, wszczynany jest alarm lotniska
   08.59min.00 straż pożarna dociera na miejsce katastrofy.
   09.00min.00 rosyjski człowiek pojawia się, na miejscu katastrofy i robi tzw."trzeci film" który tak naprawdę jest drugim. Widzi początek akcji gaśniczej, strażacy czekają na wodę.
   09.03min.00 po długich minutach i mękach w celu zmylenia służb, Wiśniewskiemu udaje się, dotrzeć na miejsce od przeciwnej strony niż "Kola". Polak widzi już akcje gaśniczą.
   Tak wiec proszę pomóżcie odnaleźć to zdjęcie lub inne zdjęcia ukazujące, że zniszczenia drzew zostały dokonane przez dwa samoloty, polski i rosyjski IŁ76. Wkrótce podam kilka ważnych kwestii do odnalezienia i o opisania. Skojarzyłem to wczoraj wieczorem Wcześniej dziwiłem się, że ludzie zajmują się, nadmiernie trajektorią lotu w ostatnich sekundach od 1,2km od pasa do miejsca upadku, podczas gdy oczywiste było, że pilot nie miał szans. Naprawdę się, dziwiłem. Ale teraz widzę, że to PRAWDA rozdziela zadania i pobudza ludzi do działania w określonym kierunku.
   Dzięki osobom, które analizowały ostatni odcinek lotu (od 1,2km do upadku) będzie można udowodnić, że zniszczenia drzewostanu były spowodowane przez dwa samoloty : rosyjski IL76 i polski TU-154M, które według uszkodzenia linii energetycznej i rejestratorów lotu, tzw. czarnej skrzynki tu154M leciały w odstępie 1,5 min, a jeśli oba znalazły się, w tym samym miejscu w takim samym położeniu i na tej samej wysokości, to słowo przypadek jest iluzją.
   Potrzebny jest też zapis czarnej skrzynki rosyjskiego IŁ 76(media milczą o nim, a zapis ten będzie bardzo istotny w wyjaśnieniu katastrofy TU154M Prezydenta).
   Potrzebne są szczegółowe oparte na czarnych skrzynkach dane lotu od. 10km od pasa aż do upadku/ucieczki z lotniska. Opieram się, na wypowiedziach pilotów USAF, US Navy a zarazem na moich wcześniejszych obliczeniach i spostrzeżeniach o, których nie wspomniałem - zamierzałem później.
   Typowa prędkość opadania wynosi ok 3-3,5 m/s pozwala to posadzić samolot na tzw. poduszce powietrznej, która zwiększa bezpieczeństwo i wygodę lądowania. Niestety w warunkach mgły i niskiej widoczności pionowej bardzo trudno ją stosować gdyż pilot nie widzi ziemi i nie wie, w którym momencie wyrównać lot, bo można minąć pas startowy.
   Nadajniki NDB poza oceną wysokości i zasygnalizowania odległości od lotniska oraz umiejscowienia na osi pasa umożliwiają pilotowi podjęcie decyzji do prawidłowego kąta opadania. Na podstawie zalecanych wysokości między nadajnikami pilot ocenia właściwy kąt opadania (w praktyce pomagają mu w tym przyrządy i książki lotniska). Tak aby znaleźć się, w prawidłowej wysokości nad nadajnikami oraz płytą lotniska.
   Co do Smoleńska dane co do nadajników NDB oraz potrzebne obliczenia są następujace:
   - 6,1 km - wysokość 300m
   - 1,1 km - wysokość 70m (zalecana dla Tu 154m - 100-120)
   - 1,1 km
   Czyli aby obliczyć zalecaną prędkość opadania należy obliczyć następujące równania:
   - czas przelotu pomiędzy nadajnikami - odległość / prędkość samolotu 4000m /75-80m/s (270-288km/h)(prędkość troszkę wyższą niż końcowa) = 50-53 sekund różnica zalecanej zmiany wysokości między nadajnikami -200m czyli prędkość opadania pomiędzy nadajnikami 6,1km a 1,1km powinna być zbliżona do 200m/50-53 sekund = ok.3,8-4m/s
   I teraz zalecana prędkość opadania pomiędzy nadajnikiem NDB (1,1km) a płytą lotniska.
   Wiadomo, że samolot nie ląduje na początkowej krawędzi płyty więc dodamy min.100-200m czyli aby obliczyć prędkość opadania pomiędzy nadajnikiem NDB (1,1km) a płytą trzeba wykonać podobne obliczenia: odległość do pokonania = 1200-1300m prędkość samolotu = 70 m/s czas lotu = 17-18 sekund wysokość nad nadajnikiem NDB (1,1km) - 100m (pilot chciał taką osiągnąć).
   Czyli teraz zalecana prędkość opadania = ok.6m/s. Pilot miał ok. 6-8 m/s. te dwa metry więcej mogły się, wziąć z tego, że pilot chciał zejść trochę więcej by prawidłowo ustawić samolot na pas lądowania (bał się, go minąć). Widzialność pionowa wynosiła min.40-50 m więc pilot miałby wystarczająco dużo czasu by zmniejszyć prędkość opadania i spokojnie posadzić samolot. Jest to tzw.sadzanie samolotu sterami przeciwne do sadzania samolotu na poduszce powietrznej - ale jak widać warunki atmosferyczne jak i parametry nadajników NDB pozwalały i w zasadzie uzasadniały taki rodzaj lądowania.
