Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Wydarzenia i komentarze
                  Czy żyjemy w państwie feudalnym?
Najważniejsze dla Polski   czytaj >>  Cezary Stachoń
My ludzie honoru pilnujem tradycji,
dzisiaj w Platformie wczoraj w milicji.

 Nieznani sprawcy zniszczyli pomnik sanitariuszki Armii Krajowej Danuty Siedzikówny "Inki", skazanej na karę śmierci i straconej w 1946 r., który znajduje się w Parku Jordana w Krakowie. Wandale oblali farbą popiersie i postument.
  Jak powiedział prezes Towarzystwa Parku im. dr. Henryka Jordana Kazimierz Cholewa, do dewastacji doszło najprawdopodobniej w nocy z piątku na sobotę. O zniszczeniu została poinformowana policja, która dokonała oględzin pomnika i poszukuje sprawców wybryku.
  - Kiedy rano przyjechałem do parku, zastałem przerażający widok - zamalowane różnokolorowymi farbami popiersie "Inki" oraz napis wygrawerowany na cokole - relacjonował Cholewa. - Sprofanować taką postać to jest potworne i barbarzyńskie - podkreślił.
  Według niego, naprawa pomnika będzie trudna i czasochłonna, ponieważ popiersie nabrało już naturalnej patyny. Zmycie farby bez uszkodzenia tej powłoki wymaga specjalistycznych umiejętności i sprzętu. Farba wniknęła też w cokół wykonany z piaskowca.
  Pomnik Danuty Siedzikówny "Inki" odsłonięto w sierpniu zeszłego roku w krakowskim Parku Jordana. Jest to 19. obiekt ze znajdującej się tam serii "Wielkie postacie 20. wieku", którą zapoczątkowano pod koniec ubiegłego stulecia. W Parku stoją już popiersia: Jana Pawła II, kardynała Stefana Wyszyńskiego (postawiony jako pierwszy), Józefa Piłsudskiego czy gen. Leopolda Okulickiego, gen. Władysława Andersa, gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila", rotmistrza Witolda Pileckiego.
  "Inka" była sanitariuszką 5. Wileńskiej Brygady AK. Wczesną wiosną 1946 r. nawiązała kontakt z ppor. Zdzisławem Badochą "Żelaznym", dowódcą jednego ze szwadronów "Łupaszki". Służyła w tym szwadronie jako łączniczka i sanitariuszka, uczestnicząc w akcjach przeciwko NKWD i UB.
  Aresztowana w lipcu 1946 r. przez UB, została oskarżona o udział w związku zbrojnym mającym na celu obalenie siłą władzy ludowej oraz mordowanie milicjantów i żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku wydał na nią wyrok śmierci.
  W przesłanym siostrom grypsie z więzienia Siedzikówna napisała: "Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się, jak trzeba". Zdanie to - według badaczy - należy tłumaczyć nie tylko przebiegiem śledztwa, lecz także odmową podpisania prośby o ułaskawienie. Prośbę taką do ówczesnego prezydenta Bolesława Bieruta skierował za nią jej obrońca. Bierut nie skorzystał z prawa łaski. 28 sierpnia 1946 r. niespełna 18-letnia Danuta Siedzikówna została zabita strzałem w głowę.
 Gdyby chodziło o pomnik jakiegoś żyda to cały świat byłby zszokowany takim czynem "polskich faszystów i nazistów".

  "Naczelnikiem wydziału UB w Gdańsku w czasie, gdy zamordowano "Inkę" był niejaki Józef Bik, narodowości żydowskiej, który zmienił nazwisko na Bukar, potem Gawarski, a w roku 1968 wyjechał do Izraela i tam przedstawił się jako ofiara polskiego antysemityzmu. Bik uchodził za wyjątkową kanalię nawet wśród swoich kolegów "z resortu".
  Józefowi Gawerskiemu (vel Bik vel Bukar) mieszkającemu obecnie w Szwecji, pobierającemu polską emeryturę został postawiony zarzut popełnienia zbrodni komunistycznych. Oskarżonemu w przypadku udowodnienia przestępstwa grozi?…. tak, aż całe 3 lata pozbawienia wolności. W trakcie swojej "kariery zawodowej" ubek zajmował wiele "eksponowanych" stanowisk w rozmaitych organach represji. Wiadomo, że osobiście znęcał się nad aresztowanymi członkami polskich organizacji niepodległościowych. Oczywiście Bik nie przyznaje się do winy i jest na tyle bezczelny, że wystąpił do ZUS z wnioskiem o rewaloryzację emerytury.
  Ze względu na brak świadków nie ma bezpośrednich dowodów pozwalających na postawienie Bikowi zarzutów o bezpośredni udział w zabójstwie "Inki". Z zeznań A. Nowickiego (zastępcy naczelnika gdańskiego więzienia) wynika, że J. Bik wspólnie z Janem Wołkowem synem Arona (również narodowości żydowskiej) znęcał się osobiście nad więŸniami, zatwierdzał wyroki śledztw i decydował o wszystkich wyrokach śmierci. Jest więc bardzo prawdopodobne że krew niewinnej dziewczyny również obciąża sumienie tego komunistycznego zbira. Symptomatyczne jest, że dokładnie sześć dni po egzekucji "Inki" (w dniu jej 18 urodzin) Bik awansował - został oficerem śledczym w MBP w Warszawie. Przełożeni "docenili" jego "zasługi" i uznali Bika za "specjalistę" od polskiego "bandytyzmu". Smaczku całej sprawie dodaje fakt że J. Bik posiada wiele odznaczeń państwowych, m. in. Order Odrodzenia Polski. Trudno wymienić wszystkie zbrodnie które popełnił Bik, wielu świadków już nie żyje i większości popełnionych przez niego draństw nie da się udowodnić. Kat "Inki" chciałby korzystać obecnie z uroków życia (ma 84 lata) i do tego jest mu zapewne potrzebna wyższa emerytura.

    Izrael przejmie nasze wodociągi
 O tym nie usłyszysz w głównych wydaniach wiadomości, choć sprawa dotyczy zdrowia i życia wszystkich. W Polsce po cichu prywatyzuje się sieci wodociągowe. Co gorsza, na rynek wchodzą firmy z terrorystycznego i rasistowskiego prywatnego państwa króla syjonistów, Rotszylda - Izraela. Syjoniści ze swoją psychopatyczną ideologią dominacji światowej tzw. Nw World Order (NWO) i działaniem świetnie wyartykułowanym w "Protokołach Mędrców Syjonu", robią wszystko by zrealizować idę światowego "Izraela", można się obawiać, że może tu chodzić po prostu o kolejne zniewolenie nas i ewentualnie wytrucie. Nikt mi nie wmówi, że firmy zajmujące się wodociągami nie mają powiązań z Mossadem. Prywatyzacja grozi w pierwszym rzędzie zatrucie wody fluorem, co o oprzynajmniej 10 jednostek zmniejsza iloraz inteligencji, nie mówiąc o innych szkodach na zdrowiu. Pozwoli też na niebotyczne podniesienie opłat za wodę, co z kolei obniży poziom higieny i będzie przyczynkiem do epidemii.
(...) podobno wszedl juz projekt, pozwalajacy na fluoryzacje wody pitnej. Mowa o tej wodzie, ktora leci z kranow, od miejskich zakladow wodociagowych. Mowi sie na swiecie o zagrozeniu zdrowia. Zwiazki fluoru byly dodawane do wody pitnej wiezniom w obozach koncentracyjnych podczas II wojny swiatowej. Kto, za czyja zgoda, podjal tak tragiczna dla Polski decyzje, by fluoryzowac wode pitna??? Wg Norwegii to lamanie konstytucji, naruszenie praw obywateli. Woda jest naturalnym bogactwem ziemii, bez ktorego nie mozemy sie obejsc. Czemu ma sluzyc taka przymusowa masowa medykacja? "Fluoryzacja endogenna".
  Sprywatyzowanie sieci wodociągowych zamknie na dobre usta oponentom. Oczywiście, jest to kolejna forma zniewolenia - w wolnym społeczeństwie usługi mające służyć ogółowi społeczeństwa nie mogą stać się własnością jakichkolwiek grup ludzi, szczególnie z krajów rasistowskiego terroru takich jak Izrael. Jednak mówi się o tym już otwarcie:
  "- Prywatyzacja miejskich przedsiębiorstw wodno-kanalizacyjnych jest w Polsce nieuchronna. Samorządy mają dzięki temu dodatkowe środki na innego rodzaju inwestycje- twierdzi Michael Reiss, prezes spółki Eko-Wark z izraelskiej grupy Tahal, która właśnie weszła na polski rynek. Grupa Tahal/Eko-Wark otwarła właśnie swoją siedzibę w Warszawie Zamierza wziąć udział w Projekcie Odra, który ma strategiczne znaczenie dla regionu Europy środkowej, budżet na poziomie 1,5 mld zł i jest współfinansowany przez rząd Polski i Niemiec. Jest też zainteresowana prywatyzacjami miejskich zakładów wodnych i kanalizacyjnych. Firma uważa , że prywatyzacja miejskich przedsiębiorstw wodno-kanalizacyjnych jest w Polsce nieuchronna. Na całym świecie funkcjonuje to już w ten sposób, samorządy mają dzięki temu dodatkowe środki na innego rodzaju inwestycje. Przetłumaczywszy to na język polski oznacza to, że izraelska firma zamierza wykupić zakłady wodne i kanalizacyjne samorządów, które są w kłopotach finansowych. A biorąc pod uwagę fatalną politykę naszego nie-rządu, nie ma samorządu, który by nie był w kłopotach finansowych. Oczywiście po wykupieniu miejskich przedsiębiorstw wodno-kanalizacyjnych, będą mogli narzucić własną, monopolistyczną cenę za wodę. Moga też jej odmówić, jak to czynią na okupowanych przez siebie terenach wobec nieszczęsnych Palestyńczyków."
  Nie można mieć wątpliwości, że prywatyzacja sieci wodociągowych jest częścią depopulacji, planu wprowadzanego pod nazwą Agenda21 - tzw. zrównoważonego rozwoju", który perfidnie określono jako "plan ratowania Ziemi" (ciekawe przed kim, pewnie przed gojami). W podpisanej przez 196 krajów ONZ umowie, którą zawarto w 1992 roku podczas konferencji w Rio de Janeiro, zawarto szczegółowe wskazówki jak zniewalać i niszczyć narody pod hasłem ekologii. Np. mapa planowanego rozkładu ludności, zakłada wyludnienie 50% prowincji, ktora ma się stać "terenem dzikim", niedostępnym dla człowieka (http://www.northcountryfarmer.com/?p=245). Podobnie ma być w innych krajach, z Polską włącznie. Aby jednak tego dokonać, należy zniszczyć wszystko co jest niezależne, czy też kontrolowane przez społeczeństwo, jak własność państwowa. Dlatego też prywatyzuje się przemysł, służbę zdrowia, dostawę elektryczmości, sieci wodociągowe, itd. Ostatecznym właścicielem jest imperium Rotszyldów, które podstawia swoich pajaców jako rzekomych przemysłowców. Nie dajmy się zwieść, że właścicielem hut w Polsce jest jakiś Hindus - Mittel, czy też że handlem beznyzną zajmują się "korporacje". Są to tylko okruchy wielkiego światowego imperium mafijnego. Dowodem na to, że prywatyzacja wodociągów jest częścią wielkiego planu jest to, że dotyczy to wszystkich miast, ze stolicą włącznie. Posłowie PiS zwrócili się do Hanny Gronkiwiecz - Waltz z apelem ujawnienie kulis planowanej prywatyzacji Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji S.A. - monopolisty w zaopatrzeniu w wodę i odprowadzaniu ścieków, jednak wielkie media o tym niewiele mówią, choć zagrożenie jest bardzo poważne.
  Czym może grozić prywatyzacja sieci wodociągowych przedstawia poniższy przykład. Niektórzy zarządcy, jak w Łowiczu, jeszcze zanim sieci kanalizacyjne zostały sprywatyzowane, zachowują się jak ich właściciele, dokonując czynności mogących zagrozić życiu mieszkańców bez żadnej konsultacji ze społeczeństwem. W Łowiczu znalazły się osoby, które jawnie protestują i wysyłają zawiadomienia do prokuratury. śmiem wątpić czy jest tak w innych miastach - operacje zatruwania nas mogą się więc toczyć bezkarnie, bez naszej wiedzy. Czym to grozi? Stopniowym pogarszaniem się zdrowia - ludzie nie będą potrafili skojarzyć tego z zatrutą wodą.

 Niedawno pan red. Krzysztof Kłopotowski wystąpił z oryginalnym remedium na kryzys. To znaczy - nie do końca oryginalnym, bo nieświadomie naśladował króla Stanisława Augusta, który - ilekroć udało mu się jakoś wybrnąć z permanentnych tarapatów finansowych - cytował słowa św. Pawła, że "zbawienie przychodzi od Żydów". Skoro sam św. Paweł tak twierdził, to oczywiście nie wypada zaprzeczać, niemniej jednak niepodobna nie zauważyć, że w przypadku Stanisława Augusta to "zbawienie" było krótkotrwałe, a jednocześnie - niebywale kosztowne.
  Pamiętając tedy o próbach zbawiania się przy pomocy Żydów, podejmowanych przez Stanisława Augusta, możemy rozebrać sobie z uwagą zarówno pomysł pana red. Krzysztofa Kłopotowskiego, jak i ofertę złożoną Żydom za pośrednictwem "Najwyższego Czasu!" przez Janusza Korwin-Mikke.
  Otóż pan red. Kłopotowski uważa, że gdyby tak Żydzi ponownie osiedlili się w Polsce, ma się rozumieć - ze swoimi pieniędzmi - to nasz nieszczęśliwy kraj stałby się wkrótce mocarstwem światowym. Wszystko to oczywiście być może - ale może by tak - jak w swoim czasie rozsądni ludzie proponowali zrobić z komunizmem - najpierw ten pomysł wypróbować na szczurach? Weźmy bowiem kraj, w którym Żydzi się osiedlili. Niby wszystko jest tam w jak najlepszym porządku, a co wskazywałby fakt, iż Amerykanie - bo to o Ameryce mowa - wybrali sobie po raz kolejny tego samego prezydenta - chociaż z drugiej strony niepodobna nie zauważyć, że nie tylko to państwo tonie w długach, ale zadłużona u finansowych grandziarzy jest również wielka liczba jego obywateli. Ci obywatele mogą wybierać sobie prezydentów, ile tylko dusza zapragnie - ale coraz większa ich część wypruwa sobie żyły, żeby finansowi grandziarze nie pozabierali im np. domów w charakterze fantów za niespłacone długi. Im więcej żył sobie wypruwają, tym bardziej są pozadłużani. Ale jakże inaczej, skoro za uncję złota w 1970 roku trzeba było zapłacić zaledwie 30 dolarów, podczas gdy teraz - 1730 dolarów.
  Finansowi grandziarze "kreują pieniądz" i w ten sposób przechwytują nie tylko własność Amerykanów, ale również - coraz większą część bogactwa, jakie tamci swoją pracą wytwarzają. Oczywiście wszyscy ci prezydenci na to pozwalają - bo w przeciwnym razie któż dałby im 5 miliardów dolarów na przedwyborcze makagigi? W rezultacie - ogon wywija psem, a Waszyngton - jak przenikliwie zauważył pół żartem, ale i pół serio Patryk Buchanan - jest "terytorium okupowanym przez Izrael".
  Więc może by pan red. Kłopotowski jeszcze raz głęboko sobie rozebrał z uwagą swoją propozycję walki z kryzysem, podobnie jak Janusz Korwin-Mikke swoją ofertę, by Żydzi osiedlili się w Polsce - ale nie próbowali Polakami rządzić.
  No dobrze - ale gdyby jednak chcieli spróbować - to co wtedy im zaproponujemy? Pomysły, by 3 miliony Żydów osiedliły się w Polsce, dotychczas były przypisywane tylko pani Yael Bartany, uważanej za trochę postrzeloną artystkę - a tu proszę - czyżby perspektywa Żydolandu nabierała rumieńców? Wykluczyć tego nie można, bo również coraz więcej chałturników zaczyna widocznie górnym węchem coś wyczuwać - na dowód czego na ekrany kin naszego nieszczęśliwego kraju wszedł film pana Pasikowskiego "Pokłosie". Celem tego ambitnego obrazu jest rozdrapanie sumienia mniej wartościowego narodu tubylczego, poprzez rzucenie mu w chore z nienawiści oczy brutalnej prawdy, iż jest narodem zbrodniarzy.
  Nie muszę dodawać, że ten, kto mniej wartościowemu narodowi tubylczemu tę brutalną prawdę w chore z nienawiści oczy rzuci, tym samym daje dowód swojej moralnej wyższości, dzięki czemu może być przyjęty go grona "człowieków przyzwoitych", co to rozpoznają się po zapachu. Więc pan Pasikowski nakręcił szmonces o tym, jak to źli Polacy nie tylko holokaustowali Żydów, ale nadal trwają w swojej zatwardziałości. Nietrudno się domyślić, że w tej sytuacji aż się prosi, by ustanowić nad tym mniej wartościowym narodem tubylczym jakąś kuratelę - najlepiej starszych i mądrzejszych, którzy już tam wytresują go we właściwym kierunku.
  Władysław Pasikowski najwyraźniej musiał pozazdrościć szybkiej ścieżki światowej sławy panu Janowi Tomaszowi Grossowi. Jan Tomasz Gross, akademicki bakałarz, jakich na tym świecie pełnym złości trzech na kilo wchodzi, z dnia na dzień został "światowej sławy historykiem". A dlaczego? A dlatego, że aktywnie włączył się w realizację dwóch polityk historycznych: niemieckiej i żydowskiej. Rzecz w tym, że kiedy kanclerzem Niemiec został Gerhard Schroerer, w jednym z pierwszych swoich przemówień oświadczył, że "okres niemieckiej pokuty dobiegł końca". Oznaczało to, że Niemcy, które wypłaciły bezcennemu Izraelowi i żydowskim organizacjom przemysłu holokaustu około 100 mld marek, nie licząc dostaw okrętów podwodnych i innego sprzętu, najwyraźniej uznały, że to wystarczy i że żadnych suplik przyjmować już nie będą. Dla bezcennego Izraela i żydowskich organizacji wiadomego przemysłu oznaczało to groźbę utraty niezwykle lukratywnego statusu ofiary.
  A właśnie wynaleziony został prosty sposób eksploatowania holokaustu aż do końca świata. Formuła uzasadniająca tę eksploatację głosi, że ofiary, które zostały zamordowane, to jedna sprawa, ale przecież - ilu Żydów wskutek tego się nie urodziło! Przy takim podejściu jest oczywiste, że liczba ofiar holokaustu w każdym dziesięcioleciu będzie rosła w postępie geometrycznym!
  W takiej sytuacji, wobec twardego stanowiska Niemiec, trzeba jak najszybciej rozejrzeć się za winowajcą zastępczym, na którego stopniowo będzie się zwalało odpowiedzialność za holokaust, no i oczywiście - pod tym pretekstem szlamowało. Na takiego zastępczego winowajcę najbardziej nadawała się Polska, po pierwsze dlatego, że większość tych zbrodni została dokonana na aktualnym polskim terytorium państwowym, a po drugie dlatego, że za sprawą wysługujących się państwom trzecim bezpieczniackich watah i za sprawą Umiłowanych Przywódców, nasz nieszczęśliwy kraj przypomina pochyłe drzewo.
  W ten sposób doszło do ścisłej koordynacji niemieckiej polityki historycznej, zmierzającej do stopniowego zdejmowania z Niemiec odpowiedzialności za II wojnę, z polityką historyczną żydowską, której celem jest znalezienie winowajcy zastępczego, wzbudzenie w nim poczucia winy, by w ten sposób doprowadzić go do stanu bezbronności wobec zaplanowanego szlamowania. Naprzeciw tym skoordynowanym politykom historycznym wychodzi piąta kolumna w kraju, wykonująca już to na obstalunek, już to ochotniczo rozmaite podłości w charakterze budzicieli i rozdrapywaczy sumień.
  Nic zatem dziwnego, że wykonując leninowskie przykazania w zakresie organizatorskiej funkcji prasy "Gazeta Wyborcza" nawołuje, by na szmonces Władysława Pasikowskiego, który powinien nazywać się raczej "Pogrossie", spędzać młodzież licealną. No pewnie - czyż nie lepiej, by czarną antypolską propagandę sfinansowali sami Polacy?
  Tak to wygląda w sytuacji, kiedy pan red. Michnik zapewnia nas, że w Polsce Żydów "nie ma". Cóż by się zatem działo, gdyby "byli"?
  Stanisław Michalkiewicz