   Czyli podsumowując prędkości opadania choć większa od "milej" była jak najbardziej uzasadniona i związana z danymi lotniska.
   Te wykresy przedstawiające zalecane lądowania w Smoleńsku powinny to uwzględnić.(niestety wszyscy rysują prędkości opadania dla 3m/s co powoduje, że prędkość opadania zapoczątkowana 2 km od lotniska wydaje się, dziwna - a taka nie jest.)
   Czyli jeszcze raz wykres uwzględniający uzasadnioną warunkami atmosferycznymi i ustawieniem nadajników NDB pokaże, że prędkość opadania samolotu na 2km przed płytą lotniska pokrywa się, z zakładaną prędkością opadania samolotu na lotnisku w Smoleńsku. Takie zobrazowanie wykresu da dużo do myślenia. Niestety tak jak napisałem wykresy przedstawiane zakładają prędkość opadania 3m/s.
   Co do czasowych uszkodzeń sterów i silników to trudno mi się, wypowiedzieć. Myślę, że były by jakieś ślady tego w czarnych skrzynkach, komunikat dla "wieży" baraku, oraz zachowanie samolotu mogłoby być inne, czas uszkodzenia/zablokowania musiałby wynieść ok.6-7 sekund. Możliwe, ale co w jaki sposób musiałoby by być uszkodzone, to trudno mi się, wypowiedzieć.
   Podsumowując wydaje mi się, że:
   Gdyby silniki się, wyłączyły pilotowi trudno byłoby w tak krótkim czasie odzyskać prędkość wznoszenia gdyż samolot straciłby całkiem ciąg. Prawdopodobnie rozbiłby się, już na wzgórzu.
   Co do czasowej (6 sekund) utraty sterowności nie wiem, musiałby się, wypowiedzieć pilot, który miał coś takiego w czasie lotu. Ewentualnie można poszukać w necie jakiś relacji. Tylko, że on miał sterowność i moc, tak jak napisałem wcześniej od 1,3km pilot zaczął wyrównywać już lot oceniając, że w ostatnim odcinku udało mu się, wznieść ponad 20 metrów jako przeciwieństwo opadania (takie odbicie się, w powietrzu) to on dokonał naprawdę dużo (biorąc pod uwagę masę TU 154m). Czyli wydaje mi się, że miał pełną kontrolę i moc. W przypadku utraty sterowności, (biorąc pod uwagę, że ją miał gdy siła przyciągania była największa) ciężko według mnie odnaleźć miejsce gdzie jej nie miał.
   Utrata siły ciągu silników według mnie odpada, bo utrata siły ciągu na wysokości kilkudziesięciu metrów to prawie pewna katastrofa (wyobraźcie sobie sytuację, że jedziecie motocyklem, samochodem i silnik Wam gaśnie, po jakimś czasie odpalacie ale praktycznie musicie wszystko zaczynać od nowa jeśli chodzi o ciąg) do tego dodajcie siłę przyciągania i utratę siły pędu. Co do sterowności nie wiem - na pewno nie była to blokada (samolot zaczął się, obniżać - w przypadku blokady nie mógłby dokonywać zmian) a jakby się, zachował samolot w przypadku krótkotrwałej utraty sterowności można sprawdzić, wyszukać to, w końcu musimy się, poruszać na zasadzie odrzucać lub przyjmować jakaś poszlakę. Czyli można pozbierać informacje na ten temat i sprawdzić.
   Druga sprawa, podwozie raczej wysuwa się, wcześniej czyli ewentualnie awaria, zmiana trajektorii lotu byłaby o wiele wcześniej. Powiem, że tylu fałszywych informacji w mediach jak dzisiaj to dawno nie pamiętam. Bo widzicie fałszywa informacja ma fałszywie podważyć jakiś trop zmuszając do rezygnacji z niego albo jest to fałszywa flara, jak dla torpedy czyli wyprowadzić ma nas Polaków na manowce.
   Ma nas Polaków zmylić. Dlatego ja od jakiegoś czasu gdy wypowiada się, jakiś "ekspert" w "polskich" mediach i prasie, biorę długopis i kartkę do obliczania oraz potwierdzam albo i nie jego wypowiedzi. Znajomość matematyki królowej nauk jak i logiki się, bardzo w tym wypadku przydaje.
   Podstawianie "ekspertów" i "ośmieszanie" to główne metody walki informacyjnej Polacy. O to cały czas chodzi, żaden pilot nie zszedłby bezpodstawnie na taką wysokość nie mając pewności, że jest nad pasem.
   Nie szukałby ziemi wiedząc, że nad nadajnikiem NDB(1,1km) powinien być min. 70m (w praktyce 100m) ponad nim. Tak więc jeśli pilot by zdawał sobie sprawę gdzie się, znajduje nie szedł by tak nisko. Od tego zależy czy ma szanse wylądować czy nie. Formalnie zgoda na lądowanie albo druga próba. Druga sprawa, pilot wiedział, że nad nadajnikiem ten typ samolotu musi być 100m (więcej niż min.70m), sygnał nadajnika pomaga mu ustawić kąt schodzenia tak by na tej wysokości się znalazł. Jedna z cech wskaźnika - odbiornika NDB. Ten fakt daje dużo do myślenia, że w odległości 2km był dokładnie na wysokości na jakiej powinien być nad nadajnikiem (1,1km). i potem uczynił dokładnie to co powinien uczynić po potwierdzeniu wysokości 100m nad nadajnikiem NDB, obniżyć wysokość. To uczynił. Dane z transpondera idą łącznie z danymi co do wysokości i położenia samolotu ale są danymi innymi. Mówią o statusie samolotu.
   "Wieża" drewniana szopa, miała dane co do położenia samolotu. Zostało potwierdzone oficjalnie, że samolot w odległości 2km znajdował się, na prawidłowej wysokości 100m, do odległości 2km nic się, z nim złego nie działo, potem zaczął się, gwałtownie obniżać o czym "wieża" szopa poinformowała. Czyli dane są i zostały udostępnione, w każdym razie co do ostatniej fazy lotu. Z tych informacji, które mamy wynika, że nie był załączony kod alarmowy. Generalnie transponder ma sens na wyższych wysokościach, na małych wysokościach mogą wystąpić zakłócenia.
   Ja sam prowadziłem samoloty do wysokości 500m, potem przejmował je radar lotniska lub lotniskowca. I z tego co pamiętam, sygnał transpondera (dodatkowa kreska określająca kod) zawsze znikał pierwszy. Generalnie od 300-400 metrów nie widziałem już samolotu na ekranie. Ale zazwyczaj pierwszy znikał sygnał transpondera. Sygnał ma znaczenie przede wszystkim do określenia czy samolot ma pozwolenie na lot/wpisany właściwy kod. W przypadku awarii łączności lub jakiejś awarii jeśli tylko piloci mieliby czas na reakcje mogli go załączyć. Czyli w przypadku awarii powyżej kilkuset metrów sygnał powinien być widziany także z innych radarów. W przypadku awarii poniżej tej wysokości, jeśli tylko pilot ma czas na reakcję mógł go włączyć. Brak tego sygnału, zwiększa prawdopodobieństwo, że nie było żadnej awarii, ale nie wyklucza jej bo piloci po prostu mogli nie mieć czasu.(z tego co wiem kod jest zmieniany manualnie). Wstyd, że o tym zapomniałem, w sumie jest to trochę ważne, bo daje większe prawdopodobieństwo braku awarii. Ja widziałem na radarze samolot na wysokości 400m z ponad 100 km, więc awarie powyżej tej wysokości powinien widzieć nie tylko Smoleńsk, myślę, że na lotniskach w pobliżu także. (cdn)

Z blogu Grypa666, a konkretnie ze strony:
http://grypa666.wordpress.com/2010/05/08/hipoteza-falszywych-nadajnikow-ndb/.
Prawa autorskie Konrad "In". Kopiowanie, reprodukcja i przekaz w celach niekomercyjnych dozwolone tylko w całości i z podaniem autora i pełnego URL na Grypa666.
   Na podstawie mojej wiedzy i doświadczenia wiedziałem, że położenie każdego obiektu określa się w podobny sposób jak położenie wybranego punktu w sześcianie, w 3 płaszczyznach wektorowych np. X, Y, Z. W taki sam sposób pracują radary lotniska określające położenia samolotu:
   * X - wysokość
   * Y - odległość od celu
   * Z - "szerokość" tj. położenie względem osi lotniska.
   By ocenić lot samolotu, trzeba analizować te 3 płaszczyzny. Fakty, które znamy:
   * W odległości 2 km od lotniska (Y) samolot znajdował się na prawidłowej wysokości 120-130 m (X) i był oddalany od osi pasa lądowania ok. 20 m (Z). Czyli musimy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego współrzędna Z była nieprawidłowa.
   * W odległości 1 km od lotniska samolot leciał na wysokości 2-3 m w odległości 10-20 m od osi pasa. W tym przypadku nie zgadzają sie współrzędne : X - wysokość, Z – położenie względem pasa.
   Przy czym współrzędna Z najprawdopodobniej określa się na podstawie sygnałów z nadajnika A (4-6 km od lotniska) i nadajnika B (1 km) od lotniska. Nadajniki A oraz B powinny leżeć w prostej linii na przedłużeniu osi pasa lądowania.
   Więc dlaczego X oraz Z się nie zgadzały?
   Zaczęły dochodzić kolejne fakty. Przypomniałem sobie wypowiedz świadka katastrofy polskiego Tu154m, rosyjskiego pilota wojskowego - Aleksadra Kormoczika, który twierdził, że był świadkiem lądowania prezydenckiego samolotu. Cytuję ze słuchu na podstawie filmu: minuta 0.12 - 0.22 [6]
   "...ON ZROZUMIAŁ ŻE TUTAJ NIE MA PASA, A SZUKAŁ GO DOKŁADNIE W TYM MIEJSCU
   …WYGLąDAŁ I OCZEKIWAŁ, ŻE TU JEST PAS
   …DLACZEGO ON TU BYŁ, TO NIEPOJĘTE…"
   Rozpocząłem rozmyślać o nadajnikach NDB. Oba są ustawione idealnie na linii osi lotniska. Są jej przedłużeniem, dzięki czemu samolot ustawia swoje położenie. Samolot leciał lekko z boku osi lotniska. Czy powodem tego były mobilne (fałszywe) latarnie NDB???