 Każde draństwo-świństwo ma swój trop finansowy. Film "Pokłosie" też go ma. Kto wyłożył pieniądze na to przedsięwzięcie? - PISF (Polski Instytut Sztuki Filmowej, ciągle jeszcze chyba pod batutą pani Odorkiewicz - w kwocie 3 mln zł). Ale film kosztował co najmniej 15 mln. Forsę tę wyłożyła rzekomo rosyjska fundacja popierania kultury filmowej, czy jakoś tak nazwana instytucja. Przy czym nie ma wątpliwości, że jest ona tak samo rosyjska, jak publicystka Nowodworskaja, która już nazajutrz, 11 kwietnia 2010 rokuj ogłosiła publicznie, że wie wszystko o katastrofie smoleńskiej i jest to antypolska sprawa szyto-kryta... Putina.
  Do "Pokłosia" ktoś napisał scenariusz, ten scenariusz był przedkładany tu i ówdzie, różni "mądrzy" musieli go uznać za interesujący, ktoś w Polsce musiał palcem pokazać Pasikowskiemu - bez wątpienia choremu na sukces za każdą cenę, do tego stopnia choremu, że nie cofnął się przed ewidentnym oszczerstwem wobec własnego narodu - gdzie ma szukać pieniędzy.
  Już można mu darować, że autentyczne wydarzenia przedstawił odwrotnie, bo akurat ten, który zbierał macewy, Zbigniew Romaniuk, nie został ukrzyżowany na wrotach stodoły, ale wygrał wybory w swoim mieście Brańsku i został przewodniczącym rady miasta. Nie można mu jednak, jako człowiekowi wykształconemu, a reżyser przecież powinien być wykształcony, darować że nie wiedział o żydowskich bramach triumfalnych dla wkraczającej w granice Polski w 1939 roku Armii Czerwonej, o spontanicznie powstającej w kresowych miastach i miasteczkach podczas sowieckiej inwazji, żydowskiej milicji, która rozstrzeliwała bez pardonu wziętych do niewoli polskich jeńców wojennych, że były przypadki topienia trupów, tych polskich jeńców, w kloakach, że żydowscy młodzi wojujący wolnomyśliciele tworzyli lotne ekipy obalające chrześcijańskie kapliczki i przydrożne krzyże, że synowie Jankiela, jako znający miejscowe drogi, siedzieli w sowieckich czołgach jako przewodnicy, że z profanowanych kościołów wyrzucano szaty liturgiczne i ubierano w nie zwierzęta, które prowadzano po ulicach dla ośmieszenia polskiego duchowieństwa i wiary chrzteścijańskiej.
  Normalny człowiek, Polak, znający te fakty (a odnotowano ich co najmniej paręset), pierwszy by odsunął od siebie z obrzydzeniem scenariusz "Pokłosia". Pasikowski poszedł utartym antypolskim, oszczerczym śladem Grosa ("Sąsiedzi") i Kosińskiego ("Malowany ptak").
  Dlaczego?
  Dla rozgłosu, dla wwazelinowania się komuś. Czy z głupoty tylko? To właśnie taka, być może, sterowana głupota rodzi antysemityzm. A więc szkodzi nie tylko nam, ale - może nawet bardziej - Żydom. Za taką głupotę powinien "tfu!-rca" filmu zapłacić, przynajmniej infamią i wzgardą.
  Przypomniałabym inne jeszcze, też niepiękne, usiłowania innego reżysera, Chochlewa, który nie wiadomo za czyje pieniądze, usiłował nakręcić "demaskatorski" film "Westerplatte", też zdaje się korzystając z zasobów zagranicznych koneserów sztuki filmowej, tym razem chyba zza zachodniej granicy...
  I jeszcze jeden drobiazg. Już w końcowym stadium znajdowała się produkcja filmu o naszym "bohaterze", co to przeskoczył przez płot i obalił komunizm, Lechu Wałęsie. Film powstawał pod ręką mistrza Wajdy. Tu też sprawa pękła, gdy okazało się, że pieniądze na ten film wyłożyła instytucja dobroczynna Amber Gold. Podobno Wajda miał zwrócić zainkasowane pieniądze, szybko umywając, czy raczej wycierając ręce zbrukane tym "bursztynowym złotem", bo tak to się chyba tłumaczy to Amber Gold.
  I popatrzcie ludzie, komu to dzisiaj patronuje ta słynna niegdyś Dziesiąta Muza.
   Cecylia Zagroza

(1.09.2012r.) Tak przy okazji kolejnej afery, tym razem pod nazwą "Amber Gold", którą wszystkie bez wyjątku media katują nas przez całą dobę z przerwami na reklamy czy też odwrotnie. Tylko naiwne lemingi (a tych jest zdecydowana większość w naszym kraju) wierzą że firma ta działała, ot tak sobie z woli jej prezesa Marcina P. To jest na tyle "gruba" sprawa że łeb jej ukręcą bez względu na koszty i tzw. opinię publiczną. Być może niedługo pan Marcin P. popełni "samobójstwo". Może to zrobić nawet w monitorowanej celi, przecież kamery się psują, komputery zawieszają itp. Oczywiście listu pożegnalnego nie zostawi. A może zostawi i będzie w nim przyznanie się do winy, zapewnienie że zrobił to samodzielnie w sposób demokratyczny i transparentny i za nim nikt nie stoi. Zrobi to w piątek, raczej wczesnym popołudniem. Po kwadransie ogłoszą brak udziału osób trzecich a sekcję zrobią w poniedziałek i stwierdzą że nie ma zewnętrznych obrażeń i brak w organiźmie substancji o charakterze narkotycznym. Może też pojawić się informacja, prawdziwa czy nie, to bez znaczenia, że kiedyś leczył się psychiatrycznie. Należy pamiętać że seryjny smobójca i nieznani sprawcy wciąż są na wolności i działają wszędzie, nawet w zakładach karnych i aresztach, a są to najskuteczniejsze struktury naszego państwa. H.G.

Oto groźny bandyta, faszysta, który chciał dokonać zamachu na "demokrację" III RP w czasie Marszu Niepodległości 11 listopada 2012r. w Warszawie.

Premier Węgier pokazał bankierom pewien palec w odpowiedzi na ich propozycję.
   Orban odrzucił pożyczkę MFW
   Premier Węgier Viktor Orban odrzucił ewentualność skorzystania przez jego kraj z linii kredytowej w wysokości 15 mld dolarów na warunkach Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
   "Kolejnej rundy negocjacji we wrześniu nie będzie. Węgierska gospodarka wychodzi na prostą i nie zamierzamy korygować naszego budżetu na 2013 rok. Nie spełnimy wygórowanych żądań MFW, ponieważ warunki udostępnienia linii kredytowej uderzyłyby w węgierskie społeczeństwo" - oświadczył Orban.
   "Lista żądań MFW jest długa i nie jest zgodna z interesami naszego narodu. Nie zamierzamy przeprowadzać głębokich cięć budżetowych, zwłaszcza w szkolnictwie, opiece zdrowotnej i transporcie publicznym. Nie będziemy zmniejszać zasiłków rodzinnych, podwyższać podatku dochodowego i podatku od nieruchomości, zmniejszać emerytur, zwiększać wieku emerytalnego. Nikt nie będzie nam dyktował, co i kiedy mamy prywatyzować" - zaznaczył premier.
   "Nie mamy czego się obawiać. Linia kredytowa miała być tylko ewentualnym zabezpieczeniem na wypadek pogłębienia się unijnego kryzysu" - zapewnił.
  PAP
   Węgry to poważny kraj. Węgrzy wybrali władzę która reprezentuje interesy swojego narodu i państwa. A co można powiedzieć o Polsce? (H.G.)




Setki trupów na budowie warszawskiego metra
 Podczas budowy warszawskiego metra robotnicy codziennie odkrywają ludzkie szkielety i ludzkie szczątki w różnych fazach rozkładu. Ilość zwłok można szacować w setkach, nikt nie prowadzi dokładnej statystyki. Informacje te potwierdza pracownik nadzoru budowy pragnący zachować anonimowość. O znaleziskach tych nie są powiadamiane służby archeologiczne, a kości i czaszki ładowane są wprost na ciężarówki i wywożone na składowisko śmieci. Robotnikom nakazano całą sprawę utrzymywać w tajemnicy pod rygorem zwolnienia dyscyplinarnego. Np. bardzo płytko zaledwie pod warstwą asfaltu znaleziono kilka doskonale zachowanych zwłok, których wygląd świadczył na pochodzenie znacznie późniejsze niż Druga Wojna Światowa.
  Równocześnie dziwnym zbiegiem okoliczności w tym samym czasie nagłaśnia się sprawę tajemniczej kwatery na warszawskich Powązkach. Co się takiego stało, że prace te rozpoczęto właśnie teraz? Przypadek? 
za lubczasopismo.salon24.pl

Niemcy chcą zmienić Europę w jedno wielkie państwo. Planują stworzyć nową konstytucję, a kompetencje rządów i parlamentów przekazać Brukseli. Orędowniczką planu jest kanclerz Angela Merkel.
  Pomysł przeforsowania europejskiej unii politycznej poprzez paneuropejskie referendum zdobył poparcie kanclerz Angeli Merkel, ministra finansów Wolfganga Schaeublego oraz szefa dyplomacji i równocześnie lidera koalicyjnych wolnych demokratów Guido Westerwellego. Mam nadzieję na powstanie prawdziwej europejskiej konstytucji i na przyjęcie jej w drodze referendum - powiedział Westerwelle w rozmowie z "Bildem". - Potrzebujemy unii politycznej. A to oznacza przekazywanie Europie stopniowo kolejnych kompetencji - mówiła z kolei kanclerz Merkel w wypowiedzi dla stacji ARD.Ni
  Najambitniejszy scenariusz zwolenników federalizacji zakłada przekształcenie całej UE w rodzaj superpaństwa. Właśnie przy takim rozwoju wydarzeń zorganizowanie euroreferendum jest najbardziej prawdopodobne. W przeciwnym wypadku łatwo będzie podważyć integracyjne idee jako pozbawione demokratycznej legitymacji.
  Propozycje w scenariuszu maksymalistycznym idą w stronę, jaką zasygnalizowano podczas ostatniego kongresu macierzystej partii Merkel, Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) w Lipsku. Liczący 24 strony dokument przewiduje m.in. wybór przewodniczącego Komisji Europejskiej w głosowaniu powszechnym i przekształcenie Rady UE w izbę wyższą Parlamentu Europejskiego.
  Obie izby PE zostałyby wzmocnione poprzez przyznanie im inicjatywy ustawodawczej. Unia polityczna pociągnęłaby za sobą integrację gospodarczą. W ramach KE powstałby urząd komisarza ds. oszczędności, który badałby narodowe budżety pod względem zgodności z zapisanymi w pakcie fiskalnym limitami zadłużenia. Brukselscy rozmówcy DGP podkreślali, że w takim wypadku Berlin zrobiłby wiele, by obsadzić ten urząd swoim człowiekiem. - Kto daje pieniądze, ten chce kontrolować ich wydawanie - tłumaczył nam niemiecki punkt widzenia Oliver Grimm, korespondent austriackiej "Die Presse" w Brukseli.
  W założeniu w ten sposób miałaby wyglądać cała "28" (po przyjęciu Chorwacji w 2013 r. UE będzie liczyć 28 państw). Trudno się jednak spodziewać, by tak daleko idące zmiany zaakceptowali wszyscy członkowie Wspólnoty, zwłaszcza Wielka Brytania, która poważniej rozważa opcję wyjścia z UE niż zacieśnienia unii politycznej. Nawet w Niemczech istnieją silne, skupione wokół trybunału konstytucyjnego środowiska sprzeciwiające się dalszemu przekazywaniu suwerenności.
  W tej sytuacji opcją numer dwa byłoby ograniczenie kolejnego etapu integracji tylko do państw strefy euro. W takim układzie większe uprawnienia uzyskałyby Eurogrupa (obecnie półformalne spotkania ministrów finansów "17") oraz tzw. grupa frankfurcka, nieformalne, aczkolwiek wpływowe ciało łączące brukselskich biurokratów z władzami Francji i Niemiec. Unia fiskalna i bankowa, która zakładałaby m.in. uwspólnotowienie gwarancji bankowych i otworzyła drogę do emisji euroobligacji, objęłaby wówczas najpewniej wyłącznie państwa strefy euro. W takim wypadku kraje te mogłyby się taniej zadłużać, wzrosłaby za to rentowność obligacji emitowanych przez państwa spoza twardego jądra UE, w tym Polskę.
  Gdyby jednak i takiej opcji nie udało się przeforsować (najpewniej wymagałoby to bowiem zmian w traktatach, a podobne zmiany napotykają trudności w ratyfikacji), pozostaje opcja minimalistyczna, czyli faktyczne utrzymanie status quo z nieznacznymi przesunięciami kompetencji. Pakt fiskalny, ograniczający możliwość zadłużania się państw, mógłby wówczas podzielić los paktu stabilności i wzrostu, który od momentu przyjęcia został złamany kilkadziesiąt razy. Pierwsza jaskółka już się pojawiła: KE przychyliła się do prośby Hiszpanii o zwiększenie limitu deficytu budżetowego na ten rok. W tym samym czasie Węgrom, choć znacznie skuteczniej tnącym wydatki, zagrożono odebraniem środków unijnych.
  Michał Potocki źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Literatura nauczycielką życia.  
Komentarz • tygodnik "Goniec" (Toronto) • 5 sierpnia 2012   
Któż nie pamięta, jak Mały Książę odwiedził planetę, którą zamieszkiwał Król? Król przedstawił się Małemu Księciu jako władca absolutny i nie znoszący sprzeciwu, w związku z tym Mały Książę poprosił go, by zarządził zachód słońca. Król zajrzał do kalendarza, po czym rozkazał: zarządzam zachód słońca na godzinę 19,15! - I zobaczysz, jaki mam posłuch - powiedział Małemu Księciu. W ogóle Król wprowadzał Małego Księcia w arkana sztuki rządzenia. Na przykład pytał go: jeśli rozkażę generałowi, aby jak motylek przeleciał z kwiatka na kwiatek, albo zamienił się w morskiego ptaka, a generał nie wykona tego, to czyja to będzie wina? - Waszej królewskiej Mości - prawidłowo odpowiadał Mały Książę. Wreszcie Król zdradził Małemu Księciu tajemnicę, że planetę zamieszkuje jeszcze stary szczur. Król od czasu do czasu skazuje tego szczura na śmierć, ale zaraz potem go ułaskawia, dzięki czemu w jego państwie triumfuje i sprawiedliwość i miłosierdzie.   
Więc kiedy wydawało się, że wszyscy to pamiętają, zaś arkana sztuki rządzenia wydają się oczywiste, nagle ni stąd ni zowąd środowiskiem Umiłowanych Przywódców w naszym nieszczęśliwym kraju wstrząsnęła tak zwana afera taśmowa. Bo trzeba wszystkim wiedzieć, że za sprawą redaktora Adama Michnika, który zapoczątkował tę nową świecką tradycję, w środowisku dżentelmenów przyjęło się nagrywanie rozmów przynajmniej na magnetofon, a jeszcze lepiej - na magnetofon i ukrytą kamerę. Gość w dom - kamera w ruch - jak to między dżentelmenami. Więc Władysław Łukasik, który po utracie alimentów w Agencji Rynku Rolnego przyszedł wyżalić się przewodniczącemu Kółek i Organizacji Rolniczych Władysławowi Serafinowi, został w jego biurze nagrany, jak w rozgoryczeniu opowiadał o metodach dojenia Rzeczypospolitej przez różnych dygnitarzy, związanych z Polskim Stronnictwem Ludowym. Rozmowa miała miejsce w początkach stycznia, ale sensacją dnia stała się dopiero w lipcu, chociaż wszystko było znane naszym Umiłowanym Przywódcom "kilka miesięcy wcześniej". A jednak - żaden bez rozkazu nie pisnął nawet słówka - co pokazuje, że w środowisku Umiłowanych Przywódców dyscyplina jest znacznie większa, niż myślimy i to zarówno w koalicji rządowej, jak i w opozycji.   
Krótko mówiąc - jak zachód słońca jest zarządzony na godzinę 19,15, to słońce zajdzie punktualnie - ani chwili przedtem, ani potem. Kiedy zatem padł rozkaz, że teraz można to ujawnić, oburzeniem zawrzał nawet pan red. Jacek Żakowski, biegający w mediach głównego nurtu za proroka mniejszego. Na takie dictum do dymisji podał się minister rolnictwa Marek Sawicki, który na jesiennym kongresie PSL miał rywalizować z wicepremierem Waldemarem Pawlakiem o stanowisko prezesa partii. Za ten pełen charakteru gest został natychmiast pochwalony przez rzuconą przez ścisłe kierownictwo "Gazety Wyborczej" na rolniczy odcinek frontu ideologicznego towarzyszkę Krystynę Naszkowską, zaś najpobożniejszy senator Rzeczypospolitej, Jan Filip Libicki był jeszcze bardziej szczodry w pochwałach zapowiadając, że jak tylko Marek Sawicki się "oczyści", to będzie mógł nawet wrócić do ministerstwa. No to dlaczego Marek Sawicki nie ma się oczyścić? On wypije oleju rycynowego, on się oczyści i on już będzie czysty, jak, nie przymierzając, sam świątobliwy Cadyk, nawet bez konieczności chronienia się za murami sławnej "tajemnicy dziennikarskiej". Jak dotychczas - wszystko zgodnie z arkanami sztuki rządzenia, które próbował przekazać Małemu Księciu Król. Bo i Król wprawdzie skazywał starego szczura na śmierć, ale zaraz potem go ułaskawiał z prostego powodu: innego szczura nie miał.   
Niestety okazało się, że premier Tusk albo zapomniał o zbawiennych naukach, jakich udzielał Król małemu Księciu, albo zapomniał skąd wyrastają mu nogi. Przedstawiając bowiem nowego ministra rolnictwa, jaki musiał być mianowany na miejsce Marka Sawickiego, czyli Stanisława Kalembę, oświadczył, iż oczekuje, że syn pana ministra zrezygnuje z posady w Agencji Rynku Rolnego. Minister Kalemba nawet nie skomentował deklaracji premiera Tuska, który najwyraźniej przeszedł do porządku dziennego nad uwagą Króla, że jeśli rozkaże generałowi, by jak motylek przeleciał z kwiatka na kwiatek, albo zamienił się w morskiego ptaka, a generał nie wykona tego, to będzie to wina rozkazodawcy. Czegóż zatem oczekiwał premier Tusk, wydając ministrowi Kalembie rozkaz, by zamienił się w morskiego ptaka? Nic dziwnego, że natychmiast spotkała go zasłużona kara. Syn ministra Stanisława Kalemby oświadczył, że ani mu w głowie spełniać fantasmagorie premiera Tuska, a co gorsza - okazało się, że również syn premiera Tuska ma posadę w państwowym porcie lotniczym imienia Lecha Wałęsy w Gdańsku i też nie zamierza jej porzucić. Taki jest mniej więcej zakres władzy premiera Tuska, dzięki czemu lepiej rozumiemy również przyczyny, dla których nigdy nie odpowie on szczerze na pytanie, kto i dlaczego zabronił mu kandydowania w wyborach prezydenckich w roku 2010.   
Więc kiedy już "afera taśmowa" szybkimi krokami zmierza do zakończenia się wesołym oberkiem, nadszedł 1 sierpnia - a z nim - kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Niezależnie od kalkulacji politycznych, jakie towarzyszyły decyzji o jego rozpoczęciu, Powstanie było wyrazem nie tylko pragnienia niepodległości i wolności, ale również - gotowości do poświęceń. Dzisiaj poziom tego pragnienia, a zwłaszcza - tej gotowości zdecydowanie się obniżył, czemu skądinąd trudno się dziwić i dlatego rocznica wybuchu Powstania stwarza coraz liczniejszej w naszym nieszczęśliwym kraju rzeszy czcicieli knuta okazje do popisywania się "realizmem" i politycznym kunktatorstwem. W imię tego "realizmu", domorośli statyści, jeden z drugiego prawdziwie kanclerskie głowy, spoglądają na celebrujących rocznicę oszołomów z pogardliwą wyższością - chociaż, powiedzmy sobie szczerze żadne sukcesy polityczne, ani osiągnięcia osobiste jej nie usprawiedliwiają.   
Wiadomo jednak, że czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty, o czym możemy się przekonać każdego roku 13 grudnia, kiedy to z coraz liczniejszym udziałem realistów obchodzone są uroczystości ku czci naszych okupantów, póki co upersonifikowanych w osobie generała Wojciecha Jaruzelskiego. Ciekawe, że generał Jaruzelski jest otoczony szczególnym kultem w środowisku tzw. "konserwatystów", którzy nie zauważają w menażerii nawet takiego słonia, że generał Jaruzelski nie tylko był agentem sowieckim, ale i jest komunistą. Skąd u konserwatystów taki kult dla komuny? Trudno to zrozumieć, chyba że zwrócimy uwagę na pewien szczególny rys konserwatywnej mentalności. Jest ona kaczocentryczna, to znaczy - ocenia wszystko przez pryzmat Jarosława Kaczyńskiego. Co ten cały Jarosław Kaczyński tym wszystkim konserwatystom zadał, że wszystko akurat z nim im się kojarzy, jak kapralowi z anegdoty z białą chusteczką - trudno zgadnąć. Wydaje mi się w związku z tym, że gdyby pewnego dnia Jarosław Kaczyński Powstanie Warszawskie pryncypialnie potępił, "konserwatyści" natychmiast jeden przez drugiego zaczęliby je wychwalać. Bardzo tedy możliwe, że ten cały "konserwatyzm" to jest tylko pseudonim agitatorskiego zaangażowania - tym dziwniejszego, że wyglądającego na bezinteresowne. Najwyraźniej Putin uważa, że bezinteresownej miłości do knuta nie warto deprawować jakimiś jurgieltami.   
O ile "konserwatyści", na swój sposób, bo na swój - ale jednak rocznicę wybuchu Powstania obchodzą, o tyle dla "młodych, wykształconych" stworzono alternatywę w postaci występu na Stadionie Narodowym Ludwiki Weroniki Ciccone, starzejącej się skandalistki, którą w świat wysyłają sprytni Żydowie z firmy Live Nation w Kalifornii, żeby zarabiała dla nich pieniądze ekscytując młodzież - jak pisał generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski - "czarem zwiędłych kras". Najwyraźniej wśród postępactwa nie było pewności, jak wielu "młodych, wykształconych" da się na panią Ciccone nabrać, dlatego zarządzono mobilizację, która objęła również środowisko autorytetów moralnych. Z "Rzeczpospolitej" dowiedziałem się, że do stręczenia tubylcom Ludwiki Weroniki Ciccone zaangażowany został nawet pan prof. Szacki.   
No cóż; przynależność do grona "ludzi przyzwoitych" ma również swoje wstydliwe zakątki. "Gazeta Wyborcza", opisując warszawski występ Ludwiki Weroniki Ciccone nie może się nacmokać, podkreślając zwłaszcza fakt, iż do każdego numeru zmieniała garderobę. Zapewne chodziło o majtki - bo pani Ciccone ma zwyczaj występowania w kostiumach raczej symbolicznych. Bardzo to podobne do anegdotki o uczniu, który w chederze pyta mełameda, jak często zmienia koszulę miejscowy bankier. - Ooo - odpowiada mełamed - on zmienia koszulę pewnie co tydzień. - Ajajaj - zachwyca się malec - no a Rotszyld? Jak często zmienia koszule Rotszyld? - Roszyld - zamyśla się mełamed - Rotszyld to pewnie zmienia koszulę codziennie. - Ajajajajaj! - no a Najjaśniejszy Pan? Jak często zmienia koszulę Najjaśniejszy Pan? - Najjaśniejszy Pan - odpowiada mełamed - wkłada koszulę i zdejmuje, wkłada i zdejmuje. Tak samo, jak Ludwika Weronika Ciccone swoje majtki. Okazuje się, że "młodych, wykształconych", podobnie zresztą jak i starych - bo pan prof. Jerzy Szacki ma - bagatela! - 83 lata - udelektować artystycznie można stosunkowo łatwo.   
I dlatego, ledwo na Stadionie Narodowym zakończył się występ Ludwiki Weroniki Ciccone, w odległym Kostrzynie nad Odrą rozpoczął się festiwal Woodstock pod dyrekcją "Jurka" Owsiaka. Tym razem na uroczystość otwarcia przybyli prezydenci Niemiec i naszego nieszczęśliwego kraju, a swoje uczestnictwo w imprezie zapowiedział też Jego Ekscelencja bp Tadeusz Pieronek. Okazuje się, że "młodym, wykształconym" podlizuje się nie tylko państwo, ale i Kościół, a ściślej - ta jego część, która w odpowiednim momencie objawi się w postaci Żywej Cerkwi.   
Wypada zatem odnotować, że w ramach podlizywania przedwyborczego odwiedził nasz nieszczęśliwy kraj prawdopodobny republikański kandydat na prezydenta USA Mitt Romney. Zaprosił go do Gdańska Lech Wałęsa, który po zakończeniu spotkania oświadczył, że między Romney’em a nim istnieje podobieństwo. Ciekawe, co miał na myśli - bo nie wiadomo, by Mitt Romney był konfidentem komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, czy swoim własnym sobowtórem. Ale mniejsza o to, bo przecież najbardziej prawdopodobne, że Lech Wałęsa swoim zwyczajem nie miał na myśli niczego, a tylko tak sobie powiedział, żeby podtrzymać rozmowę. Wizyta Mitta Romneya w Gdańsku skłania do zastanowienia, czy aby napewno ma o dobrych doradców w sprawach międzynarodowych, skoro wmówili mu, iż pokazanie się właśnie z Wałęsą przysporzy mu głosów amerykańskiej Polonii.   
Stanisław Michalkiewicz Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika "Goniec" (Toronto, Kanada).