   Tak jak wspomniałem wcześniej, na forum lotnicy.net przeczytałem, że jednym z elementów naprowadzających, a na lotnisku w Smoleńsku głównym elementem, jest ocena wysokości na podstawie sygnału z anteny NDB, która znajduje się 1,1 km od lotniska w Smoleńsku.
   Sygnał z tej anteny daje sprawdzenie parametru wysokości oraz umożliwia ustawienie samolotu względem osi pasa lotniska. Wg książki podchodzenia do lądowania, samolot musi być nad tą anteną co najmniej 70 m (biorąc pod uwagę, że pilot zdawał sobie sprawę, że antena ta jest poniżej pasa oraz dane techniczne Tu154m, dodał on odpowiednio metry, co w praktyce dawało 100-120 m nad anteną).
   Anteny NDB są dwie: 6,1 km przed lądowaniem - ustawia samolot w linii do osi pasa i ta bliższa (1,1 km), najważniejsza i określająca prawidłową wysokość lądowania i umiejscowienie przed pasem oraz pozwalająca na podjęcie decyzji co do lądowania lub jego zaniechania.
   Teraz popatrzyłem na mapkę i oceniłem. Zobaczyłem, co się stanie jak ta bliższą antenę przeniesie się 1 km dalej na odległość 2 km od pasa. Jak wiemy samolot w odległości 2 km od pasa miał wysokość 100 m. [7] "Jak twierdzi zastępca szefa sztabu rosyjskich sił powietrznych gen. Aleksander Aloszyn, jeszcze 2 km od lotniska Smoleńsk-Siewiernyj i do wysokości 100 metrów samolot prezydencki leciał prawidłowo..." Samolot leciał i będąc nad doliną 2 km od pasa mógł uzyskać sygnał od fałszywej anteny NDB; ok. 100-120 m NAD FAŁSZYWą ANTENą ZNAJDOWAŁ SIĘ STOK (idealnie jeśli przyjmiemy, że myślał, że znajduje się nad latarnią NDB w odległości 1,1 km od pasa). Rysunek pokazuje, że od tego momentu [pilot] zboczył z prawidłowej trajektorii lotu (zielona linia a czerwona), obniżył gwałtownie wysokość (zeznania wieży), bo bał się, że minie pas. Po przeleceniu 1 km i obniżenia wysokości do kilkunastu metrów nad ziemią, szuka pasa lądowania (wiedział, że normalnie sygnał z anteny znajduję się dokładnie 1 km od pasa), więc przypuszczał, że właśnie jest nad pasem do lądowania;
   (zeznania pilota: ...ON ZROZUMIAŁ, ŻE TUTAJ NIE MA PASA, A SZUKAŁ GO DOKŁADNIE W TYM MIEJSCU ...WYGLąDAŁ I OCZEKIWAŁ, ŻE TU JEST PAS ...DLACZEGO ON TU BYŁ, TO NIEPOJĘTE...)
   Ale pasa tu nie było. Był on 1 km od lądowania. Tutaj mapka do oceny. Latarnia NDB znajduje się 1 km od pasa, fałszywa mogła być ok. 2 km od pasa.
   Dalej w moich poszukiwaniach znalazłem coś ciekawego: są wersje mobilne anteny NDB.
   Non Directional Beacons
   With the acquisition in 1998 of Sencea, Fernau broadened its product range to include non directional beacons. After a thorough review and upgrade of the existing design by our engineering team, the system now sits comfortably alongside the rest of our products as the 2060 NDB. The 2060 NDB has been a great success and has allowed us to offer customers some very innovative solutions. For instance, coupled with a DME, it provides an airfield with an immediate capability down to 300 feet, or the mobile DME/NDB can be used to equip any airstrip with almost instant navigation for emergency relief work, military movements, and so forth. The unit can be supplied in fixed, man-portable, or mobile configurations together with an appropriate antenna and, if required, remote control and monitor unit and remote off-air monitor receiver. The 2060 NDB is available in dual and single configurations with output power user-variable up to 100W. Applications of the 2060 NDB are numerous and include land based aviation beacons, ship beacons, oil platform beacons, oil pipeline location beacons, differential GPS data correction beacons, and portable and fixed military variants.
   Radiolatarnie niekierunkowe [tłumaczenie Piotr Bein].
   Z przejęciem firmy Sencea w 1998 r., firma Fernau poszerzyła swą ofertę produktów o niekierunkowe radiolatarnie. Po dokładnej rewizji i modernizacji istniejącej konstrukcji przez naszych inżynierów, system oferujemy teraz obok pozostałych produktów, jako 2060 NDB. Jest on wielkim sukcesem i pozwala nam oferować klientom bardzo innowacyjne rozwiązania. Np. łącznie z DME zapewnia on lotnisku natychmiastową zdolność do 300 stóp [ok. 90 m, niejasne jakiego parametru dotyczy - PB], zaś każdy pas startowy można wyposażyć mobilnym systemem DME/NDB w niemal natychmiastową nawigację do prac ratowniczych, ruchu wojsk itd. Urządzenie można dostarczyć w konfiguracji stacjonarnej, przenośnej lub ruchomej z odpowiednią antenę, a w razie potrzeby - z urządzeniem do zdalnego sterowania i monitorowania oraz z odbiornikiem monitorowania off-air [może znaczyć monitorowanie sygnałem skrytym - PB]. 2060 NDB jest dostępny w konfiguracjach pojedynczych i podwójnych o mocy zmiennej do 100 W, wybieralnej przez użytkownika. Liczne zastosowania 2060 NDB obejmują lądowe nadajniki lotnicze, radiolatarnie morskie, nadajniki dla platform wiertniczych i dla lokalizacji rurociągów, nadajniki korekty różnicowych danych GPS oraz przenośne i stacjonarne wersje wojskowe. [koniec tłumaczenia]
   Oraz można się przyjrzeć, co jest na wyposażeniu niektórych lotnisk wojskowych.
   Zacząłem powoli rozumieć, ze niektórzy mogą iść złym tropem, stawia się nacisk na różnicę w wysokości, podczas gdy może tu chodzić o różnicę w pojmowaniu odległości od lotniska. Zbiegło to się z informacjami sugerującymi błąd pilota. Moje wnioski nt. błędu pilota były następujące:
   Błąd pilota? Zależy, co nazywasz błędem - jeśli było tak, jak opisałem, to nie ma tu błędu pilota. Podstawowe pytanie, które zadał rosyjski pilot wojskowy i zadawało wielu dziennikarzy: dlaczego w odległości 1,2 km od lotniska pilot szukal pasa startowego bedac przekonanym ze tam jest.
   Jeszcze raz przyjrzyj się temu zdjęciu i znajdź punkt połączenia (2 km od lotniska): zielonej (prawidłowej) i czerwonej (rzeczywistej) trajektorii lotu. Teraz ten punkt przesuń 1 km do przodu (tak jak na filmie z szklanej pułapki, który wstawił mizia - w tym przypadku punkt ten mógł być przestawiony 1 km do tylu).
   I co zobaczysz? ze gdyby pilot był 1 km bliżej lotniska, to schodził by idealnie do lądowania.
   Prawdziwa latarnia NDB znajduje się w odległości 1 km od lotniska. Fałszywa mogla się znajdować 2 km od lotniska , idealnie na łączeniu punktu łączącego zielona (prawidłowy) i czerwona (rzeczywisty) trajektorie lotu.
   Później była konferencja D.Tuska [8] i jego wypowiedz: "Nie zdradzę tajemnicy śledztwa, ale analizując przerwanie pracy niektórych urządzeń TU-154 można by powiedzieć, że katastrofa mogła nastąpić o godzinie 8.41..."
   Przypomniały mi się wypowiedzi internautów w Smoleńsku oraz dane elektrowni w Smoleńsku, które publikowała prasa: o awarii linii energetycznej na trasie lądowania samolotów o godz. 08.39.35 w dniu 10.04.2010.
   "...Komisja badająca przyczyny katastrofy dotarła do danych, według których do zerwania liny doszło o godzinie 8.39.." [9]
   Dokument smoleńskiej elektrowni zamieszczony w artykule Rzeczpospolitej precyzuje czas awarii linii energetycznej na godz. 08.39.35 [10]
   Pojawił się niepokój, co to może oznaczać. W godzinach wieczornych fakty zaczęły się układać w miarę spójna całość. Po nieprzespanej nocy powstała Hipoteza Fałszywych Nadajników NDB
   Hipoteza fałszywych nadajników NDB
   Analiza faktów - Smoleńsk 10.04.2010
   Znane nam fakty to: (dane wg czasu polskiego)
   * Elektrownia zanotowała awarie linii energetycznej o godz. 08g.39m.35s (wypowiedzi internautów z forum Smoleńsk, artykuły polskiej prasy cytujące wypowiedź członka komisji oraz zdjęcie dokumentu z elektrowni w Smoleńsku).
   * Wg świadków samolot rosyjski IL-76 wykonał nieudane lądowanie lecąc odchylony jednym skrzydłem i o mało nie zahaczając innych samolotów.
   * Skrzynka polskiego Tu-154m przestała pracować o godz. 08.41.00 (konferencja D.TUSKA 28.04.2010). [11]
   Oznaczałoby to, że linia energetyczna mogla zostać zerwana przez rosyjski samolot IL-76 o godz.08.39.35. Mniej więcej 1,5 min. później ok. godz 08.41.00 polski samolot rozbił się w pobliżu płyty lotniska.
   Co mówią nam te fakty:
   * Samolot polski Tu-154m był spóźniony o 30 min., przez co znalazł się w tym samym czasie w pobliżu lotniska w Smoleńsku, co samolot rosyjski IL-76.
   * Oba samoloty mogły mieć te same problemy: W odległości 1,1 km od lotniska znalazły się na wysokości kilku metrów. Czyli oba samoloty musiały zaczynać obniżać lot ok. 2 km od lotniska.
   * Samoloty były od siebie oddalone o 1,5 min lotu, co oznacza ok. 6-7 km (dozwolona - bezpieczna odległość dwóch samolotów na tym samym podejściu do lądowania - pracowałem na radarach).
   * Oba samoloty mogły ścinać drzewa na niskiej wysokości, co tłumaczy sprzeczne doniesienie o uszkodzeniu anteny NDB (1,1 km) oraz drzewa (1,1 km) - przeszkód oddalonych od siebie o wartość większą, niż wynosi rozpiętość skrzydeł któregoś z samolotów. W tym miejscu potrzebna jest dogłębna analiza ścięcia drzew na podstawie trajektorii lotu samolotów. Uszkodzenie anteny mogło też wynikać z działań sabotażowych.