Hebrajski drugim językiem urzędowym w Polsce?    05.07.2012.
  Dodane przez: Redakcja Fronda.pl Kategoria: Polska
   W Berlinie odbył się pierwszy kongres Ruchu Odrodzenia Żydowskiego w Polsce. Jak ustalił portal TVP Info, organizacja postuluje powrót do Polski trzech milionów Żydów i ustanowienie hebrajskiego drugim językiem urzędowym.
 Ruch Odrodzenia Żydowskiego w Polsce powstał w ramach działalności izraelskiej artystki Yael Bartana. Teraz organizacja zamierza zająć się realną polityką. Bartana nakręciła cykl trzech filmów na temat Ruchu Odrodzenia Żydowskiego w Polsce. W pierwszej części Sławomir Sierakowski, redaktor lewicowej "Krytyki Politycznej", przemawia do pustych trybun zdewastowanego Stadionu Dziesięciolecia i zachęca Żydów do powrotu do Polski. W drugim Żydzi przyjeżdżają do Warszawy i stawiają kibuc na terenie dawnego getta, a w trzecim Sierakowski ginie w zamachu. Filmową trylogię można było zobaczyć w galeriach artystycznych na całym świecie.
 Organizacja uruchomiła także swoją stronę internetową, gdzie znajdziemy podnoszone przez nią postulaty. Członkowie ruchu chcą by powrót Żydów do Polski był sfinansowany przez podniesienie podatków, Senat został przekształcony w Izbę Mniejszości, a Polska zerwała konkordat z Watykanem. Ponadto chcą ustanowienia hebrajskiego drugim językiem urzędowym. Symbolem organizacji jest logo, które powstało z połączenia polskiego godła z gwiazdą Dawida. Jak ustalił portal TVP Info, na kongresie w Berlinie ruch nie przyjął swojego statutu, ani nie wybrał władz. Ale jego twórcy zapowiadają, że swojej działalności nie chcą ograniczać tylko do sfery artystycznej. - Uważamy, że nie ma sensu tworzyć sztucznej granicy między światem sztuki i polityki. Polskie społeczeństwo jest obecnie homogeniczne, jak żadne inne w Europie. W naszym społeczeństwie jest rodzaj luki po przeszłości, którą należałoby zapełnić - mówi Sierakowski.
 - Obiektywnie mówiąc, to jest fantazja. Co nie wyklucza faktu, że motywacja do tej fantazji może być pozytywna - komentuje prof. Szewach Weiss i dodaje, że przed wojną Żydzi w Polsce nie mówili przecież po hebrajsku, tylko w jidysz, a elity po polsku.
eMBe/Tvp.info/Dziennik.pl
Ps. Prawdopodobnie wrócić mają ci którzy zginęli w holokauście. (admin)

Rocznica Powstania Warszawskiego
 

ŻYDOWSKI ATAK NA POLSKĘ I POLAKÓW  25.07.2012r.
"NAUKOWCY" Z ŻYDOWSKIEGO INSTYTUTU HISTORYCZNEGO TWIERDZĄ, ŻE POLACY SĄ ODPOWIEDZIALNI ZA HOLOCAUST "PRZY OKAZJI" MORDUJĄC 3 MILIONY ŻYDÓW.
  Żydowski atak na Polskę i Polaków trwa. W tym szkalowaniu prym wiedzie Żydowski Instytut Historyczny. Dr Alina Cała pracownik naukowy tego instytutu w wywiadzie dla "Rzeczypospolitej" uważa iż Polacy nie tylko są winni Holocaustu, ale zamordowali dodatkowo 3 miliony Żydów. Bardziej "łaskawy" dla Polski i Polaków jest nowo mianowany dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego Paweł śpiewak, który twierdzi, iż Polacy zamordowali "tylko" 120 tysięcy Żydów.
   Żydowski Instytut Historyczny archiwizuje pełną dokumentację z czasów okupacji hitlerowskiej, oczywiście również związaną z działalnością Judenratów (gmin żydowskich) w niemieckich gettach w Polsce. Wiadomo, że policjanci żydowscy posiadali jako uzbrojenie pałki gumowe. Ilu obywateli polskich pochodzenia żydowskiego zamordowali - zapałowali policjanci żydowscy - niemieccy kolaboranci, tego śpiewak i Cała nie wyliczają w swoich wystąpieniach publicznych. Ile polskich dzieci zginęło w łódzkim getcie od żydowskich pał policyjnych - takich materiałów się nie ujawnia Żydowski Instytut Historyczny. Organizatorem mordów Polaków pochodzenia żydowskiego w getcie łódzkim był Chaim Rumkowski.
   Chaim Mordechaj Rumkowski (ur. 27 lutego 1877 w Ilinie, powiat ostrogski, zm. 1944 w Auschwitz-Birkenau) - przemysłowiec, działacz syjonistyczny, przewodniczący Judenratu w łódzkim getcie, kolaborant pod okupacją hitlerowską, dla większości ocalonych z Zagłady Żydów przestępca wojenny. Urodził się w 1877, w rodzinie kupieckiej na Wołyniu. Na początku XX wieku prowadził w Łodzi razem z Abem Neimanem zakład produkcji tkanin pluszowych, po I wojnie światowej pracował jako agent ubezpieczeniowy. Od 1921 był członkiem Gminy Żydowskiej, mieszkał przy ulicy Południowej 26 (dziś ul. Rewolucji 1905 r.). Pełnił m.in. funkcję kierownika domu dla sierot "Helenówek".
   13 października 1939 r. został mianowany przez okupacyjne władze niemieckie na przewodniczącego Judenratu w getcie łódzkim. Nominacja ta była związana z tym, iż Chaim Rumkowski był jedynym członkiem przedwojennej Gminy Żydowskiej w Łodzi, który pozostał w mieście. Jego działalność na tym stanowisku budziła i wywołuje do dziś wielkie kontrowersje. Krytycy zarzucają mu wręcz współpracę z Niemcami, która miała się wyrażać w zmuszaniu Żydów do wyniszczającej pracy na rzecz Trzeciej Rzeszy i - w odróżnieniu np. od Adama Czerniakowa z warszawskiego getta - milczącej zgodzie na eksterminację osób "nieprzydatnych dla gospodarki" (głównie starców i dzieci).
   27 grudnia 1941 r. - już jako bezdzietny wdowiec - ożenił się z dużo młodszą od siebie Reginą Weinberger.
   Filozofię Rumkowskiego, którą kierował się podczas organizacji łódzkiego getta, odzwierciedlają słowa wygłoszone podczas jednego z przemówień, wygłoszonego 15 maja 1941 roku:
   "Gdy zastanawiałem się, jak pokonać problem, wobec którego stanęli Żydzi, doszedłem do wniosku, że praca jest dla nich najlepszym z błogosławieństw. Znacie, nieprawdaż, moich pięć podstawowych haseł?
   1 Praca 2. Chleb 3. Pomoc dla chorych 4. Opieka nad dziećmi 5. Spokój w getcie.
   Samotnie dźwigam moje zadanie i jeśli trzeba, używam siły. Dyktatura nie jest brzydkim słowem. Dzięki dyktaturze zdobyłem uznanie Niemców dla mojej pracy. A gdy mówią: Litzmannstadt Ghetto, odpowiadam: To nie getto, to miasto pracy".
   Przez mieszkańców getta nazywany był m.in. "Prezesem (Getta)", "Chaimem Groźnym", czasami również "królem Chaimem". We wrześniu 1942 roku Rumkowski wezwał Żydów z łódzkiego getta do wydania hitlerowcom nieprzydatnych w pracy i najsłabszych mieszkańców - starców i dzieci (tzw. "wielka szpera").
   Powiedział wtedy:
   Udało mi się uratować te, które mają lat dziesięć lub więcej. Niech to będzie pociechą w waszym nieszczęściu. Żądanie było na 24 000 ofiar, ale udało mi się stargować te cyfrę do 20 000, może i mniej, ale pod warunkiem, że pójdą wszystkie dzieci do lat dziesięciu. I dalej:
   Ponieważ starców i dzieci jest tylko 13 000, musimy dopełnić kwoty, wydając ludzi chorych. Co wolicie: żeby przeżyło 80-90 000 Żydów, czy żeby wszyscy zostali unicestwieni?
   Emanuel Ringelblum w "Kronice getta warszawskiego wrzesień 1939 - styczeń 1943" (Warszawa 1988) zapisał:
   Jest to starzec lat około siedemdziesięciu, człowiek o niezwykłych ambicjach i trochę stuknięty. Opowiadał cuda o [łódzkim] getcie. Jest tam państwo żydowskie z 400 policjantami, z trzema więzieniami (...) Uważa się za pomazańca bożego.
   Warszawski odpowiednik Rumkowskiego, Adam Czerniaków, pisał o nim:
   Jest to samochwalec. Zarozumiały i głupi. Szkodliwy, bo wmawia władzom, że u niego jest dobrze.
   Obrońcy postawy Rumkowskiego podnoszą, że dzięki wzorowej organizacji getta w Łodzi i korzyściom ekonomicznym jakie przynosiło ono Niemcom, Ghetto Litzmannstadt przetrwało aż do końca sierpnia 1944. Faktem jest, że z żadnego innego getta na ziemiach polskich nie uratowało się tak wielu Żydów. Marek Edelman odrzucał takie stanowisko. O działalności Rumkowskiego mówił:
   To głupoty. To dzięki Rumkowskiemu Hans Biebow nie musiał mobilizować żołnierzy, bo wszystko miał na tacy. To bzdura, że przetrwało tylu łódzkich Żydów, bo Rumkowski zorganizował getto jako obóz pracy dla Niemców. W Warszawie też szopy produkowały tysiące mundurów dla niemieckiej armii, a w którymś momencie Niemcy powiedzieli "stop".
   W czasie pełnienia funkcji przewodniczącego Judenratu Rumkowski dopuścił się wielu przestępstw na tle seksualnym, wykorzystując podległe mu pracownice i jednocześnie grożąc wysłaniem do obozu zagłady Kulmhof w Chełmnie.
   Żydowski Instytut Historyczny wbrew istotnym zapisom historycznym ustala jakąś wykalkulowaną ekwilibrystyką cyfrową, żonglerką liczb, rzekomy udział Polaków w Shoah. Jest to polityka placówki historycznej przecież tyle nieodpowiedzialna co niebezpieczna.
   Państwo polskie prowadzące taką "poprawną" politykę zdaje się nie dostrzegać tych ataków na Polskę, Polaków i polskość, dodatkowo jeszcze mianując Pawła śpiewaka znanego polakożercę dyrektorem placówki naukowo-badawczej - Żydowskiego Instytutu Historycznego.
   Państwo polskie obojętnie przyjmuje wyzwiska "Polaków antysemitów i morderców", a prezydent tego państwa Komorowski modli się bezwstydnie w Jedwabnym w towarzystwie trzech rabinów i przedstawiciela Konferencji Episkopatu Polski za Żydów jedwabieńskich rzekomo zamordowanych przez Polaków według wizji grossowskich "Sąsiadów".
   Według ataków na Polskę i Polaków Holocaust i antysemityzm dotyczą wyłącznie Polski. Nie dostrzega się autentycznego antysemityzmu we Francji i "zapominalscy" Żydzi "naukowcy polscy" "nic nie wiedzą"o francuskich bandach antysemickich. Nie wiedzą również o europejskim Holocauście.
   Wizję tę roztoczył przed światem prezydent Francji Hollande uznając odpowiedzialność Francji za UDZIAŁ W HOLOCAUśCIE, mówiąc o czarnej karcie francuskiej kolaboracji. To plama na honorze Francji powiedział francuski prezydent.
   Aleksander Szumański
   Za: http://aleszuma.nowyekran.pl/post/69326,zydowski-atak-na-polske-i-polakow

Platforma, na zlecenie rządzących Unią Europejską chce wyrugować Polaków z ich domów i mieszkań.

Oświęcim przy nich to była igraszka - patriotyzm na stadionach - nadzieja dla Polski

  Ministerstwo Skarbu Państwa po raz czwarty chce sprzedać Fabrykę Maszyn w Leżajsku.   2012-05-04
Ogłoszony przetarg dotyczy nabycia 18,7 tys. udziałów stanowiących 85 proc. kapitału zakładowego spółki. Pozostałe 15 proc. trafi do pracowników. Cena wywoławcza za fabrykę specjalizującą się m.in. w produkcji elektrycznych silników, prądnic i transformatorów, pojazdów samochodowych przeznaczonych do przewozu towarów, maszyn dla górnictwa i budownictwa, a także urządzeń dźwigowych i chwytaków została ustalona na poziomie 1,6 mln złotych [słownie: jeden milion sześćset tysięcy zł., w Polsce są tysiące willi o znacznie większej wartości - admin]
   To już czwarta próba sprzedaży leżajskiego zakładu. Poprzednie nie przyniosły rezultatu.
   Mimo kryzysu na rynku spółka wciąż wzbogaca swoją ofertę m.in. o agregaty prądotwórcze i pompy do betonu. Odbiorcami wyrobów z Leżajska są m.in. firmy budowlane i produkcyjne oraz handlowe, przemysł transportowy, szpitale, koleje, lotniska, a także urzędy pocztowe w Polsce i za granicą, m.in. w Niemczech, Austrii, Wielkiej Brytanii, Danii, Słowacji czy Rosji.
   Największą konkurencją dla podkarpackiej spółki, która podobnie jak inne gałęzie przemysłu - głównie branży budowlanej - odczuła kryzys ekonomiczny, są zagraniczni producenci, którzy mają swoje przedstawicielstwa w Polsce. Wśród nich są producenci betonomieszarek: Sermac, Cifa, Baryval i Stetter. Niewykluczone, że spółką zainteresuje się chiński potentat LiuGong, który niedawno kupił cywilną część Huty Stalowa Wola produkującą maszyny budowlane.
   Leżajski zakład zatrudnia 244 osoby. Jak podkreśla Agnieszka Steindl z Departamentu Prywatyzacji MSP, termin składania ofert nabycia udziałów Fabryki Maszyn w Leżajsku upływa 28 maja br.
   [Jak państwo myślą, jaki jest cel tej tzw. "prywatyzacji"? Kto rządzi w naszym nieszczęśliwym kraju? Czy są to Polacy czy renegaci i zdrajcy na rozkazach obcych państw? - admin]
   Mariusz Kamieniecki http://naszdziennik.pl/


21 marca 2012r. w większości miast Polski miał miejsce "Dzień Gniewu".
Dzień Gniewu w miastach Polski
         wróć do pierwszego zdjęcia
W czasie marszów skandowano następujące hasła: Nie pomoże głos Michnika, my rządzimy na ulicach
Bruk na rząd, rząd na bruk
Patriotyzm to nie obciach
Nie wyrówna ci reforma, co ukradła ci Platforma
Donald Tusk, gdzie twój mózg
Platforma, Platforma unijna prostytutka
Ruch Palikota, esbecka hołota
Młodzi, aktywni radykalni
Pięć razy nie, nie godzimy się
Spójrz na premiera, jak w taczce się poniewiera
Polityczne prostytutki
Precz z komuną w internecie
Precz z brukselską okupacją
Premier pedał, Polskę sprzedał
Donald ty łotrze, tu w Łodzi nikt cię nie porze
Donald wynocha, w tym kraju nikt cię nie kocha
Łódź, Łódź bez Platformy
A na sznurku, zamiast gaci, będą wisieć biurokraci
Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela Polakami poniewiera
Precz z rządową okupacją
Precz z unijnym socjalizmem
Donald matole, twój rząd obalą kibole
Kłamstwa Michnika wyrzuć do smietnika
Polska, biało czerwoni, Polska biało czerwoni
Władza dla Narodu, nie dla polityków
Nie zamkniecie ust, towarzyszu Tusk
Precz komunie, ACTA runie
Każdy kumaty, gardzi niszczeniem oświaty
Donald łobuzie, wsadzimy ci euro w buzię
Byłeś w ZOMO, byłeś w ORMO, teraz jesteś za Platformą
Platformerskie prostytutki
Edukacja, i kształcenie niesie Polsce odrodzenie
Tylko idiota głosuje na Palikota, tylko idiota głosuje na Palikota
Rząd się sprzedał, nie dla ACTA
Nie pomoże płacz Michnika, my rządzimy na ulicach

   Kolejny dowód na to w czyim interesie rządza nami "umiłowani przywódcy".
  