   * Samolot rosyjski Il-76 uratował się, a polski Tu-154m rozbił się. Mogło wiązać się to z różnicą w ułożeniu silników pomiędzy rosyjskim IL-76 a polskim TU-154m. Rosyjski samolot miał silniki na skrzydłach, a polski na tyle samolotu. Umiejscowienie silników w tyle samolotu może zmniejszyć szanse na podniesienie samolotu na bezpieczna wysokość oraz manewrów samolotu na malej wysokości.
   * Alarm lotniska zawył 15 min. po katastrofie o godz. 08.56.00. Mogło się to wiązać z dwoma powodami:
   - Ktos z jakiegoś powodu podjął decyzje o powstrzymaniu się od wszczęcia alarmu.
   - Służby ratownicze lotniska były niekompletne i chciano uniknąć kompromitacji - wszczynania alarmu bez wystarczającej ilości załogi gotowej do wykonania działań ratowniczych. W związku z tym czekano na posiłki z miasta i dopiero po dotarciu ludzi wszczęto alarm. W przypadku hipotezy zamachu istnieje możliwość wcześniejszych decyzji o pozbawieniu służb ratowniczych lotniska należytej załogi.
   Na podstawie tego można przypuszczać, że:
   * Ustawiono fałszywe nadajniki NDB, które oszukały obu pilotów co do odległości od pasa oraz odchylenia na południe od osi lotniska.
   * Zainstalowano urządzenia służące do fałszywej komunikacji miedzy samolotami oraz wieżą kontroli lotu. Powstała fałszywa wieża kontroli lotu.
   * Jeśli to był zaplanowany zamach, mgła musiała być sztuczna ( informacje o tajemniczym samolocie latającym nad lotniskiem na dwie godziny przed katastrofa).
   * W przypadku zamachu – nie wiedział o tym wcześniej rosyjski rząd (w każdym razie w początkowej fazie): problemy IL-76.
   * Słowa uznania należą się dla rosyjskich internautów i innych ludzi (np. z elektrowni) dzięki którym mamy te informacje (zdjęcia, świadectwa, wykresy).
   * Za zamachem muszą stać służby specjalne, które uciszyły niektóre niewygodne fakty i poinformowały polityków w stosownym czasie.
   Scenariusz
   Biorąc pod uwagę te fakty można wysnuć następujący scenariusz (godzina według czasu warszawskiego)
   06.40 - Tajemniczy samolot rozpoczyna nalot nad lotniskiem, co pokrywa się z narastaniem mgły.
   07.15 - Ląduje polski samolot Jak-40
   07.30 - Warszawa - start polskiego samolotu prezydenckiego (30 min opóźnienia)
   07.35 - Mobilne fałszywe nadajniki zajmują pozycje. Następuje uszkodzenie lub unieszkodliwienie prawdziwych nadajników.
   08.20 - Zakłócenie komunikacji miedzy samolotami a wieżą. Powstaje fałszywa wieża (centrum komunikacji). Istnieje możliwość oraz przypuszczenia zakłócania łączności. Mogło ono przybrać różne formy oraz obejmować różne fazy lotu. Pracownicy kontroli lotu lotniska zeznawali, że pilot polskiego samolotu nie podawał danych. Była też sugestia, że piloci nie znali rosyjskiego (wbrew prawdziwym faktom o pilotach oraz załodze polskiego samolotu). [12]
   * W związku z tym, że potwierdzenia wieży są istotna częścią procedury lądowania, istnieje przypuszczenie, że piloci kierowali się również informacjami fałszywej wieży.
   * Podejrzenie o brak znajomości języka rosyjskiego mogło wynikać z początkowej fazy lotu - zbliżania się do lotniska. Komunikaty do wieży od początku były przekazywane przez osoby podszywające się pod pilotów. Miało to wykluczyć ewentualne podejrzenia pilotów co do zmiany głosu kontrolerów lotu.
   08.30 – Samolot polski Tu-154m dociera w okolice lotniska w Smoleńsku. Jednocześnie rosyjski Il-76 znajduje się nad lotniskiem. Relacje świadków wskazują, że jeden lub oba samoloty krążą nad lotniskiem. Może to oznaczać, że:
   * Fałszywa wieża kontroli lotu decyduje, że samolot rosyjski będzie pierwszy podchodził do lądowania; samolot polski wykonuje ewentualnie dodatkowe kólka i kieruje się za samolotem rosyjskim na sciezke podchodzenia do lądowania (10 km od lotniska).
   * IL-76 krążył nad lotniskiem. Polski Tu-154m nadlatuje nad lotnisko w momencie, gdy IL-76 znajduje się w drodze na scieżkę do lądowania (10 km od lotniska). "Wieża kontroli" nakazuje podążać za samolotem IL-76. Bezpieczny odstęp w takich warunkach wynosi ok. 6-10 km co w przeliczeniu na czas daje ok. 1,5 - 2 min. To pokrywa się z różnicą pomiędzy czasem awarii linii energetycznej, a czasem zatrzymania czarnej skrzynki polskiego TU-154m.
   08.37.30 – Rosyjski samolot rozpoczyna podchodzenie do lądowania (10 km od lotniska).