Ruch Autonomii Mazur
   Powstał kolejny po RAśiu (zwanym przez wielu za dzielenie mieszkańców śląska na "prawdziwych ślązaków" i "góroli" rasistami) ruch o jawnym lub ukrytym przesłaniu separatystycznym. Mowa tu o Ruchu Autonomii Mazur. Oto kilka informacji o tym tworze (cytaty za wpolityce.pl (02.10.2011)):
   W teorii chodzi o autonomię. Tak na śląsku jak i na Mazurach. Taki cel stawiają sobie ruchy separatystyczne w obu regionach. Ruch Autonomii śląska współrządzi z Platformą Obywatelską. Ruch Autonomii Mazur właśnie wystartował. Tak sielankowo opisuje go "Gazeta Olsztyńska" należąca do wydawcy niemieckiego:
   Pomysłodawcą i przewodniczącym ruchu jest Zbigniew Paliński, właściciel sklepu ogrodniczego w Mrągowie. Działacze podkreślają, że nie chodzi im o oderwanie Mazur od Polski, tylko o samodzielność na wzór hiszpańskich wspólnot regionalnych.
   Ruch Autonomii Mazur zarejestrowano 2 września. Do stowarzyszenia zapisało się już kilkudziesięciu chętnych. Większość z nich mieszka w Mrągowie. Członkowie ruchu planują spotkania, na których przestawią swoją ideę mieszkańcom, ale i władzom.Zapewniają, że ich głównym celem jest samowystarczalność regionu. Nie zapominają jednak, że region wzbogaci się jedynie wtedy, gdy ściągnie zagranicznych inwestorów.
   - Będziemy chcieli rozmawiać z Litwinami, Rosjanami i Niemcami. Tylko oni zapewnią nam rozwój. Ważna jest też współpraca z Warmią, gdyby taka autonomia rzeczywiście powstała - mówi Roman Koziatek, wiceprzewodniczący ruchu, na co dzień kierownik MPEC w Mrągowie. - Poza stowarzyszeniem będzie działać fundacja. Chcemy w ten sposób zebrać pieniądze na nasze działania.
   To teoria, której realizacja - współpraca z innymi regionami, turystyka - przecież nie wymaga żadnej autonomii, żadnych zmian w politycznej i administracyjnej strukturze Mazur. O co więc naprawdę chodzi? Wg znawców historii pruskiego szowinizmu symbolika Ruchu Autonomii Mazur nawiązuje do brutalnej antypolskiej działalności Prus i III Rzeszy Niemieckiej - może więc chodzi o to?
   Jak sprawdziliśmy symbolika do której odwołuje się RAM jest na wskroś niemiecka. Prezentowane na stronie Ruchu na Facebooku godło wprost nawiązuje do symboli pruskich. Z lewej strony godła RAM mamy orła prowincji pruskiej Rzeszy niemieckiej w latach 1920-1945, bazującego na godle Królestwa Pruskiego (pozbawionego tylko korony). Prawe skrzydło to zaś kopia symbolu ziomkostwa wschodniopruskiego, kwestionującego polskość Warmii i Mazur. Ziomkostwa skupiają Niemców wysiedlonych decyzją Wielkich Mocarstw po II Wojnie światowej. Symbol ten powstał po 1945 roku w Niemczech, nigdy wcześniej nie był używany.
   Ale to nie wszystko. Bowiem ziomkostwo stworzyło swój znak także przez nawiązanie do 11 pruskiej dywizji piechoty hitlerowskiego Wehrmachtu, której znakiem była czerwona głowa łosia! O ile ziomkostwo używa poroża łosia w kolorze czarnym to autorzy herbu Ruchu Autonomii Mazur nawiązali wprost do herbu 11 dywizji, która 1 września 1939 roku zaatakowała z rejonu należącej wówczas do Niemiec Nidzicy i atakowała polskie linie obronne pod Mławą. Jednostka ta walczyła zaciekle przez cały okres II Wojny światowej, kapitulując dopiero 8 maja 1945 w Kurlandii otoczona przez Armię Czerwoną. Właśnie fakt, że 11 dywizja walczyła do ostatniego dnia wojny powoduje, że w kręgach niemieckich szowinistów cieszy się ona specyficzną, budzącą najgorsze skojarzenia, estymą.
   Mamy więc bezpośrednie nawiązanie nawet nie do pruskiej historii tych ziem, ale po prostu do okresu hitlerowskiego.
   Nie trzeba już dodawać, że ma na tym symbolu żadnego znaku polskości. Pozwala to, po raz kolejny, postawić pytanie czy rzekoma oddolność ruchów dążących do autonomii//oddzielenia się od Polski jest taką faktycznie? Jakoś tak się składa, że powstają one na terenach w pewnym okresie należących do Niemiec, a w swojej symbolice odwołują się wyłącznie (jak wcześniej RAś) do barw niemieckich. Kolejny oddolny taki ruch powstanie zapewne w Wielkopolsce.
   Jak to możliwe, że Mazury nagle zaczynają nawiązywać do najciemniejszych kart z historii Niemiec? Zdrada i porządek jałtański przesunął granice Polski na Zachód, ale tereny na które przesiedlono Polaków z Kresów zawsze w czasach nowożytnich były zamieszkane przez polską ludność, która walczyła z Kulturkampfem. Kiedy Polaków mordowano bądź wysyłano do obozów za bycie Polakiem, to na Warmii i Mazurach żyli ludzie, którzy pracą organiczną walczyli o zachowainie polskości tych ziem:
   Ale państwa polskiego to - jak widać - nie interesuje. Ważne jest "tu i teraz". Ludzie tacy jak Wojciech Kętrzyński, Andrzej Samulowski, Tadeusz Pezała (zamordowany w obozie koncentracyjnym za nauczanie w polskiej szkole), Anna Zientara Malewska i setki innych, którzy walczyli o polskość Warmii i Mazur, przewracają się w grobach.
   Na zdjęciu: z prawej znak RAM, w prawym górnym roku symbol ziomkostwa wschodniopruskiego, z prawej godło prowincji pruskiej po roku 1920.
   CZYTAJ KONIECZNIE: Reszczyński: Ucieczka od polskości. "Separatystyczna zaraza, której daje początek RAś, koalicjant PO, implikuje dalej"
   Kresy już nie wrócą do Polski. Straciliśmy Wilno, Lwów, Grodno. Czy teraz chce się nam odebrać też śląsk i Mazury? W końcu to Sowieci i Niemcy wywołali wojnę, więc to oni powinni zapłacić za swoje czyny w stanie pokoju. Jeśli jest odwrotnie, to znaczy, że ktoś, kto nawiązuje do prusko-hitlerowskiej symboliki nadal prowadzi wojnę. Wojnę przeciwko Polsce i Polakom.
   Swoją drogą ciekawe, że takie ruchy powstają tam, gdzie swoje ambicje pokładają polonofobi pokroju (nie)sławnej Eryki Steinbach.
   za www.antypolonizm.pl
   Trzeba jeszcze publicznie zapytać niejakiego Donalda T., który w 1992r. publicznie wygłaszał plany oderwania Kaszub od Polski i utworzenia z nich oddzielnego organizmu państwowego z własną walutą i własną armią, jaki jest jego stosunek do planów Ruchu Autonomii Mazur i wszelkich innych 'ruchów'.
  

  Izrael nie będzie ostrzegał USA przed atakiem na Iran
   
   Izraelskie władze oficjalnie potwierdziły, że nie ostrzegą USA przed swoim atakiem na irańskie instalacje. Zdeterminowanie Izraela potwierdzają też źródła wywiadu amerykańskiego. Poinformowano, że jeśli ewentualny atak będzie przeprowadzony to utrzymają to w tajemnicy przed Amerykanami, aby zmniejszyć prawdopodobieństwo, że spróbują oni zapobiec atakowi Izraela na Iran.
   USA próbuje odwieźć Izrael od ataku na Iran, ponieważ uważają, że nie jest możliwe zatrzymanie prac w programie atomowym Teheranu. Atak może wręcz przyspieszyć konstruowanie irańskiej bomby atomowej.
   Czy to oznacza, że Izrael i USA zaczynają prowadzić własne interesy? W Izraelu brakuje czynników w stylu, zbliżające się wybory prezydenckie i reelekcja Baracka Obamy wydaje się być celem samym w sobie, jeśli w sondażach Amerykanie widzą zmęczenie wojną to postarają się, aby nie drażnić wyborców w okresie kiełbasy wyborczej.
   USA zdały sobie sprawę, że tracą kontrolę nad sytuacją i tylko im się wydawało, że mają jakiś wpływ na Izrael. Teraz Amerykanie ryzykują wciągnięcie do wojny z Iranem, ale na warunkach Izraela a to bardzo niepokoi amerykańską administrację. USA muszą realnie oceniać ryzyko wybuchu konfliktu światowego ze względu na zaangażowanie Rosji i Chin w Syrii oraz Iranie.
  Gdy do tego dołożymy ostatnie uprzejmości między Białorusią i Unią Europejską widzimy, że na skrajach bloków politycznych zaczyna dochodzić do napięć i manifestacji wrogości.
   Czy atak na Iran wykonany samodzielnie przez Izrael jest wykonalny? Jest, i Izrael ma taki potencjał militarny. IDF(Israeli Defence Forces) jest w stanie zmobilizować do 100 samolotów jednocześnie i ma środki do tego, aby nawet tankować je w czasie lotu. Trudno przewidzieć światowe konsekwencje ataku na Persów, będzie to z pewnością wydarzenie, które o ile do niego dojdzie zapamiętamy, jako punkt zwrotny.
   Minister Obrony Izraela, Ehud Barak podczas rozmów z Amerykanami wyrażał się bardzo zdecydowanie stwierdzając, wprost, że czas na atak jest teraz. Izrael za każdym razem potwierdza, że jest zdecydowany dokonać ataku prewencyjnego w stylu poprzednich ataków na reaktory w Syrii i w Iraku, skala jego jest większa, ale IDF uważa, że jest w stanie zmierzyć się z siła ognia Iranu. Miejmy tylko nadzieje, że w ewentualny atak nie zostanie wmanewrowana polska armia, której myśliwce F16 trenują właśnie z IDF w jakiejś niejawnej operacji na pustyni Negev w Izraelu.
   źródło:
   http://www.huffingtonpost.com/2012/02/27/israel-wont-warn-us-befor_n_1305601.htm...

Dodano: 13 lutego 2012, 7:00 Autor: Marcin Baranowski
   Wiece w polskich miastach, w tym w Szczecinie, samoloty zrzucające miliony ulotek popierających roszczenia potomków niemieckich "wypędzonych". Takie akcje szykuje na wiosnę w Polsce nowa niemiecka organizacja z Berlina.
   Późna sprawiedliwość: niemieccy wypędzeni otrzymują z powrotem swoją własność". E-maila z takim nagłówkiem dotarł do naszej redakcji. Jest napisany po polsku. Zawiera zaproszenie na konferencję prasową, organizowaną w pi- ątek, 17 lutego w Berlinie przez Eigentuemerbund Ost (Związek Właścicieli - Wschód), założony w styczniu 2012 roku. W emailu jest też informacja, że wiosną niemiecka organizacja planuje przeprowadzenie w Polsce "kampanii uświadamiającej".
   "Od maja będą rozdawane polskim gospodarstwom domowym miliony ulotek, które będą informować o polskich zbrodniach na niemieckich cywilach i polskich naruszeniach prawa międzynarodowego. Jednocześnie planowane są publiczne manifestacje. Pierwsze stacje akcji to Goerlitz (Zgorzelec - dop. red.), Stettin (Szczecin), Breslau (Wrocław) i Oppel (Opole)" - czytamy w tej dziwnej korespondencji.
   Akcje "uświadamiające", jak wynika z listu, to przedsięwzięcia towarzyszące pozwom niemieckich "wypędzonych" przeciwko Polsce i Czechom. Dzięki nim Niemcy mają móc odzyskać swoje mienie, "zrabowane po drugiej wojnie światowej". Proces prawny przeprowadzony ma być przez "znanych adwokatów i specjalistów prawa międzynarodowego", którzy rzekomo pomogli Związkowi znaleźć w styczniu 2012 roku luki w prawie międzynarodowym - i zabezpieczony finansowo "przez inwestora".
   Trafiliśmy do nadawcy emaila. To Lars Seidensticker, prezes EBO e. V. To on podniósł słuchawkę, gdy zadzwoniliśmy na podany w emailu numer w Berlinie.
   Jak nam powiedział, podobne zaproszenia rozesłał na 120 adresów w Polsce, głównie do polskich mediów. Ponadto takie same zaproszenia otrzymały media i politycy niemieccy. - Polska to przecież katolicki kraj. Liczę więc na to, że znajdziemy w Polsce wiele osób, które wesprą nas w walce z tą oczywistą niesprawiedliwością - powiedział nam Lars Seidensticker.
   35-letni Niemiec jest bohaterem reportażu wyemitowanego przez szwajcarską stację telewizyjną SF. Link do materiału filmowego jest na stronie www.eigentumost.de. Przedstawia wizytę Seidenstickera w Otmuchowie na śląsku, dokąd pojechał osobiście upomnieć się o dom babci, wysiedlonej (na mocy decyzji aliantów - dop. red.) w 1946 roku. W tym scenę, w której Niemiec chodzi po polskim miasteczku z przypiętym napisem, że jego dziadkowie, wywłaszczeni przez Polaków, nie byli winni wojnie i nie popełnili żadnej zbrodni.
   - Choć mieszkają tu teraz Polacy, kamienie mówią tu wciąż po niemiecku - mówi Seidensticker w reportażu. Nam powiedział, że po ewentualnym odzyskaniu babcinego spadku, nie zamierza wypędzać obecnych polskich lokatorów.
   - Chodzi tylko o sprawiedliwość, z niej nie może wynikać kolejna niesprawiedliwość - tłumaczy.
   - A gdzie tkwi ta prawa luka, która ma być podstawą roszczeń? - dociekaliśmy. - Przed procesem nie mogę zdradzać szczegółów. Ale tkwią one w "Klein-Gutachten", która też jest na naszej stronie - wyjawił niemiecki prezes. "Klein-Gutachten", publikowana na stronie EBO e. V. to potoczna nazwa eksperyyzy prawnej, sporządzonej przez prof. dr. Eckart Klein na zlecenie niemieckiego Bundestagu.
  za http://www.gs24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20120213/SZCZECIN/346182509

Jerzy Wawro. ACTA widziana oczami informatyka.
  ACTA jest dokumentem porażającym. Dotąd znałem go jedynie z mediów. Dzisiaj go przeczytałem i nie potrafię wyjść ze zdumienia!
   Preambuła - czyli Himalaje bezczelności.
   Żyjemy w czasach, w których nie wypada być złym. Zbójcy pozostali tylko w charakterze czarnych charakterów baśni. Dlatego każda kanalia musi koniecznie znaleźć wzniosłe uzasadnienie dla swych działań. Ale szczyty bezczelności, na jakie wznieśli się w tym celu autorzy ACTA są doprawdy zdumiewające. Brak ACTA według nich "osłabia prowadzony zgodnie z prawem handel i zrównoważony rozwój światowej gospodarki".
   W jaki sposób wzrost poziomu ochrony własności intelektualnej wpływa na rozwój handlu opisał ktoś ładnie na przykładzie rynku rowerów. Ale o wiele bardziej bezczelnym łgarstwem jest opis wpływu na zrównoważony rozwój. Bo to tak naprawdę jest istota problemu. Dostrzeżono go już w początkach rewolucji naukowo-technicznej. W raporcie dla "Klubu Rzymskiego" pod tytułem "Mikroelektronika a społeczeństwo" (1984 rok) opisano możliwe korzyści i zagrożenia jakie się pojawiły przed ludzkością. Z perspektywy historycznej można stwierdzić, że raport ten jest nadzwyczaj celny. Niestety - wygląda to tak, jakby się ktoś uparł realizować negatywny scenariusz. Jednym z największych zagrożeń wówczas przedstawionych było wykorzystywanie prawa patentowego i autorskiego do zwiększania dysproporcji i większej dominacji krajów rozwiniętych nad słabszymi. Autorzy raportu nie przewidzieli rozwoju internetu, który w znacznym stopniu osłabił te tendencje. Teraz ACTA usiłuje zniwelować tą siłę, wpisując się w tendencję budowy neo-niewolnictwa. Aby to poniżenie i klęska były pełne, potrzebne jest maksymalnie bezczelne kłamstwo. Porównać to można jedynie do "sprawiedliwych" rządów komunistów. Nie można było wystąpić przeciw komunistom, bo przecież to oni byli gwarancją pokoju i sprawiedliwości.
   Podobnie tutaj wmawia się społeczeństwu, że ACTA to gwarancja zrównoważonego rozwoju! Chyba nie chcesz młody człowieku występować przeciw zrównoważonemu rozwojowi? Jeśli będziesz w przyszłości płacił tantiemy właścicielowi praw autorskich/patentowych do chleba i pszenicy, to przynajmniej ze świadomością, że służysz zrównoważonemu rozwojowi. To jedno stwierdzenie wystarczyłoby, aby zdyskredytować cały dokument. Ale przecież nie dotarliśmy nawet do pierwszego paragrafu!
   Nowe "standardy prawne"
   Początek porozumienia służy jedynie 'zmyleniu przeciwnika'. Jest to zbiór pustych (w świetle reszty dokumentu) zapisów, zapewniających nas, że żadne nadzwyczajne prawa nie będą wprowadzone. Ale już na początku artykułu 6 mamy zobowiązanie do stworzenia środków zapobiegających naruszeniom i odstraszających od dalszych naruszeń. Przecież to jawne podważenie podstaw praworządności. Sąd nie będzie niczemu zapobiegał, a policja nie interweniuje tam, gdzie nie ma naruszenia porządku publicznego. Kto więc będzie tym "zapobiegaczem"? Wszystko staje się jasne po przeczytaniu punktu 4: "żadne postanowienie niniejszego rozdziału nie może być interpretowane w taki sposób, aby nakładało na Stronę wymóg pociągnięcia do odpowiedzialności za działania podjęte w związku z wypełnieniem ich urzędowych obowiązków".
   To może wprowadźmy przy okazji analogiczne prawa zapobiegające gwałtom? Urzędnik będzie miał prawo "zapobiegać gwałtom" przez kastrację (jeśli na przykład oglądniesz się za dziewczyną). A biorąc pod uwagę gwarancje nietykalności, z pewnością z tego prawa skorzysta.
   Dalszą analizę zastąpię fragmentami stanowiska Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji (bodajże z maja 2011!!!), które dość dobrze punktuje wszystkie problemy:
   Z punktu widzenia przedsiębiorców internetowych największy niepokój i wątpliwości budzi brak jednoznacznego przepisu w tekście ACTA, stanowiącego, że jej wykładnia będzie zgodna z obecnie obowiązującym prawem Unii Europejskiej dotyczącym ehandlu. W szczególności chodzi tu o Dyrektywę 2000/31/WE zwaną E-Commerce. Mimo że takie sformułowanie zawarte było w pierwotnym tekście ACTA, nie znalazło się ono w jej wersji ostatecznej.
   W obecnym kształcie ACTA zaledwie sugeruje i to jedynie w przypisie - że Umawiające się Strony mogą przyjąć ograniczenia odpowiedzialności usługodawców działających w Internecie za treści umieszczane przez użytkowników (taka regulacja jest zawarta w art. 12-14 Dyrektywy E-Commerce). Poza stwierdzeniem, że ze względu na swą istotę każde postanowienie umowy musi być ujęte w jej tekście (a nie jedynie w przypisie), należy zauważyć, że ACTA nawet we wspomnianym przypisie nie porusza kwestii zakazu nakładania obowiązku monitorowania treści w Internecie, a takowy jest zawarty w art. 15 Dyrektywy E-Commerce (2000/31/WE). Gdyby wprowadzić odpowiedzialność po stronie przedsiębiorców internetowych za treści umieszczane przez użytkowników oraz obowiązek monitorowania tych treści to nie tylko doprowadziłoby to do cenzury w Internecie, ale przede wszystkim, sens biznesowy platform internetowych przestałby istnieć, co z kolei by skutkowało załamaniem gospodarki internetowej. Inne wątpliwości budzi art. 8.1 ACTA, który w niedostateczny sposób definiuje pojecie osoby trzeciej, która może być wezwana do zaprzestania naruszeń, co stwarza pole do sprzecznych interpretacji na tle Dyrektywy 2004/48/WE o egzekwowaniu własności intelektualnej.
   Art. 23.1 ACTA posługuje się z kolei bardzo szerokim, ale niejasnym pojęciem "skali handlowej", które nie jest zdefiniowane w żadnym akcie prawnym Unii Europejskiej dotyczącym ochrony prawa własności intelektualnej, co również otworzy drzwi do wielu różnych interpretacji.
   Wreszcie art. 11 i 27.4 ACTA zobowiązują do wydania uprawnionym informacji o podmiotach naruszających prawa. Postanowienia te, co prawda wskazują, że prawo do informacji może być realizowane bez uszczerbku dla i zgodnie z przepisami dotyczącymi ochrony danych osobowych, jednak ich stosowanie wg ACTA ma być obowiązkowe, stąd pozostają w sprzeczności z zasadą, która została ustanowiona przez Trybunał Sprawiedliwości w 2008 r. w sprawie Promusicae (C-275/06), zgodnie, z którą "(Dyrektywy UE) nie zobowiązują Państw Członkowskich do ustanowienia (...) obowiązku przekazania danych osobowych w celu zapewnienia skutecznej ochrony praw autorskich w ramach postępowania cywilnego", co również zostało potwierdzone przez Rzecznika generalnego w sprawie Scarlet Extended (C-70/10) obecnie rozpatrywanej przez Trybunał Sprawiedliwości.
   Czy rząd powinien brać pod uwagę interes polskiej gospodarki?
   Na koniec kilka moich refleksji, które skłaniają mnie do tezy, że polski rząd działa wbrew interesowi kraju. Na początek chciałbym się odnieść do kwestii obrony własności intelektualnej. Jako programista powinienem skakać z radości, że rząd dba o moje interesy. Jestem autorem wielu programów (niektóre open source, np. http://code.google.com/p/lexitoolsmobile/, http://sourceforge.net/projects/ltreminder/, http://sourceforge.net/projects/tosl/). W czasach, gdy wszyscy pisali FK i "magazynówki", ja się zajmowałem automatycznym tłumaczeniem. Pamiętam, jak gdzieś na początku lat 90-tych do naszego stoiska na targach przyszedł młody człowiek, który zakupił na bazarze nasz program (LexiTools), ale widzi że mamy nowszą wersję, to może by mu uaktualnić ;-).
   Jawny przykład naruszania moich praw autorskich. Czy to była przyczyna upadku tego projektu? Nie! Było wiele innych przyczyn, dla których rynek popularnego oprogramowania nie mógł się w Polsce rozwinąć. To było przed erą internetu. Gdyby nasze oprogramowanie zyskało dzięki internetowi większą popularność, to byłby wręcz jeden z czynników, które równoważyłyby inne negatywne czynniki (mających zupełnie inny charakter).
   W czyim interesie?
   Czy w Polsce istnieje problem praw autorskich w odniesieniu do oprogramowania? Zdecydowanie nie. Po pierwsze mamy wystarczające środki dla zabezpieczenia oprogramowania. Po drugie w Polsce produkuje się głównie programy dedykowane, które bez wsparcia są bezwartościowe. Po trzecie dynamicznie rozwija się otwarte oprogramowanie. Może więc wzrost poziomu ochrony umożliwi tworzenie nowych, innowacyjnych programów? Zdecydowanie nie. Jak już wspomniałem - problem piractwa jest z tego punktu widzenia marginalny. Komu i po co jest więc potrzebne ACTA?
   Moim zdaniem to jest początek kolejnej próby wprowadzenia patentów na oprogramowanie. Nie będę tu przytaczał wielu argumentów, jakie padły przy okazji poprzedniej próby (trochę danych historycznych można znaleźć tutaj). Chcę tylko zwrócić uwagę na to, że tylko ktoś skrajnie naiwny mógłby sądzić, że porażka USA w sprawie patentów zakończy sprawę. Jak sądzę na drugi dzień zebrał się jakiś sztab, opracowujący nową strategię. Może obserwujemy właśnie jej realizację? Upadek ACTA także nic nie zmieni. Oni są wytrwali i podstępni. I takie drobne porażki jedynie skłaniają do doskonalenia metod manipulacji. Nawiasem mówiąc podobny proces obserwujemy w sprawie OFE. Nieważne jak celne i ważkie będą argumenty przeciw. One wszak się pojawiają sporadycznie. Propagandyści zaś są wytrwali i nieprzemakalni....
   Prawa autorskie w informatyce służą przede wszystkim ograniczeniu konkurencji. Duże korporacje zatrudniają tabuny prawników i patentują setki najbardziej banalnych rozwiązań (Microsoft kiedyś próbował nawet opatentować komendę, która od dziesięciolecie jest znana w systemach uniksowych!). Kiedy któryś z producentów zgłosi naruszenie jego praw, prawnicy siadają i szukają naruszeń wzajemnych, by doprowadzić do ugody. A mniejsze firmy? Mogą tworzyć rzeczywiste innowacje, albo pracować dla "wielkich". Ta pierwsza możliwość w Polsce odpada. Legendarne wsparcie w USA dla innowacji ma w Polsce równie mocny odpowiednik: masy ludzi dobrej woli, gotowych każdemu chętnemu wyjaśnić dlaczego "nie da się". Nasz rynek masowych aplikacji jest słabiutki (zadziwiające w zestawieniu z faktem, że Polacy należą do najlepszych programistów na świecie). Wprowadzenie ACTA może pogrzebać go zupełnie. Nie będzie odważnych.
   Jak walczyć z piractwem i zapewnić twórcom dochody?
   Na koniec kilka słów wykraczających poza informatykę. Nie uważam się za złodzieja. Wydałem sporo pieniędzy na oprogramowanie, to i za muzykę mogę płacić. Najpopularniejsze utwory na youtube mają miliony odtworzeń. Nawet po kilka groszy od odtworzenia pozwoliłoby na uzyskanie przez autorów całkiem sporych dochodów. Szukałem kiedyś możliwości zakupienia legalnie muzyki w internecie. Wyszło po 3-4 zł od utworu. I to niezależnie od tego, ile razy go odsłucham. Czy to nie przesada? Inne nie wykorzystane źródło potencjalnych dochodów dla twórców to reklama. Nie wiem na ile jestem typowy - ale ja bardzo chętnie zapłacą do 100zł/miesiąc aby nie musieć tego słuchać/oglądać (to jeden z powodów, dla których ostatnio przestawiłem się na Radio Maryja :-)). Ale w pakiecie chcę dostać zakaz zaśmiecania mojej skrzynki na listy. No i jeszcze by się filtr antydebilny przydał. Wczoraj na przykład nieopatrznie oglądnąłem fragment posiedzenia komisji sejmowej pod dowództwem posłanki śledzińskiej-Katarasińskiej. Przecież to jawnie szkodliwe dla zdrowia. Jestem w stanie się opodatkować, byle nie być narażonym na widok takich idiotek. Może postawienie tej chamskiej baby na czele komisji kultury miało być dowcipem? Jakoś nie trafia w moje poczucie humoru :-(.
Jerzy Wawro.

Dochody tych, którym pomożemy (w przeliczeniu na złotowki wg obecnego kursu euro), sami żyjąc w nędzy:
   Grecja

Pensja minimum - 3,9 tys. zł
Minimalna emerytura - 2,2 tys. zł
Renta minimalna - 2,2 tys. zł (wypłacana 14 razy w roku)
Becikowe - 4,4 tys. zł
Dodatek za urodzenie dziecka - 50% dochodów matki przez 56 dni przed urodzeniem i 63 dni po narodzinach
Minimalny zasiłek dla sieroty - 2 tys. zł
Dodatek socjalny dla osób o niskich dochodach - 900 zł
Wiek emerytalny - 65 lat mężczyźni i 60 lat kobiety
Wypłata na chorobowym - 72-130 zł dziennie, w zależności od liczby dni choroby
Zasiłek dla bezrobotnych - 2,1 tys. złotych i jest powiększany o 10 proc. na każdego członka rodziny, wypłacany do 12 miesięcy

Włochy
Pensja minimum - 2,7 tys. zł
Minimalna emerytura - 2,6 tys. zł
Renta minimalna - 2,1 tys. zł (w grudniu renciści dostaj trzynastkę)
Becikowe - 4,5 tys. euro (za drugie i kolejne dziecko)
Dodatek za urodzenie dziecka - pracodawca musi wysłać rodzica na 6-miesięczny urlop do momentu ukończenia przez dziecko 3. roku życia. Na urlopie rodzic otrzymuje ekstra 30 procent swoich zarobków.
Minimalny zasiłek dla sieroty - 1,1 tys. zł dla półsieroty i 2,2 tys. zł dla pełnej sieroty
Dodatek socjalny dla osób o niskich dochodach - Jeżeli firma zabrała godziny pracy to państwo płaci 80% wypłaty, któr dostaliby za te godziny, pracujc w pełnym wymiarze godzin
Wiek emerytalny - 65 lat mężczyźni i 60 lat kobiety
Wypłata na chorobowym - 60% dochodów, jeżeli chorujemy do 90 dni i 75%, jeżeli chorujemy powyżej 90 dni
Zasiłek dla bezrobotnych: 4 tys. zł wypłacany przez 8 miesięcy lub w przypadku osób 50+ przez 12 miesięcy

Polska
Pensja minimum - 1,4 tys. zł
Minimalna emerytura - 730 zł
Renta minimalna - 730 zł
Becikowe - 1 tys. zł
Dodatek za urodzenie dziecka - pełnopłatny urlop macierzyński przez 5 miesięcy
Minimalny zasiłek dla sieroty - 350 zł
Dodatek socjalny dla osób o niskich dochodach - 500 zł
Wiek emerytalny - 65 lat mężczyźni i 60 lat kobiety (będzie zwiększony do 67 lat dla wszystkich)
Wypłata na chorobowym - Zasiłek wynosi 80 proc. wynagrodzenia, jeżeli przyczyn choroby jest wypadek w pracy, to zasiłek wynosi 100 proc. wynagrodzenia
Zasiłek dla bezrobotnych - 742 zł przez pierwsze trzy miesice, potem wysokość zasiłku spada do 582 złotych

źródła: dane ZUS i U.S. Social Security Administration
Dlatego w Brukseli Donka POklepują PO plecach.

    Francuski kosher sex. 24.01.2012r.
   Policja we Francji zatrzymała najstarszego pedofila. Okazał się nim bardzo wpływowy rabin niejaki Daniel Fahri. Postawiono mu zarzut napaści seksualnej na osoby poniżej 15 roku życia.
   70-letni rabin Daniel Farhi, założyciel Liberalnego Ruchu Żydowskiego, zaledwie dwa tygodnie przed aresztowaniem otrzymał od prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego najwyższe francuskie odznaczenie państwowe - Legię Honorową. (...)
   Daniel Farhi jest założycielem Francuskiego Żydowskiego Ruchu Liberalnego (MJLF). Ruch jest stowarzyszeniem kultu i kultury liberalnej związany ze światową Unią Judaizmu Postępowego. Założony w 1977 roku, Ruch promuje żydowskie życie religijne i kulturalne przez kilka ośrodków kultury oraz synagogi.
   MJLF powstał w czerwcu 1977 roku i założony został przez około pięćdziesiąt rodzin, z inicjatywy tego rabina, a w wolnych chwilach dewianta cywilizacyjnego Daniela Farhi.
   Wielu rabinów przyczyniło się do rozwoju MJLF. Prezydent Komorowski gościł w rok i siedem dni od zamachu stanu w Polsce przedstawicieli tych gmin żydowskich. Obecnie trzech rabinów administruje Ruchem Liberalnym: Delphine Horvilleur, Stephen Berkowitz i Yann Boissiere.
   Ze znanych postaci w Polsce stale współpracujących z Żydowskim Ruchem Liberalnym oprócz wymienionego Romana Polańskiego jest także Agnieszka Holland, a z polityków Adam Szejnfeld i oczywiście Donald Tusk.
  za www.stopsyjonizmowi.net

  Już wiadomo dlaczego trwają boje o usprawnienie ściągalności abonamentu za posiadanie telewizora.  05.01.2012r.
   Żydowskie programy w telewizji publicznej.
  Telewizja Polska i Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich zawarły w środę (4 stycznia 2012r.) porozumienie w sprawie emisji programów dotyczących życia społeczności żydowskiej w Polsce w telewizji publicznej.
  Przyjęta wersja minimum - programy, co najmniej półgodzinne, będą emitowane w ogólnopolskiej TVP2 przynajmniej raz w miesiącu. Zgodnie z porozumieniem, telewizja będzie też transmitować obchody święta Purim. Pierwszych programów możemy spodziewać się już niedługo - umowa wchodzi w życie z dniem podpisania.
   Porozumienie zostało podpisane, m.in dzięki inicjatywie, pomocy i przy znacznym udziale Małgorzaty Burzyńskiej-Keller oraz ks. Henryka Paprockiego.
   Małgorzata Burzyńska-Keller prowadzi obecnie Fundację Ochrony Dziedzictwa Kultury Żydów "Wspólne Korzenie" w Łodzi. Jest pomysłodawcą i artystycznym dyrektorem Festiwalu Sztuki Filmowej Jidysz, którego pierwsza edycja odbyła się z powodzeniem w październiku 2006 roku. Pozyskuje z archiwów świata nieznane filmy jidysz - dokumentalne i fabularne. Realizuje także cykliczny program telewizyjny "Szma Israel" emitowany przez TVP.
   Ks Henryk Paprocki (ur. 1946 w Kole) jest doktorem teologii Instytutu św. Sergiusza w Paryżu, duchownym prawosławnym, wykładowcą Uniwersytetu w Białymstoku, Prawosławnego Seminarium Duchownego i Akademii Teatralnej w Warszawie, tłumaczem m. in. dzieł Mikołaja Bierdiajewa, Sergiusza Bułgakowa, Oliviera Clement, Mikołaja Łosskiego i Aleksandra Schmemanna.
   Ze strony TVP SA "porozumienie określające zasady przygotowywania i nadawania w Telewizli Polskiej audycji religijno-moralnych, religijno-społecznych, kulturalnych i nabożeństw Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich" podpisali prezes Andrzej Urbański i Sławomir Siwek. Związek reprezentowali przewodniczący ZGWŻ Piotr Kadlcik i wiceprzewodniczący Symcha Keller.
   - To wydarzenie historyczne i bezprecedensowe - mówi Piotr Kadlcik, jeden z sygnatariuszy porozumienia. - Ważne również dlatego, iż jednym z zadań telewizji publicznej jest edukacja. A wiele wydarzeń i sytuacji z którymi mamy do czynienia, nie wyłączając aktów antysemityzmu, wynika głównie z braku edukacji i wiedzy na temat Żydów. I mam nadzieję, że porozumienie zmieni tę sytuację.
   Porozumienie zawarto na czas nieokreślony. Programy będą realizowane przez wewnętrzne lub zewnętrzne zespoły producenckie i finansowane przez Telewizję Polską.
  za http://www.jewish.org.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1550&Itemid=57
  Mało im że mają ITI i TVN?

Szykuj się na wielki głód. Albo dalej oglądaj rządowe bajki w różnych TVNach, może one zaspokoją twoje potrzeby.

  Prawda wyjdzie na wierzch, prędzej czy później, z trudem ale się przebije. Ważne żeby obywatele chcieli tą prawdę przyjąć do wiadomości, ale z tym bywa różnie.
  Policja i policyjni prowokatorzy sprzyjali lewackim bojówkom i, o zgrozo, niemieckim bandytom nie wiadomo czemu nazywanym antyfaszystami (chyba dla zmylenia Polaków) w atakowaniu legalnego Marszu Niepodległości. Dlaczego? Chyba dlatego aby zgnoić i sponiewierać Polaków, wszystko co polskie i wszystko co ma choćby znamiona patriotyzmu.
  To się wpisuje w realizowaną politykę stopniowej likwidacji państwa polskiego.
   Żeby było ciekawiej policja i policyjni prowokatorzy dali się nagrać, albo naiwniacy albo zupełnie nie przejmują się tym że społeczeństwo pozna prawdę. W związku z tym, po zapoznaniu się z dokumentami dotyczącymi Marszu Niepodległości, z zeznaniami świadków, z filmami i zdjęciami z tych zajść robionymi przez naszych dziennikarzy i blogerów, złożono do Prokuratora Generalnego doniesienie o popełnieniu przestępstwa przez Komendanta Stołecznego Policji.
  Całość czytaj tu:  Nowy Ekran

LEWACKIE BOJÓWKI Z NIEMIEC NA ŚWIĘCIE NIEPODLEGŁOŚCI POLSKI
Pod koniec filmu widać owiniętego szlikiem niejakiego M.S. z Krytyki Politycznej.