   W związku z informacja o dziwnym kącie lotu polskiego samolotu. (podchodził do lądowania niezgodnie z osią lotniska oraz ułożeniem nadajników NDB) oraz ułożeniem przeszkód w ostatnim fazie lotu (ok. 1,3 km od lotniska) istnieje prawdopodobieństwo, ze samolot rosyjski mógł lecieć inną trajektorią lotu oraz być zmylonym tylko przez jeden fałszywy nadajnik NDB. Fakt ten mógł zaważyć o odmiennych losach obu samolotów. Dwie dostępne opcje to:
   * Operatorzy fałszywych nadajników mogli nie być pewni, który samolot leci pierwszy. Zdążają załączyć drugi fałszywy nadajnik (2,1 km od pasa), pierwszy fałszywy nadajnik (7,1 km od pasa) nie działa. Dalszy fałszywy nadajnik (7,1 km) jest ustawiony ok. 400-600 m na lewo (południe) od osi pasa i prawdziwego nadajnika.
   * Oba samoloty zostały zmylone przez dwa fałszywe nadajniki. Odmienne losy danych samolotów mogą się wiązać z różnym umiejscowieniem silników w obu samolotach. 08.38.28 – Rosyjski samolot mija fałszywy nadajnik NDB (7,1 km), zaczyna się kierowac sygnalem na falszywy nadajnik NDB w odleglosci 2,1 km od pasa i 100-150 m na południe od osi lotniska.
   lub
   08.38.30 – Rosyjski samolot mija prawdziwy nadajnik NDB w odległości 6,1 km, zaczyna się kierować sygnałem na fałszywy nadajnik NDB w odległości 2,1 km od pasa i 100-150 m na południe od osi pasa lotniska.
   08.39.00 – Polski samolot rozpoczyna podchodzenie do lądowania. Jest w odległości 10 km od pasa. Otrzymuje sygnał od fałszywego nadajnika NDB (ustawionego 7,1 km od płyty lotniska i odchylonego od osi lotniska ok. 400-600 m). Pilot zaczyna sie kierować na sygnał fałszywego nadajnika. Prędkość opadania 3 m/s.
   08.39.22 – W odległości 2,1 km od lotniska wskaźnik odbiornika NDB rosyjskiego samolotu sugeruje znajdowanie się nad nadajnikiem NDB (1,1 km) i pilot po potwierdzeniu wysokości zwiększa obniżanie lotu w celu wylądowania.
   08.39.33 – Samolot rosyjski IL-76 możliwe, że uszkadza nadajnik NDB (1,1 km – nie stanowi to problemu, gdyż nadajnik nie działa). Druga opcja, że informacja o uszkodzeniu jest próbą ukrycia sabotażowego uszkodzenia nadajnika NDB (1,1 km).
   08.39.35 – Samolot rosyjski IL-76 zahacza o linie energetyczną w odległości 1 km od lotniska i ją zrywa (dokument elektrowni o zerwaniu linii).
   08.39.35-45 – Samolot rosyjski manewruje, aby uniknąć zderzenia z drzewami. Możliwe, że ścina fragmenty któregoś drzewa (potrzebna dogłębna analiza uszkodzeń drzew w pobliżu lotniska).
   08.39.37 – W odległości 7,1 km od lotniska i odchyleniu od pasa ok. 400-600 m polski pilot Tu-154m otrzymuje wskazania odbiornika NDB, że znajduje się nad nadajnikiem (czerwona lampka oraz przestawienie wskaźnika). Potwierdza wysokość ok. 300 m, zaczyna się kierować na drugi fałszywy nadajnik NDB (2,1 km od lotniska i odchyleniu ok.100-150 m od osi pasa).
   08.39.50 – Z tym samym nachyleniem na jedno skrzydło rosyjski IL-76 o mały włos nie zahacza o jeden ze stojących samolotów, po czym zgodnie z zaleceniami wieży pospiesznie się oddala.
   08.39.55 – Kontrolerzy lotniska są w szoku, nie rozumieją niczego po tym, co zrobi rosyjski samolot i kolejny raz proponują stanowczo polskiemu pilotowi wybranie innego lotniska, być może informują go o problemach rosyjskiego pilota. Głos podstawionego polskiego pilota stwierdza po raz kolejny, że zrobi jedną próbę lądowania.
   08.40.39 – Wskaźnik odbiornika sygnału NDB wskazuje, że polski pilot Tu154m znajduje się nad nadajnikiem NDB. W rzeczywistości znajduje się w odległości 2,1 km od lotniska, ale wydaje mu się, ze znajduje się tylko 1,1 km od lotniska. Potwierdza wysokość 100-120 m (dobra) i po potwierdzeniu jej przez fałszywą wieżę kontroli lotu decyduje się rozpocząć ostateczną fazą lądowania. Zwiększa prędkość opadania z 3m/s na 6-8m/s. Jest to prędkość dopuszczalna, zważywszy na dane lotniska oraz parametry Tu-154m. Włącza się alarm TAWS, ale pilot myśląc, że alarm ostrzega przed płytą lotniska, ignoruje sygnał.
   08.40.45 – Prawdziwi kontrolerzy lotu w odległości 1,6 km od lotniska ostrzegają pilota, że obniża lot nie w tym miejscu, co trzeba. Lecz pilot pomimo, że znajduje się na wysokości 100 m nad dnem wąwozu i 70 m nad przyszłym prawdziwym (zakłóconym) nadajnikiem NDB, nie słyszy ostrzeżenia prawdziwej wieży. Następuje kolejne sfałszowanie komunikatów.
   08.40.46 – Tu-154m w odległości 1,5 km od pasa oraz na wysokości 285 m npm zmniejsza prędkość opadania.
   08.40.49 – Polski samolot znajduje się w odległości 1.3 km od lotniska i ok. 60 m od osi pasa na wysokości 8 m, pilot zaczyna gorączkowo szukać pasa, którego się tu spodziewał (zeznania świadka, rosyjskiego pilota) i zaczyna kosić pierwsze drzewa.
   08.40.52 – Odległość od lotniska 1,05 km. Po dwóch sekundach prostego lotu polski pilot podnosi maszynę i zaczyna się wznosić; niestety, ukształtowanie terenu i ciężkość maszyny powoduje, że pomimo iż wzniósł maszyną na 20 m, to ciągle znajduje się 4 m nad ziemią, gdzie na wysokości nadajnika NDB i odchyleniu od osi lotniska wciąż kosi drzewa. Istnieją dwie sprzeczne informacje o uszkodzeniu drzew oraz nadajnika NDB w odległości przekraczającej rozpiętość skrzydeł któregoś z samolotów. Możliwość próby ukrycia uszkodzenia nadajnika w wyniku sabotażu.
   08.40.55 – W odległości ok. 800 m od płyty lotniska polski samolot Tu-154m uderza w dużą brzozą, tracąc dużą część lewego skrzydła i pilot traci kontrolę nad samolotem.
   08.4056 – Polski pilot Tu-154m próbuje ratować samolot, przechylając się na jedno z skrzydeł (potrzebna szczegółowa analiza uszkodzenia drzew - możliwe są uszkodzenia spowodowane przez dwa samoloty, polskiego Tu-154m oraz rosyjskiego IL-76).
   08.41.00-05 – Samolot roztrzaskuje się 500-300 m od lotniska i 150 m na południe od jego osi.
   W związku z tym, że to mógł być zamach, dla pewności zostały użyte dodatkowe środki, które dały pewność, że wszyscy zginą:
   * gaz (wczorajsze info o badaniach toksykologicznych).
   * niewykrywalny ładunek wybuchowy.
   08.41.10 – Rosyjscy kontrolerzy lotu są w szoku. Wiedzą, że to nie przypadek. Praktycznie nie jest możliwe, żeby dwaj piloci popełnili ten sam błąd. Zaczynają się bać o swoje życie. Nie wszczynają alarmu. Nie wiedzą, co robić.
   08.42.00 – Przygotowany w pobliżu specjalny oddział służb specjalnych upewnia się, że wszyscy nie żyją i rozpoczyna zabezpieczanie miejsca katastrofy. Nie wszczyna alarmu. Możliwa jest opcja braku wystarczających służb (m.in. strażaków) w czasie katastrofy. Dowódca straży pożarnej, obawiając się kompromitacji, ściąga z miasta zapasową załogę straży i dopiero wtedy wszczyna alarm. Stad 14 minut różnicy pomiędzy domniemana godzina katastrofy (08.42) a zawyciem syren alarmowych.(08:56). W przypadku zamachów zdarza się czasami, że miejscowe służby ratownicze wysyłane są przed katastrofą w inne miejsce.
   08.55.00 – "Kola" pojawia się na miejscu katastrofy, nakręca pierwszy "film ze strzałami".
   08.56.00 – Po stwierdzeniu, że teren jest zabezpieczony, nakazane jest rozpoczęcie akcji ratowniczej, wszczynany alarm lotniska
   08.59.00 – Straż pożarna dociera na miejsce katastrofy.
   09.00.00 – Rosyjski człowiek pojawia się na miejscu katastrofy i robi tzw."trzeci film", który tak naprawdę jest drugim. Widzi początek akcji gaśniczej. Strażacy czekają na wódę.
   09.03.00 – Po długich minutach oraz problemach związanych ze zmyleniem służb , montażyście TVP, S. Wiśniewskiemu udaje się dotrzeć na miejsce od przeciwnej strony niż "Kola". Polak widzi już akcje gaśniczą.
   Wykaz źródeł
   1. http://www.tvn24.pl/popup_flash.html
   2. http://www.youtube.com/watch?v=HKsoBxXKE70&feature=related
   3. http://news.bbc.co.uk/1/hi/8612825.stm
   4. http://blogmedia24.pl/node/27894
   5. http://www.youtube.com/watch?v=uIYdmW6dq7E&feature=player_embedded
   6.http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/10,88723,7787242,Najnowsza_symulacja_katastrofy.html)
   7. http://www.tvn24.pl/-1,1653436,0,1,kilometr-przed-pasem-byli-50-metrow-za-nisko,wiadomosc.html
   8. http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/polska/tusk-o-katastrofie-pod-smolenskiem-to-mogla-byc-8-41-,57468,1
   9. http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7805187,Czy_Tu_154_rozbil_sie_10_minut_wczesniej__Prokuratura_.html
   10. http://www.rp.pl/galeria/459542,10,466823.html
   11. http://www.tvn24.pl/12690,1654040,0,1,godz-841-czy-wtedy-doszlo-do-katastrofy,wiadomosc.html
   12. http://www.lifenews.ru/news/20288