  Przekręt w sprawie "Nowego Wspaniałego świata"
   Lewaccy, komunizujący aktywiści dostali prezent od miasta Warszawy. W samym centrum stolicy na skrzyżowaniu ul. Nowy świat ze świętokrzyską, niedaleko Uniwersytetu Warszawskiego otrzymali 1300 m2 w lokalu po dawnej kawiarni "Nowy świat".
   W miejscu, w którym kabaret "Dudek" wyśmiewał absurdy PRL wkrótce absurdy komunizmu będą wielbione i promowane przez towarzystwo "Krytyki Politycznej". Na dodatek władze Warszawy oddając im lokal złamały prawo dopuszczając się przestępstwa.
   Trzypoziomowy lokal w niezłym stanie otrzymało Stowarzyszenie im. Stanisława Brzozowskiego, czyli po prostu "Krytyka Polityczna" ze Sławomirem Sierakowskim na czele. To komunizujące środowisko krytykujące "stare" kierownictwo SLD za "prawicowe odchylenia" będzie miało idealne miejsce do propagowania swoich lewackich poglądów. I będzie czyniło to pod płaszczykiem prowadzenia "instytucji kulturalnej". Dlaczego właśnie znany z telewizji Sierakowski dostał ten lokal? Oficjalnie dlatego, że wygrał konkurs ogłoszony przez zarząd warszawskiej dzielnicy śródmieście. Jeśli jednak przyjrzymy się ludziom oceniającym zgłoszenia i serie artykułów na temat konkursu w "Gazecie Wyborczej" to możemy dojść do wniosku, iż oddanie pomieszczeń po dawnej kawiarni środowisku "Krytyki Politycznej" było już wcześniej przygotowane.
   Kukułcze jajo
   Ponad tysiąc metrów kwadratowych na trzech kondygnacjach w kamienicy na ul. Nowy świat od kilku lat stało puste. Poprzedniego najemcę władze miasta eksmitowały za niepłacenie czynszu. Długi sięgały milionów złotych, choć znajdowała się tu popularna kawiarnia i restauracja pod nazwą "Nowy świat". Zresztą działała ona od czasu odbudowania kamienicy po wojnie. To tu znani aktorzy trzy dni w tygodniu przez 10 lat (1965 - 1975) występowali w kabarecie "Dudek" Edwarda Dziewońskiego. Jeśli w telewizji oglądamy czarno-białą powtórkę skeczu "Ucz się Jasiu!" z Michnikowskim, Kobuszewskim i Gołasem to oglądamy też gości i wystrój kawiarni "Nowy świat" z lat 60. W niej też odbywały się koncerty jazzowe, a stojący fortepian nie był jedynie dekoracją. Po roku '89 miejsce stało się jeszcze bardziej ekskluzywne za sprawą swej historii. Firmy wynajmowały kawiarnię i działającą na piętrze restauracje na spore imprezy okolicznościowe, a w tygodniu w kawiarni można było spotkać popularnych aktorów i znanych reżyserów, którzy umawiali się by porozmawiać o nowych projektach. Dziennikarze umawiali się tu na rozmowy i wywiady z bohaterami swych artykułów, często śledczych. Na przełomie 2006 i 2007 roku władze miasta postanowiły definitywnie odebrać lokal najemcy i po serii akcji w stylu zamalowywania okien i witryn, czy zaspawania zamków dokonały eksmisji. Tym samym kawiarnia z historią przeszła do przeszłości. Tysiąc metrów stało puste. Nic się nie działo. Władze dzielnicy śródmieście organizowały przetargi na najem, ale kończyły się niepowodzeniem. Cena wywoławcza za najem była zbyt wygórowana, a miejscy urzędnicy nie chcieli zorganizować jawnej aukcji od złotówki. Poza tym w toku jest sprawa o zwrot całej kamienicy prawowitym spadkobiercom właścicieli, czyli Wojciechowi Geyerowi. Zresztą powinna o­na być już dawno zwrócona, bowiem sprawa o reprywatyzację budynku ciągnie się 18 lat! Ponadto potencjalni najemcy - prywatne osoby i spółki z branży gastronomicznej - nie chciały wchodzić w konflikt z p. Geyerem, bo liczą na współpracę z nim po odzyskaniu przez niego kamienicy. Także Geyer publicznie ostrzegał, że będzie oprotestowywał każdy rozstrzygnięty przetarg na lokal. Trudno mu się dziwić, skoro sprawa reprywatyzacyjna jest już na ukończeniu. Najemcy wyłonieni przez miasto to dla niego po prostu kukułcze jajo.
   "Wyborcza" w akcji
   Po kolejnym nie rozstrzygniętym przetargu na najem władze śródmieścia z burmistrzem Wojciechem Bartelskim zdecydowały się umieścić w lokalu działalność kulturalną. Najpierw miała być tu placówka Domu Kultury. I wtedy rozpoczęła się istna kampania stołecznej "Wyborczej", by oddać miejsce "warszawskiemu środowisku kulturalnemu". Konkretnie chodziło o "naprawie krzywd" wyrządzonych przez prezydenta Kaczyńskiego, który eksmitował lewackie i homoseksualne środowisko z "La Madame". W stołecznym dodatku "Gazety" pojawiały się teksty i felietony, że ludzie działający w "La Madame" nie mają się gdzie podziać, a to przecież sama śmietanka kulturalna stolicy, a nawet można powiedzieć - salony Europy. Do kampanii o dziwo przyłączyła się... "Rzeczpospolita", ze swym warszawskim dodatkiem "Życie Warszawy". Co kilka dni pojawiały się teksty, wywiady komu oddać "Nowy świat". Nikt przy tym nie zainteresował się prawowitymi właścicielami kamienicy. Nikt Wojciecha Geyera nie zapytał o zdanie. Burmistrz Bartelski przystał na ów swoisty szantaż środowiska warszawskiej "Wyborczej" i ogłosił konkurs na "Najlepszą propozycję zagospodarowania lokalu przy Nowym świecie 63". Zasady tego konkursu, jak i sam tryb jego przeprowadzenia i sposób oceny prac budzą poważne wątpliwości. Na tyle poważne, iż sprawą powinna się zainteresować prokuratura, gdyż zachodzą przesłanki niegospodarnego zarządzania majątkiem komunalnym przez burmistrza Wojciecha Bartelskiego.
   Bezprawny zespół nacisku
   Otóż powołał o­n tzw. zespół doradczy, który miał oceniać nadesłane projekty zagospodarowania lokalu po dawnej kawiarni. Tymczasem w oficjalnym, prawnym ogłoszeniu o postępowaniu w sprawie wyboru najlepszej propozycji najmu lokalu nie ma mowy o jakimkolwiek zespole doradczym oceniającym zgłoszenia i przeprowadzającym rozmowy z uczestnikami konkursu. Co więcej, w ogłoszeniu mowa jest tylko o zarządzie Dzielnicy, jako organie uprawnionym do prowadzenia negocjacji z uczestnikami postępowania. Tymczasem nadesłane oferty oceniał ów "zespół doradczy", który także był wyłoniony w dziwny sposób bez jasnych kryteriów. Do tego swoistego jury powołano osoby związane z lewicowymi środowiskami. Nadto weszła do niego współpracownica koncernu Agora - Bogna Świątkowska - prowadząca swoją audycję w radiu Roxy FM, należącym właśnie do tej spółki. Tymczasem to gazeta tego koncernu najbardziej interesowała się wynikami konkursu na "Nowy świat" i wskazywała charakter środowiska, które powinno otrzymać lokal. Nie można się oprzeć wrażeniu, iż wprost "Wyborcza" wywierała naciski na władze dzielnicy i ów "zespół doradczy", w którym to miała swojego człowieka - Bognę świątkowską. Członkiem zespołu był także Marcin Meller (żyd, syn nieżyjącego byłego ministra spraw zagranicznych RP Stefana Mellera), redaktor naczelny "Playboya".
   To właśnie ów "zespół doradczy" wybrał do drugiego etapu dwie oferty, w tym zwycięską "Krytyki Politycznej" i przeprowadził z ich przedstawicielami rozmowy. Następnie wybrał jedną, zwycięską i przedstawił burmistrzowi Bartelskiemu i zarządowi dzielnicy swoją opinię komu należy oddać atrakcyjny lokal. Jeśli jednak wczytamy się w zasady wyboru najemcy uchwalone przez władze śródmieścia to przedstawiony powyżej tryb postępowania był nielegalny. W pkt.10 zasad i kryteriów wyboru najemcy, czytamy: "wybrane podmioty zaproszone zostają do drugiego etapu postępowania, w którym prowadzone są negocjacje, zmierzające do zawarcia umowy najmu lokalu. Decyzję o zawarciu najmu lokalu podejmuje Zarząd Dzielnicy śródmieście m.st. Warszawy." Takie sformułowanie oznacza, iż rozmowy z dwoma wybranymi oferentami mogły prowadzić tylko władze Dzielnicy śródmieście, czyli jej zarząd. Zespół doradczy nie ma bowiem żadnych umocowań prawnych do prowadzenia negocjacji w imieniu organu samorządowego w sprawie zawarcia umowy cywilnoprawnej. Owe negocjacje powinien przeprowadzać tylko zarząd lub burmistrz śródmieścia. Tymczasem de facto to dziwnie powołany z dziwnym umocowaniem prawnym, a faktycznie go nie posiadający, a więc działający zupełnie bezprawnie zespół kilku ludzi wybrał władze Warszawy oddadzą atrakcyjny lokal w centrum stolicy. Burmistrz Bartelski i zarząd dzielnicy jedynie, klepnęli, to co postanowili inni. Takie postępowanie władz samorządowych jest przestępstwem. Tym bardziej, iż lokal oddano na preferencyjnych warunkach.
   Cała władza w ręce rad
   Wśród kryteriów wyboru nie było ceny za najem. Tę ustaliły z góry władze dzielnicy z burmistrzem Bartelskim i nie podlegała żadnym negocjacjom. Czynsz jest więcej niż atrakcyjny. Za lokal w samym środku centrum Warszawy, na Trakcie Królewskim, w najbardziej ruchliwym miejscu lewackie towarzystwo "Krytyki Politycznej" będzie płacić tylko 12 zł za m2. Tymczasem we wcześniej przetargach na "Nowy świat" władze dzielnicy od komercyjnych najemców chciały więcej niż 70 zł. za m2. Cena za jaką Sierakowski ze swym komunizującym środowiskiem będą dysponować 1300 m2. To więcej niż symboliczna - to darmo. Tym bardziej, iż będą tam prowadzić normalną działalność gastronomiczną. Okoliczne, prywatne kawiarnie i restauracje, które muszą płacić kilkakrotnie, a nawet kilkunastokrotnie większy czynsz skazane zostały przez władze miasta na nieuczciwą konkurencję ze strony młodych komunistów.
   Głównym kryterium wyboru miał być projekt działań kulturalnych. Jednak burmistrz Bartelski wraz z zarządem dzielnicy bardzo ogólnikowo sformułował owe kryteria. Można powiedzieć, iż w ogóle nie sporządzono jasnych, klarownych, precyzyjnych kryteriów wyboru. Wszystko zależało od widzimisię owego bezprawnego "zespołu doradczego", którego tworzyło lewicowe środowisko bardziej lub mniej powiązane z "Wyborczą". Oferty odrzucano bez jakiegokolwiek uzasadnienia. Nie wiadomo kto, jaką ofertę przygotował. Posiedzenia zespołu oceniającego nie były protokołowane. Nic więc dziwnego, iż już w I etapie odpadła oferta fundacji "Europa - Media", czyli środowiska prawicowego Klubu Nowogrodzka 44 założonego przez Krzysztofa Bosaka. W klubie tym promowana jest bowiem austriacka szkoła ekonomiczna, czy myśl polityczna całkowicie odmienna od preferowanej przez "Wyborczą", czy "Krytykę Polityczną". Ofertę fundacji odrzucono mimo iż miała wielu partnerów i to silnych, jak np. TVP "Kulturę".
   - Z tego co czytam w prasie to nasza propozycja działalności kulturalnej była podobna do tej złożonej przez "Krytykę Polityczną". Też chcieliśmy organizować spotkania, prowadzić księgarnię, mieć ambitną scenę muzyczną powrócić do tego, czego słynęła dawna kawiarnia, czyli sprowadzić kabarety. No i oczywiście rozwinąć to co prowadzimy teraz na Nowogrodzkiej 44. Oczywiście wszytko w większym lub mniejszym stopniu skierowane w prawą stronę - mówi nam Krzysztof Bosak, starający się o lokal na Nowym świecie. Nie ma wątpliwości, iż Sierakowski będzie tam promował tylko myśl lewicową, a prawicowi, konserwatywni publicyści będą zapraszani tam w ramach listka figowego, mającego jedynie uwiarygodniać środowisko nowej, komunistycznej lewicy.
   Prywatny właściciel walczy
   Do przejęcia lokalu przez towarzyszy Sierakowskiego może na szczęście jeszcze nie dojść, bowiem sprawą zainteresował się prawowity właściciel - Wojciech Geyer.
   - Wszelkie decyzje o rozstrzygnięciu przetargu zostaną oprotestowane a właściciel będzie dochodził swoich praw wnet po odzyskaniu kamienicy - uprzedzili już pełnomocnicy Geyera. Jeszcze przed podjęciem decyzji przez władze dzielnicy, gdy trwał II etap konkursu prawnik Geyera mec. Robert Nowaczyk wystosował pismo do władz dzielnicy oraz oferentów, a więc i do "Krytyki Politycznej" uprzedzające przed konsekwencjami unieważnienia umowy i narażenia stron przetargu na potencjalne straty w przypadku podjęcia jakichkolwiek prac adaptacyjnych. Wojciech Geyer nie wyklucza bowiem oddania sprawy do sądu, by unieważnić umowę między władzami Warszawy, a "Krytyką Polityczną". Trudno nie odnieść wrażenia, iż władze dzielnicy śródmieście chcą podrzucić kukułcze jajo Geyerowi i umyć ręce. Trudno też oczekiwać po komunizującym środowisku by łatwo oddało przejęty lokal prawowitym właścicielom.
   Tekst ukazał się w tygodniku "Najwyższy Czas!"
   Odebrać lokal i dotacje "Krytyce Politycznej"
   Należy jak najszybciej zorganizować protest oraz dążyć do odebrania lokalu "Krytyce Politycznej". Lokal na Nowym świecie, który od miasta otrzymało to pismo zostało wykorzystane jako baza lewackich bandytów ściągniętych z Niemiec w celu napadania na Polaków podczas ich święta. Tym samym miejsce to jest wykorzystywane niezgodnie z przeznaczeniem. Należy również dążyć do odebrania wszelkich dotacji państwowych "Krytyce Politycznej" gdyż jej działalność okazała się antypolska. Należy rozważyć wszelkie kroki prawne w celu okiełznania tego wywrotowego środowiska.
   Proszę o komentarze oraz o jak najszybsze organizowanie się. Musimy bronić praworządności Za wszelką cenę powstrzymać ludzi którzy zapraszają do Polski elementy chuligańskie. Przypominam, że "Krytyka Polityczna" otrzymała w tym roku 140 tys. złotych dotacji od Ministerstwa Kultury. Czy to z tych pieniędzy sponsorowano bojówki niemieckie? Bo ktoś musiał im opłacić ten wyjazd. W obliczu tak bezczelnych działań lewactwa w Polsce wszyscy Polacy muszą się zjednoczyć. Nie może być pobłażania na tego typu zachowania elementów wywrotowych i to jeszcze najprawdopodobniej za pieniądze podatników.
   Kto sponsoruje ultra-lewaków?
   HGW przekazała w 2009 i 2010 po 100.000 złotych rocznie na działanie redakcji KP. Władze samorządowe przekazały lokal w dzierżawę za symboliczną opłatę 12 zł/m2 miesięcznie - zaniżając ten czynsz średnio 12-krotnie. KP płaci 15.600 zł miesięcznie, a powinna płacić: 187.200. Czyli KP otrzymuje miesięczną dotację od samorządu w wysokości: 171.600, czyli rocznie 2.059.200 złotych. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego za rok 2009 dotacja w wysokości 340.000 złotych. Zachęta - 45.000 złotych. Resort kultury dodatkowo 44.000 złotych za projekt "Patriotyzm jutra" + 14.000 złotych na wydawnictwo "Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego".
   Instytut Teatralny im. Z. Raszewskiego. Od 2009 r. wyłożył 17.000 zł. Państwowy Instytut Sztuki Filmowej w roku 2010 "dał" 80.000 złotych.
   Lewackie bojówki z Niemiec w Warszawie
   Pałki, kominiarki, niemieckie okrzyki. To lewackie bojówki zakłóciły święto Niepodległości w Warszawie. Bili się z polską Policją, a potem uciekli do Kawiarni "Nowy Wspaniały świat" należącej do Krytyki Politycznej.
   To właśnie ci ludzie zaproszeni przez miłujące tęczową miłość i pokój środowisko Sierakowskiego, Biedronia i Szczuki zmusili polskie grupy rekonstrukcyjne (Ułani, Żołnierze Września, Rycerze) do zmiany trasy defilady państwowej. Film nakręcił Kacper Gizbo, szef Nowy Ekran TV.

  Krach finansowej piramidy
   Z Andrzejem Sadowskim, wiceprezydentem Centrum im. Adama Smitha, rozmawia Piotr Falkowski.
   ...Jak ocenić decyzje podejmowane przez Unię Europejską w celu przeciwdziałania rozszerzaniu się kryzysu?
   - Nikt nie wygra z matematyką. Każdy system upadnie, gdy zbankrutuje. Tak stało się też ze Związkiem Sowieckim. Nie obaliła go żadna rewolucja, tylko najzwyczajniej zbankrutował. Rzecz nie w ilości pieniędzy, które zostaną zmobilizowane do tzw. obrony euro, bo one też mają swoje ograniczenie. Równie dobrze można powiedzieć, że PRL w latach 80. mogłaby doskonale funkcjonować, gdyby tylko Zachód dawał kolejne kredyty... Problem nie w nieustannych transferach pieniędzy i pożyczaniu, ale w systemie władzy w Europie, który pozwala na tak daleko idące nieodpowiedzialne zadłużanie, że tworzą się zobowiązania, i to na kilka następnych pokoleń. Jest to ponad miarę możliwości gospodarek. Brzemię ciążące na społeczeństwach jest nie do udźwignięcia. Przypadek Grecji tylko to unaocznił, i stąd panika.
   Tymczasem politycy chwalą się coraz większymi sumami, które "udało" im się wyasygnować na ratowanie euro. - Przecież danie Grecji czy Włochom pieniędzy nie spowoduje, że zredukują się ich zobowiązania narosłe do monstrualnych rozmiarów. Ma to czasami charakter znieczulenia miejscowego, natomiast organizmy tych krajów, nawet nie tyle gospodarcze, ile polityczne, są nadal chore. Politycy nie są w stanie przestać tworzyć spirali zadłużenia. Nawet 2 bln euro nie wystarczą na utrzymanie status quo. Zresztą w to już nikt nie wierzy. Warto zwrócić uwagę na stanowisko niemieckiej CDU, która stwierdziła, że trzeba pozwolić opuszczać strefę euro.
   Sami Niemcy powoli zatem wycofują się z pomysłu jednej waluty. - Przyczyną krachu euro jest przyjęcie za podstawę działania błędnej teorii. Jeszcze za życia Milton Friedman (1912-2006, noblista z 1966 roku) pokazywał, że euro było walutą narzuconą od góry. Nie było elementem oddolnej integracji gospodarczej, ale odgórnej politycznej. Euro mogło swobodnie przekraczać granicę, ale towary już nie zawsze. Część barier gospodarczych została nawet w strefie, która miała wspólną walutę.
   Jaka jest w tym wszystkim rola banków? To przecież one kupowały obligacje, które teraz są nic niewarte. - Banki oczywiści prędzej czy później stracą. Ale w ostatnich latach nie tylko w Europie, ale i w Stanach Zjednoczonych uzyskały daleko idące przywileje, a były jednocześnie zachęcane przez rządy do pożyczania im poprzez papiery dłużne. To był taki system wzajemnie się wspierających dwóch stron, który działał dobrze, dopóki ktoś nie powiedział: "sprawdzam". Wtedy się okazało, że to była zwykła finansowa piramida.
   W Polsce poparcie rządzących dla przyjęcia euro nie spada. Co więcej, pojawiły się głosy, że należy ową akcesję jeszcze przyspieszyć. - Oznaczałoby to przyjęcie na siebie narastających zobowiązań. Tak się stało ze Słowacją, niedawno skłonioną do przyjęcia euro. Teraz biedniejsi niż Grecy Słowacy muszą finansować ich o wiele wyższe emerytury. Dlaczego mamy popełniać ten sam błąd i zacząć finansować wyższy poziom życia Włochów czy jeszcze innych?
   Dziękuję za rozmowę

Dominika Nagel i Anna Tarczyńska w "FiM": to ksywy mordercy bł. ks. Jerzego - Grzegorza Piotrowskiego - artykuł w Rzeczpospolitej

   O skandalicznym zachowaniu członka niemieckiej Antify - mówi portalowi Fronda.pl Jacek Nieszczerzewicz uczestnik defilady historycznej w rozmowie z Jarosławem Wróblewskim.
Jako członek grupy rekonstrukcyjnej zostałeś wczoraj zaatakowany na Nowym świecie. Jak do tego doszło?
   - To miało miejsce na wysokości ulic Ordynackiej i Wareckiej. Byłem razem z kolegami ze Studenckiego Koła Historycznego Wojskowej Akademii Technicznej. Nie jestem jej członkiem, ale współpracujemy ze sobą. Szliśmy w mundurach z okresu napoleońskiego z lat 1830-31 (poprawię autora, nie zokresu napoleońskiego a z okresu Powstania Listopadowego - admin) na miejsce koncentracji grup defilady historycznej przy kościele Wizytek na Krakowskim Przedmieściu. Szliśmy od Muzeum Wojska Polskiego. Byliśmy w zwartej grupie, a ja jako sierżant Legii Nadwiślańskiej (kolejny błąd autora - Legia Nadwiśańska istniała w latach 1808 - 1813, więc nie wiadomo w końcu jakie mundury mieli uczestnicy grupy rekonstrukcyjnej. Mieszane? - admin) trochę na przedzie, aby w razie czego zwrócić uwagę na przejeżdżający samochód. W pewnym momencie zobaczyłem, że dzieje się jakieś zamieszanie.
   Co się działo?
   - Byli młodzi ludzie ubrani na czarno zamaskowani w kapturach, w kominiarkach. Widziałem jak wyjechał z Ordynackiej nieoznakowany radiowóz. Policjanci jednego z nich skuli kajdankami. Reszta zamaskowanych jednak stanęła przy Wareckiej i obserwowała nasz przemarsz. To byli Niemcy, zaczęli nas komentować w języku niemieckim. Byli dobrze zorganizowani, mieli też wśród siebie gościa z megafonem, on wydawał polecenia po polsku, inny tłumaczył na niemiecki. Niemcy wyzywali nas, pracowałem w niemieckich firmach i znam brzydkie niemieckie słowa. Gdy przechodziłem obok nich, to jeden z nich splunął mi na mundur.
   Jak zareagowałeś?
   - Zagotowało się we mnie. Kiedy on splunął, to ja odpowiedziałem mu tym samym czyli naplułem na niego. Zatrzymałem się i próbowaliśmy rozmawiać. Chciałem mu powiedzieć, żeby się odczepił, on nie chciał i doszło między nami do szamotaniny. On się zamachnął na mnie, ja broniłem się kolbą karabinu. Próbował mi go wyrwać. Zaczęliśmy się bardziej szamotać. Przyjechała policja i rozdzieliła nas. Nasze chłopaki przestali maszerować i ruszyli za mną. Zamaskowani Niemcy jednak się nie ruszyli w obronie swojego kolegi. Rozdzieliła nas policja. Dobrze, że szybko zareagowała. Gdyby nie ona mogło by być gorąco. Nie jestem z tych co da się bić jakiemuś niemieckiemu gówniarzowi.
   Ilu było was, a ilu Niemców?
   - Nas było ok. 30 ich dużo więcej. Naszą przewagą byłyby jednak długie historyczne karabiny.
   Co mówił do ciebie ten Niemiec?
   - Wyzywał mnie od faszystów, mówił, że mam faszystowski uniform. To był mundur z okresu Powstania Listopadowego. On zaczął później krzyczeć do policjanta, że to ja go zaatakowałem. Powiedziałem policjantowi, że to on napluł na polski, żołnierski mundur. Policjant kazał nam iść. Poszliśmy więc dalej Traktem Królewskim.
   Od lat bierzesz udział w rekonstrukcji historycznej, 11 listopada defilada nie udała się. - 11 listopada to jest moje święto i nie chcę, żeby ktokolwiek mnie tak obrażał. To, że zatrzymano defiladę historyczną, bo Niemcy zabarykadowali się w knajpie Krytyki Politycznej, to jest coś nie do pomyślenia.
   W takie święto nie mogli przejść Traktem Królewskim do Muzeum Wojska Polskiego w rekonstruktorzy, odtwarzający m.in. żołnierzy z 1920 r., ułanów, żołnierzy kampanii wrześniowej, Powstania Wielkopolskiego, Powstania Warszawskiego, Berlingowców, spadochroniarzy gen. Sosabowskiego czy żołnierzy niepodległościowego podziemia. Trasy nie przejechały specjalnie przygotowane pojazdy historyczne...
   - I jak można było do tego dopuścić? W największe narodowe święto blokuje się defiladę polskiej Niepodległości? Jak zmieniliśmy trasę na boczne ulice, to czułem się jakby ktoś napluł mi w twarz. Dlaczego policjanci nie potrafi sobie poradzić z bandą gówniarzy zamkniętą w knajpie? Niemcy w taki sposób zablokowali defiladę bardzo wielu świętującym ludziom, całym rodzinom, które przyszły z dziećmi oglądać ten przemarsz. W tak głupi sposób zabrano nam radość z tego wspaniałego święta.

  Sprawozdanie człowieka, który dopełnił Patriotycznej powinności
   Witam wszystkich.
   (...) Do Warszawy przyjechałem w czwartek przed południem aby pomóc kolegom z Telewizji Narodowej przy przygotowaniach do uroczystości pod pomnikiem Dmowskiego.
   W czwartek rozstawiliśmy namiot telewizji przy pomniku Dmowskiego i za zgodą policji rozpaliliśmy polowy piec aby się ogrzać. Bardzo przykre jest to, że władze miasta nawet nie postawiły flagi przy pomniku, tylko my musieliśmy oddać hołd Dmowskiemu. Z drugiej strony pomnik Piłsudskiego (bohatera masonerii) miał wieńce, wielkie flagi i zapewnioną ochronę 24/7. Lecz obsrały go ptaki:) W tym momencie trzeba pochwalić dzielnych kibiców z Legii Warszawa, którzy wiedzieli że lewactwo zamierza oblać pomnik Dmowskiego farbami, lub fekaliami jak co roku i czekali na tych bandytów w prywatnych samochodach w środę przed południem.
   I rzeczywiście doczekali się, bo w godzinach 10-11 w środę przyszło 100 lewaków aby sprofanować pomnik i w tym momencie rozdzwoniły się telefony wśród "Legionistów"... Nasi dzielni kibice zareagowali natychmiast i podbiegając pod pomnik obronili go własną piersią przed podpaleniem. Po prostu grzecznie wytupali czerwoną hołotę z placu:
   "raz sierpem, raz młotem w czerwoną hołotę"
   W nocy z czwartku na piątek również przychodziły grupki 2 osobowe kryptolewaków aby nas skompromitować. Jedni wypytywali się o trasę marszu a inni przynieśli nawet wódkę, chipsy, colę i nagrywając kamerkami próbowali nas poczęstować tymi "darami" Lecz policja i my mieliśmy oczy dookoła głowy i nie daliśmy się wciągnąć w żadne prowokacyjne gierki chuliganów z lewackich środowisk. W piątek postawiliśmy 11 metrowy bambusowy krzyż i potem część z nas poszła na Marsz a reszta została przy pomniku, aby czekać na uroczystości.
   A teraz wam opowiem jak to było na tym Marszu:
   Do Narodowców na Placu Konstytucji dołączyliśmy na krótko przed 15:00. Organizatorzy rozdawali ludziom naklejki z symbolem Polski Walczącej aby było łatwiej wyłapać bandytów z Antify, którzy przyczaili się wśród naszych szeregów również.
   O godzinie 14:45 rozległy się potężne wystrzały petard rzucanych w stronę Narodowców i to był "ukryty" znak Antify do ataku na Patriotów z flagami Polskimi. Należy tutaj podkreślić, że Antifa zachowała się w sposób bezczelny gdyż wielu z tych Niemców miało również Polskie flagi i dzięki tak skutecznie zaplanowanej prowokacji ze strony lewactwa mogli medialnie udawać Polaków. A media miały z tego pożywkę i pokazywali "kiboli" walczących z policją... i to jest kłamsTVo ponieważ to właśnie część bandytów z lewackich środowisk i ich koledzy z Niemiec przybrali maskę polskości i weszli w nasze szeregi z Polskimi flagami i potem zaczęli zamieszki na Placu Konstytucji. To właśnie kibice bronili weteranów Armi Krajowej, żołnierzy NSZ i innych kombatantów wojennych przed agresywną czerwoną hołotą importowaną zza granicy.
   Mam tutaj ogromne pretensje do policji, ponieważ zachowała się w sposób absurdalny. Dowództwo policji czekało dobre 20 minut na rozwój wydarzeń i pozwolono aby Niemiecki bandytyzm szalał na placu. Gdyby zareagowali wcześniej to media by nie kłamały, że "Marsz zdelegalizowano". Ale widocznie lewactwo kontroluje wszystko w naszym państwie i specjalnie czekano na to aż zaczną latać płyty chodnikowe bo wtedy można było zacząć medialny antypolski spektakl i rzucać oszczercze hasła o:
   - "agresywnych kibicach", "kibolach" itd.
   Organizatorzy Marszu zachowali się w sposób bardzo dobry i ogłoszono, że wycofujemy się z Placu i nie chcemy mieć nic wspólnego z tymi środowiskami lewackimi, które na zamówienie mediów udawały "kibiców", Narodowców", "Nacjonalistów", bo przecież część z nich przyszła z Polskimi flagami aby potem nas tymi kijami bić po głowach.
   Na placu w ostateczności zostały środowiska lewackie i to właśnie ta czerwona hołota, która wyznaje ideologię reżimu komunistycznego a w szczególności zbrodniczego maoizmu, trockizmu i tradycji lewackiego terroru lat 70 prowadziła regularną bitwę z policją A my spokojnie razem z rodzinami i dziećmi szliśmy pod Pomnik Dmowskiego w asyście kibiców i kolegów z Legii Warszawa, którzy ochraniali nas ze wszystkich stron przed latającymi po całym mieście bandytami z kijami.
   Marsz trwał chyba ponad 2 godziny i jak już dochodziliśmy do naszego miejsca przeznaczenia to z daleka można było zobaczyć dużą grupkę lewaków, którzy podpalali samochód TVNu. I tutaj znowu mam ogromne pretensje do policji, która dawała pożywkę antypolskim mediom, gdyż niedopilnowano porządku przy pomniku Dmowskiego i pozwolono aby lewacja zaatakowała dziennikarzy, którzy potem napisali, że to Prawica i "faszystowscy Narodowcy" zniszczyli im samochód. KłamsTVo, kłamsTVo i jeszcze raz kłamsTVo. Z tego co się dowiedziałem od kibiców to właśnie oni po tym jak lewacja podpaliła samochód ustawili się w rzędzie i dzielnie obronili pomnik Dmowskiego i dziennikarzy TVNu. Lewaki oczywiście szybko uciekli bo było słychać syreny policyjne i nagle wybiegła policja w pełnym uzbrojeniu i okrążyła patriotów. Nakazano rozejść się na podstawie tego, że "ktoś" powiedział policji, że "Marsz zdelegalizowano", co oczywiście było klamstwem medialnym.
   Policja zmusiła nas do tego byśmy się rozeszli i rzeczywiście większość Narodowców uciekła spod Pomnika Dmowskiego i udali się w dalszy Marsz po ulicach Warszawy a część wyjechała do domów.
   Jest to skandal, ponieważ jak się potem okazało Marszu Niepodległości wcale nie "zdelegalizowano" i policja nie miała prawa wymuszać na nas rozejścia się, tym bardziej, że na zgromadzenie pod pomnikiem Dmowskiego mieliśmy pozwolenie do godziny 22:00.
   Organizatorzy zgromadzenia pod Pomnikiem Dmowskiego z Telewizji Narodowej próbowali przemówić do rozumu policjantom i w końcu się udało, lecz po interwencji policji duża część Narodowców uciekła w strachu do domu, bo przecież przyjechały armatki wodne i policja chciała spacyfikować 90 letnich kombatantow wojennych i wielu innych zasłużonych w bojach Patriotów.
   Pod pomnikiem Dmowskiego do późnych godzin wieczornych odbywały się uroczystości i nawet przyjechał pieczony świniak i każdy mógł dostać gorącą herbatkę, mięsko, lub kawę. Ja nie załapałem się na świniaka bo byłem tak zmęczony po całonocnym czwartkowym czuwaniu przy pomniku, że pojechałem prosto do domu.
   na Marszu było 20 tysięcy Narodowców z całej Polski i nie było żadnych rasistowskich haseł, lub transparentów, lecz takie coś:
   - "Raz sierpem, raz młotem w czerwoną hołotę" - "precz z czerwoną demokracją"
   - "duma, duma, narodowa duma"
   - "nie oddamy wam Śląska"
   i wiele innych Patriotyczych haseł w połączeniu z pieśniami Narodowymi i hymnem Polski.
   Jest to relacja uczestnika tych wydarzeń i nie zaglądałem do mediów po informacje, lecz słyszałem, że policja również w bezczelny sposób rozbiła Marsz i podzieliła na kilka części nie pozwalając tym w tyle dojść pod pomnik Dmowskiego. Nie wiem czy to prawda, ale chyba tak bo znacznie mniej osób doszło z tych 20 tysięcy.
   Ja szedłem bardziej z przodu i ciężko ocenić co działo się w tyle. Jeżeli policja rozbiła Marsz na kilka częśći to znaczy, że zrobiła to bezprawnie bo Marszu w ogóle nie "zdelegalizowano". Marsz był przez cały czas legalny i kto odpowie za to kłamsTVo???

Stało się. Bandy niemieckich lewackich agresorów, zaproszonych przez genetycznych wrogów Polski, napadły na spokojnych Polaków!
Wstrząsająca relacja świadka: "Nagle wypadło pięciu zamaskowanych z pałami. Mówili po niemiecku. Zaczęli bić"
Według relacji dziennikarzy w sumie grupa około 100 osób, wśród nich członkowie organizacji lewicowych zaatakowała policjantów na rogu ul. Nowy świat i ul. świętokrzyskiej w Warszawie, a następnie zabarykadowała się w kawiarni "Nowy Wspaniały świat", którą dostała od miasta skrajnie lewicowa, neoleninowska "Krytyka Polityczna". W akcji wzięły udział bandy radykałów z Niemiec. Sytuacja została przez policję opanowana. Osoby, które zaatakowały policjantów, zostały wylegitymowane i przewiezione na komisariaty.

Biją nawet przypadkowych przechodniów
  Marsz Niepodległości, Warszawa 11.11.2011 - atakujący mężczyzna pracownikiem Policji?
Każdy funkcjonariusz który pełni obowiązki na rzecz bezpieczeństwa musi działać w ramach prawa. W nawiązaniu do filmu zamieszczonego na łamach Nowego Ekranu zostało wszczęte postepowanie wyjaśniające, funkcjonariuszowi grożą konsekwencje dyscyplinarne lub karne tak mówi Maciej Karczyński z Komendy Stołecznej Policji i dodaje: każdy funkcjonariusz który pełni obowiązki na rzecz bezpieczeństwa musi działać w ramach prawa.

Według naszych relacji radykałowie lewicowi zachowywali się niezwykle agresywnie, atakując członków grup rekonstrukcyjnych, bijąc przypadkowych ludzi. Informacje o tym spowodowały wzrost napięcia.

05.11.2011r.    Blu....jn i spółka ściągają niemieckich zadymiarzy do Warszawy. Niemieckie bojówki szykują rozróbę w Polsce. Zrobią zadymę. Mają rozbić Marsz Niepodległości. "By powstrzymać marsz faszystów", na ulicach Berlina i Wiednia wiszą plakaty wzywające do blokady Marszu Niepodległości.
    NIEMIEC PRZYJEDZIE PLUĆ NAM W TWARZ!
   Znani z zamieszek działacze niemieckich ultralewicowych i anarchistycznych organizacji skrzykują się w internecie na wyjazd do Warszawy, by zablokować prawicową manifestację 11 listopada - informuje "Rzeczpospolita".
   Niemieccy anarchiści i lewacy cieszą się złą sławą, bo często uczestniczą w ulicznych rozruchach. W lutym ponad 3 tys. zjechało do Drezna, by zablokować marsz neonazistów. Jednak obrzucili policjantów kamieniami i butelkami, demolowali sklepy i samochody. 82 funkcjonariuszy zostało rannych. W zeszłym roku sprowokowali z kolei walki z policją w Berlinie i Hamburgu - pobili blisko 100 funkcjonariuszy.
   Czy i jak policja przygotowuje do ewentualnego najazdu niemieckich lewaków - "Rzeczpospolita" nie dostała odpowiedzi do zamknięcia wydania gazety. ABW zapewnia, że sprawą się interesuje, bo to leży w jej obowiązkach. Ale "ze względu na ograniczenia natury prawnej" - jak mówi płk Katarzyna Koniecpolska-Wróblewska - nie może zdradzić szczegółów.
   11 listopada ulicami stolicy ma przejść marsz organizowany przez środowiska narodowe i konserwatywne, m.in. Młodzież Wszechpolską i Obóz Narodowo-Radykalny. W komitecie poparcia znaleźli się m.in. historyk prof. Jan Żaryn, publicysta Jan Pospieszalski, twórca GROM gen. Sławomir Petelicki, bp Antoni Dydycz i muzyk Paweł Kukiz.
   Marsz Niepodległości ma też przeciwników. Organizacje ultralewicowe i anarchistyczne skupione w Porozumieniu 11 Listopada przekonują, że ulicami stolicy przejdą faszyści. - Planujemy mobilizację na trasie faszystowskiego pochodu. Chcemy go fizycznie zablokować - zapowiadają w internecie.
   http://wiadomosci.onet.pl/
   W normalnym kraju taka obca swołocz zostałaby skopana i przepędzona przez mieszkańców zanim zjęłaby się nimi policja. Ale III RP już od dawna nie jest normalnym krajem i każda obca czy napływowa szumowina może nasrać Polakom do talerza i spotka się co najwyżej ze sloganami o "tolerancji" i multikulturowości. Ale czy można wymagać czegoś więcej od ogłupionego przez telewizornie "polactfa"? A gdy się jakaś jednostka odważy zwrócić uwagę na ten problem, może zostać oskarżona o działania faszystowskie i rasistowskie ścigane przez tzw. "prawo" z urzędu co zwykle kończy się poważną grzywną a nawet więzieniem, co miało już miejsce kilkakrotnie. Przy okazji będzie się można przyjrzeć jacy to niektórzy z nich Niemcy, gdy na facjatach zobaczymy azjatyckie cechy ich mongolskich czy chazarskich dziadków z Armii Radzieckiej, którzy pohulali sobie z ich babkami w 1945 i później.
  Prawdopodobnie policja będzie chronić właśnie tych lewicowych zboczeńców i anarchistów wspomaganych przez miejscowych dewiantów od Palikota, Platformy i SLD, oraz jak rok temu zydów, którzy rozdawali gwizdki aby lewactwo i pedalstwo mogło gwizdać na Polaków obchodzących swoje narodowe święto.
  Pytanie kto to inspiruje i finansuje jest z gatunku mocno niepoprawnych politycznie, antyniemieckich i antysemickich i przez to nie należy go zadawać. Inne pytanie co na to "Kibole" może być uznane za prowokujące do zamieszek i też nie należy go zadawać. (admin)

Za to zamordowali tzw. "dyktatora" Muammara Kadafiego. Zamiast tego będą mieli "demokrację" a obywatele wkrótce będą wspominać jak to cierpieli przez dziesiątki lat i borykali się z następującymi problemami:
1. Brak rachunków za prąd; elektryczność była darmowa dla wszystkich obywateli.
2. Brak oprocentowania pożyczek; banki w Libii są państwowe, a zero procentowe pożyczki są prawnie zagwarantowane dla wszystkich.
3. Posiadanie mieszkania jest w Libii uważane za prawo człowieka.
4. Wszyscy nowożeńcy w Libii otrzymywali 60000 dinarów (50000 dolarów amerykańskich) rządowego wsparcia na zakup mieszkania.
5. Edukacja i opieka zdrowotna są bezpłatne. Przed rządami Kadafiego tylko 25 % Libijczyków umiało czytać i pisać. Dziś wskaźnik alfabetyzmu wynosi 83%.
6. Jeśli Libijczycy chcą zostać rolnikami - otrzymują ziemię, budynki gospodarcze, sprzęt, nasiona, żywy inwentarz za darmo.
7. Jeśli Libijczyk nie może znaleźć wsparcia edukacyjnego i medycznego, którego potrzebuje - rząd funduje mu wyjazd zagraniczny i stypendium w wysokości 2300 dolarów amerykańskich na miesiąc w celu zaakomodowania się i na wynajęcie samochodu.
8. Gdy Libijczyk kupuje samochód to rząd dopłaca mu połowę ceny auta.
9. Cena benzyny w Libii wynosi 14 centów amerykańskich za jeden litr.
10. Libia nie ma zagranicznych długów, a jej rezerwy dochodzące do 150 miliardów dolarów amerykańskich zostały zamrożone.
11. Jeśli Libijczyk absolwent nie może znaleźć zatrudnienia po skończeniu edukacji w wyuczonym zawodzie, to jeśli znajdzie inną pracę, państwo będzie płacić mu średnią pensję w wyuczonej profesji dopóki nie znajdzie pracy w swoim zawodzie.
12. Każda porcja sprzedanej benzyny jest bezpośrednio dotowana na konta bankowe Libijczyków.
13. Becikowe wynosi 5000 dolarów amerykańskich.
14. Czterdzieści bochenków chleba kosztuje w Libii 15 centów amerykańskich.
15. Jedna czwarta Libijczyków posiada uniwersyteckie wykształcenie.
16. Kadafi zorganizował największy na świecie projekt irygacji - Great Manmade River (Wielka Ludzką Ręką Uczynioną Rzekę) - w celu zapewnienia dostaw wody pustynnemu krajowi.
Dołączą do takich przodujących demokracji jak IIIRP i będą mieli podobne luksusy, o czym jest artykuł obok (pod Firefox'em poniżej).

Ponad 2 mln Polaków, w tym 600 tys. dzieci, żyje w skrajnym ubóstwie. Nie starcza im nawet na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Komputery, telefony, a nawet telewizory to dla nich luksus, na który nie mogą sobie pozwolić. Żyją z dnia na dzień, czasem nie mając co do garnka włożyć.
  Mimo że prowadzone każdego roku przez GUS badania na temat ubóstwa w Polsce, wykazują nieznaczną poprawę, bieda w Polsce jest nadal ogromnym problemem. Aż 17% Polaków zagrożonych jest ubóstwem - wynika z najnowszego raportu GUS. Ponad 5% obywateli żyje za mniej niż wynosi tzw. minimum egzystencji, co oznacza, że nie wystarcza im na zaspokojenie podstawowych potrzeb.
  W 2010 roku Instytut Pracy i Spraw Socjalnych ustalił, że dla gospodarstwa jednoosobowego powinno to być 466 zł, a dla rodziny czteroosobowej - 1257 zł. Ubóstwem zagrożone są przede wszystkim osoby bezrobotne oraz ich rodziny. W 2010 roku w gospodarstwach, w których co najmniej jedna osoba była bezrobotna, poniżej ustawowej granicy ubóstwa (477 zł dla jednoosobowego gospodarstwa i 1404 zł dla czteroosobowej rodziny) żyło aż 16% osób. W bardzo trudnej sytuacji ekonomicznej są, według badań GUS, również osoby utrzymujące się jedynie ze świadczeń społecznych innych niż emerytury i renty (stopa ubóstwa ustawowego - 36%, skrajnego - 30%) oraz rolnicy (ok. 12% osób poniżej tzw. ustawowej granicy ubóstwa i ok. 9% osób żyjących poniżej minimum egzystencji). Ubóstwo najczęściej dotyka także osoby z niskim wykształceniem, rodziny wielodzietne, rodziny z osobami niepełnosprawnymi. Nadal wskaźnik zagrożenia ubóstwem na wsi jest znacznie wyższy niż w miastach. Niech się inni męczą.
  Ubóstwem najbardziej zagrożone są rodziny, których członkowie pozostają bez pracy. Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy w końcu sierpnia 2011 r. wyniosła 1 mln 855 tys. osób. Z badania Diagnoza Społeczna 2009 "Warunki i jakość życia Polaków" wynika, że wśród bezrobotnych zarejestrowanych sporą grupę stanowią osoby pozornie bezrobotne, czyli takie, które nie są zainteresowane pracą lub pracują na czarno. Wśród tych pierwszych najwięcej jest kobiet, które za główną przyczynę nieposzukiwania pracy podają opiekę nad dziećmi oraz inne obowiązki domowe np. opieka nad niepełnosprawnymi lub starszymi członkami rodziny. Mężczyźni pracy nie poszukują głównie dlatego, że stracili wiarę w jej znalezienie lub mają kłopoty zdrowotne.
  Spora grupa mężczyzn nie chce stracić otrzymywanych świadczeń społecznych lub po prostu pracy nie poszukuje z powodu lenistwa. Do tych ostatnich należy Wojtek, 27-letni mieszkaniec jednej z wielkopolskich wsi. Po ukończeniu zawodówki nie podjął żadnej pracy zarobkowej, nawet na czarno. I chociaż ofert nie brakowało, Wojtek nie spędził w pracy ani jednego dnia. - Nie będę pracował za śmieszne pieniądze, tyrał cały dzień na budowie albo w jakiejś fabryce - twierdzi. Nikt nie zarzucałby mu lenistwa, gdyby nie fakt, że na utrzymaniu ma żonę i dwójkę dzieci. Trzecie jest w drodze. - Sama podjęłabym pracę, gdyby nie ciąża. Wojtek postawił sprawę jasno, do pracy nie pójdzie, bo mu się nie chce pracować. Żyjemy tylko z zasiłków - mówi Katarzyna, 24-letnia żona Wojtka. - Moi rodzice nam nie pomogą, Wojtka też nie, sami ledwo wiążą koniec z końcem. Ja szkoły nie skończyłam, bo w wieku 17 lat zaszłam w ciążę. Dwa lata później pobraliśmy się. Wojtek obiecywał, że znajdzie pracę, ale na obietnicach się kończyło. Ja trochę dorabiałam jako fryzjerka, strzygłam ludzi w domach, ale nie mam ani wykształcenia, ani praktyki, by pójść do jakiegoś zakładu, poza tym dziecko jest już w drodze... Gdyby nie sąsiedzi i pomoc w szkole, dzieci nie miałyby nawet co zjeść - żali się Kasia. Sąsiedzi dają dzieciom zabawki, ubrania, pomagają jak mogą, czasem kupią coś do jedzenia. Najstarsze może liczyć na obiady w szkole. - Najgorsze jest to, że Wojtek coraz częściej sięga po alkohol, a nam nie starcza nawet na jedzenie. Sama nie wiem już co robić. Zaczynam myśleć o rozwodzie, bo będę mogła przynajmniej ubiegać się o alimenty. Wszyscy mi to doradzają, mówią, że przyszłości z takim mężem mieć nie będę - smuci się Katarzyna. [Z drugiej strony trudno się dziwić ludziom, że za śmieszne pieniądze pracować nie chcą - admin]
  Nawet na czynsz nie starcza
  W odmiennej sytuacji jest rodzina z niewielkiej podkarpackiej wsi. Janusz, ojciec dwójki dzieci, sam utrzymuje rodzinę. Z zawodu jest budowlańcem, ale na stałą pracę nie ma co liczyć. - Dorabiam na budowach, ale tylko w sezonie. Na jesieni, zimą, nikt już nie poszukuje pracowników, bo nie ma roboty. Cały czas rozglądam się za czymś, chociaż na krótki czas, ale w naszej wsi pracowników nikt nie szuka - mówi. Im dłużej Janusz pozostaje bez pracy, tym gorsza jest sytuacja rodziny. - Jestem jedynym żywicielem rodziny, żona jest po mastektomii, bierze chemię, więc do pracy pójść nie może. Sam zajmuję się właściwie teraz domem i opiekuję dziećmi. Bywa bardzo ciężko, nie wiem, jak to teraz będzie. Idzie zima, nie wiem, czym będziemy ogrzewać dom, przecież to ruina, już teraz da się odczuć zimno. A ja już nie mam pomysłu, co robić. Dostajemy zasiłki, ale to są grosze! Zapożyczyłem się, gdzie mogłem, by ratować życie żony, a teraz nie dość, że nie mam z czego oddać, to nie mam nawet na życie. Ile ja bym dał za stałą pracę - dodaje ze łzami w oczach. Nadzieją dla Janusza jest zamieszkanie w Jaśle, najbliższym większym mieście, do którego ma ok. 30 km. Tam miałby większą szansę na znalezienie pracy. Niestety, zacząć żyć w nowym miejscu jest bardzo trudno. - Dzieci chodzą tutaj do szkoły, tutaj mamy też dom. W grę wchodzą jedynie dojazdy, bo na utrzymanie mieszkania w Jaśle nie byłoby mnie stać. Jak żona doszłaby do siebie i byłaby w stanie zająć się dziećmi, mógłbym spróbować, ale na to wszystko potrzeba czasu, a my go nie mamy. Przecież nie powiem dzieciom, że dopóki mama nie dojdzie do siebie, nie będziemy mieli co jeść... Żyć przecież musimy - mówi z żalem.
  Byle nie kazali iść do szkoły
  Niezależnie od przyczyny ubóstwa, najwięcej na sytuacji ekonomicznej rodziców cierpią dzieci. - Sytuacja materialna, w jakiej żyje dziecko i jego rodzina, ma wpływ na bardzo wiele aspektów jego życia. Bieda nie oznacza bowiem tylko niemożliwości zaspokajania potrzeb materialnych dziecka związanych z wyżywieniem, ubraniem, etc. Wpływa również na edukację dziecka, zdrowie, szeroko rozumiane możliwości rozwoju. Dzieci żyjące w ubóstwie nie mają możliwości uczestniczenia w płatnych zajęciach dodatkowych, które mają na celu rozwijanie ich zainteresowań, nie mają odpowiednich pomocy naukowych, nie mogą poprosić swoich rodziców o pieniądzena kino, teatr czy też książkę - informuje Ewa Falkowska z UNICEF Polska.
  Różnice między dziećmi najbardziej uwidaczniają się w szkole. O nowych trampkach, plecakach, piórnikach czy przyborach szkolnych dzieci z najuboższych rodzin mogą jedynie pomarzyć. Dostają rzeczy albo po starszym rodzeństwie, albo muszą zadowolić się tym, co zostało im z poprzedniego roku szkolnego. Mimo że to nie od nich zależy, w jakiej sytuacji ekonomicznej się znalazły ich rodziny, to im najtrudniej jest unieść ten ciężar. Dyskryminacja, z jaką spotykają się w szkołach, ma ogromny wpływ na ich późniejsze życie. Coraz częściej nietolerancja spotyka ich tak ze strony rówieśników, jak i nauczycieli.- Dzieci biedne postrzegane są przez rówieśników jako gorsze, głupsze, często pomijane są w różnych zabawach, spotkaniach jako te niepasujące do otoczenia. Często sami rodzice dzieci lepiej sytuowanych zabraniają swoim pociechom kontaktów z tymi biedniejszymi, tak pogłębiają się różnice klasowe, biorąc pod uwagę podział ze względu na zamożność społeczeństwa - uważa psycholog Monika Dreger.
  Ten problem doskonale zna pani Jadwiga, która swoją córkę przeniosła już do drugiej łódzkiej podstawówki. - Widziałam, że coś jest nie tak - mówi z płaczem. - Emilka stanowczo odmawiała pójścia do szkoły, a to bolał ją brzuch, a to głowa, mówiła, że ma gorączkę albo że lekcje są odwołane z powodu konferencji. Zaniepokoiło mnie to i poszłam do szkoły. Tam okazało się, że moje dziecko prawie w ogóle do niej nie chodzi. Wychowawczyni powiedziała, że Emilka nie ma żadnych koleżanek i że trudno złapać jej kontakt z rówieśnikami. Spytałam dlaczego. A ona na to, że jest biedna i odstaje - mówi pani Jadwiga. - Porozmawiałam z córką. Okazało się, że była bita, popychana, odtrącana, mówiono jej, że śmierdzi, nie myje się, że mieszka na najbiedniejszym osiedlu. Nie mogła liczyć nawet na pomocy wychowawcy, który wiele razy widział, jak dzieci się nad nią znęcały i nie zrobił zupełnie nic. Jak miałam jej wytłumaczyć zachowanie innych? Nie wiem... Ledwo wiążę koniec z końcem, jestem samotną matką z trójką dzieci. Ale dbam o nie, ubrania kupuję w taniej odzieży, na inne mnie nie stać, ale jakoś sobie radzimy, mamy co jeść, kochamy się, to najważniejsze. Emilkę od września posłałam do innej podstawówki. Prosiłam o pomoc wychowawcę i pedagoga. Mam nadzieję, że nie zostanie i tam skrzywdzona - dodaje.
  Chociaż jeden ciepły posiłek
  Jest jednak grupa dzieci, która do szkoły chodzi bardzo chętnie. I nie chodzi tutaj bynajmniej o atmosferę panującą w szkole, o otwartych i troskliwych pedagogów, ale o jedzenie. W szkole mogą liczyć na ciepły posiłek, o którym w domu mogą tylko pomarzyć. Z rządowego programu "Pomoc państwa w zakresie dożywiania" korzysta coraz więcej dzieci. W samej Bydgoszczy, według danych na koniec trzeciego kwartału 2011r., liczba dzieci korzystających z pomocy w formie posiłku wyniosła 2 674 uczniów w szkołach i 453 dzieci w żłobkach i przedszkolach. W Gdańsku w okresie od stycznia do września 2011 r. programem objęto ogółem 8 859 osób, w tym 1568 uczniów do czasu ukończenia szkoły gimnazjalnej oraz 398 dzieci do lat 7. W większości szkół dzieci otrzymują dwudaniowe obiady, w niektórych, np. w Białymstoku, mogą liczyć na obiad składający z trzech dań: zupy, drugiego dania i deseru.
  Pan Janusz otwarcie przyznaje, że gdyby nie szkoła, jego dzieci chodziłyby cały dzień głodne. - Na chleb starcza, ale czasem nie ma co do niego włożyć. Ja bez obiadu wytrzymam, jem, co jest, ale dzieci rosną, potrzebują zjeść coś konkretnego. W szkole dostają dwa ciepłe posiłki. To dla nas naprawdę wiele. Żona, póki jest w szpitalu, też może liczyć na obiady. Ale jak wróci, to nie wiem... Sąsiadki obiecują trochę pomóc, ale tutaj każdy ma ciężko - mówi. Ubogim dzieciom pomagają także ludzie dobrej woli. - W każdym mieście, w każdej wsi mieszkają i bogaci, i biedni. Pociesza fakt, że ci pierwsi dostrzegają problemy tych drugich i wyciągają do nich rękę. Anonimowo, by nie urazić ich uczuć, przynoszą do nas zabawki, ubrania, proszą o przekazanie ich konkretnym osobom. To bardzo budujące - uważa pani Ludmiła, pracownica jednego z Miejskich Ośrodków Pomocy.
  http://biznes.onet.pl/



  

Gaz łupkowy, mity i fakty. Zasoby gazu znane są od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku a rządzący nami z woli wyborców złodzieje obdarowali nim tzw. "międzynarodowych" inwestorów, "przypadkowo" pochodzących z najbardziej prześladowanego i biednego narodu.

    Jeszcze raz o zbójeckim podatku katastralnym
Zapowiedzi wprowadzenia podatku katastralnego wywołały powszechne oburzenie. Ten podatek może zmieść z powierzchni ziemi małe gospodarstwa i założyć pętlę na szyję mieszkańcom miast. Warto się przyjrzeć, co nam po cichu szykują politycy.
   Politycy cichaczem szykują nam nową niespodziankę rodem z bajki o dobrym zbójniku. W imię społecznej sprawiedliwości w wydaniu janosikowym każdy, kto posiada jakąkolwiek nieruchomość zostanie zobowiązany do płacenia haraczu z racji samego posiadania. Bogatych przecież trzeba łupić, każde dziecko to wie. A każdy kto posiada jakąś nieruchomość jest przecież bogaty, prawda? A jak jest bogaty to zadaniem państwa jest skorzystać z tego faktu i zabrać część pieniędzy na rzecz ubogich. Przecież mamy zasadę solidaryzmu społecznego i państwa opiekuńczego. Państwo więc tylko wykonuje swoje obowiązki... Problem zaczyna się w momencie, kiedy zrabowanymi dobrami trzeba wspomóc ubogich, jednak i na to sposób się znajdzie: państwo jest biedne, zatem wspomaga samo siebie. I wszystko gra, dokładnie tak jak w bajce.
   Czym jest podatek katastralny? Najprościej rzecz ujmując jest to podatek naliczany od wartości nieruchomości. Innymi słowy szczęśliwy posiadacz kawalerki na obrzeżach miasta, której wartość szacuje się na sto tysięcy złotych będzie musiał oddać rocznie państwu (przy jednoprocentowej stawce podatku) tysiąc złotych. Niby niewiele, suma nie jest zabójcza, do przełknięcia dla większości Polaków, których zarobki oscylują wokół średniej krajowej. Ale jest to tylko pozór "bezproblemowości" rozwiewający się niczym sen złoty po dokładniejszym przyjrzeniu się tej sprawie.
   Po pierwsze podatek ten nie będzie naliczany od wartości rynkowej nieruchomości, ale od tzw. wartości katastralnej ustalanej w wyniku przeprowadzanej okresowo masowej wyceny (taksacji). Prostym językiem mówiąc wysokość podatku jaki zostanie nam naliczony będzie zależeć od widzimisię urzędników, którzy na podstawie sobie tylko znanej alchemii prawnej wycenią nasz stan posiadania. Tylko ślepy nie zauważy niebezpieczeństwa. Korupcja, układy, znajomości i zwykła ludzka omylność będą miały na nią (wycenę) bezpośredni wpływ, którego pominąć nie można. Jest poza tym rzeczą niesłychaną, niezgodną z żadnym rozumieniem pojęcia sprawiedliwości, by strona zainteresowana (a taką jest państwo) sama, w zasadzie nie kontrolowana ustala wartość czegoś od czego pobiera podatek.
   Po drugie trzeba wziąć pod uwagę, że posiadanie nieruchomości nie jest wyznacznikiem statusu majątkowego. Podatek katastralny najmocniej uderzy w tych najbiedniejszych, którzy odziedziczyli mieszkanie po cioci nieboszczce bądź wykupili je niedawno od spółdzielni mieszkaniowej za symboliczną kwotę znacznie niższą niż wartość rynkowa. Ludzie ci zostaną zmuszeni do masowego wyzbywania się nieruchomości, które dla większości z nich są dorobkiem całego życia. Nie jest bowiem prawdą, że posiadanie nieruchomości jest równoznaczne z bogactwem. Nigdzie tak nie jest a zwłaszcza w Polsce. Wielu ludzi ma maleńką działkę czy mieszkanie odziedziczone lub darowane przez kogoś i jest to ich jedyny majątek. Ich skromne dochody nie pozwalają nawet na utrzymanie tego co mają (jest to jedyna możliwość posiadania przez nich dachu nad głową) w należytym stanie. Niejedna taka nieruchomość to po prostu ruina. Ale , wedle urzędników może się okazać, że to posiadłość wielotysięcznej wartości... Ludzie ci nie udźwigną ciężaru kolejnego podatku, będącego w istocie rzeczy karą za posiadanie własności. Aż się chce powiedzieć, że duch komunizmu znowu krąży nad Polską. Bo jak inaczej nazwać sposób myślenia, który każe uderzać w ludzi, którzy cokolwiek posiadają...
   Po trzecie wreszcie podatek katastralny zapobiega akumulacji kapitału. Prostym językiem mówiąc podatek ten sprawi, że kto był biedny ten nadal takim pozostanie, bo obciążenia fiskalne narzucone na posiadany majątek, jak już wspominaliśmy, przekroczą możliwości przeciętnej rodziny. Mało tego, podatek ten może doprowadzić do ruiny kolejne domy i mieszkania, gdyż ludzie, których dotychczas stać było na ich utrzymanie w należytym porządku, chcąc uczciwie zapłacić podatek (od którego zresztą wyjątkowo trudno się wykręcić, gdyż nieruchomości nie da się ukryć tak jak np. zatrudnienia, ale o to właśnie chodzi w tym przebiegłym pomyśle- ŻEBY NIE DAŁO SIĘ NIE ZAPŁACIĆ) przeznaczą pieniądze na podatek a nie na konserwację domu czy mieszkania. Tak więc zubożeją kolejne osoby, gdyż wartość ich własności będzie systematycznie spadać. Ponadto jeżeli podwyższą standard mieszkania czy to przez zmianę ogrzewania z piecowego na centralne, czy przez dobudowanie łazienki - wartość nieruchomości wzrośnie a wraz z nią podatek, który w tym wypadku będzie karą za inicjatywę i inwencję. Włodzimierz Lenin uśmiecha się w zaświatach: wszyscy równi, każdy biedny. Proletariusze wszystkich krajów łączcie się. W biedzie, bo opiekuńcze i miłosierne państwo nie pozwoli wam się wzbogacić.
   I wreszcie po ostatnie: największą wartość mają nieruchomości położone w centrach miast i tam też w Europie, Ameryce i innych, rozwiniętych krajach mieszka elita, ludzie majętni. Niestety nie w Polsce. U nas ludzie mieszkają tam, gdzie akurat dostali mieszkanie przydziałowe, spółdzielcze, komunalne. Także w tych najbardziej pożądanych przez deweloperów centrach dużych miast. Jeżeli komuś udało się wykupić takie mieszkanie, jeżeli w dodatku mieści się ono w centrum Katowic, Warszawy, Poznania czy Wrocławia to po wprowadzeniu podatku katastralnego stanie on na krawędzi bankructwa. Wyjście będzie tylko jedno: sprzedaż. Ku uciesze inwestorów, głównie zagranicznych. Dodatkowo w wielu wypadkach dojdzie do paradoksalnej sytuacji, gdzie emeryt będzie zmuszony do uiszczenia wyższej sumy podatku za skromną kawalerkę niż lokalny biznesmen za dwupoziomowe mieszkanie w apartamentowcu...
   Zwolennicy podatku katastralnego argumentują, że wprowadzenie go spowoduje większy ruch na rynku nieruchomości i spadek cen związany ze zwiększoną podażą. Niestety, to nie takie proste. Spadek cen może doprowadzić do tego, że niedawni szczęśliwi właściciele będą wyprzedawać swoje domy, działki, mieszkania tylko po to, by za uzyskane pieniądze uregulować dług względem urzędu skarbowego. A potem... Potem, od roku 2016, kiedy nasz rynek nieruchomości zostanie otwarty dla zagranicznych inwestorów przyjdą Niemcy, Francuzi, Anglicy i kupią mieszkanie babci, która całe życie pracowała by na stare lata mieć wreszcie coś swojego. Wygląda na to, że po masowej wyprzedaży obcym majątku państwowego (czytaj: w dużej części zrabowanego po II wojnie światowej prawowitym właścicielom, często po uprzednim doprowadzeniu go do ruiny i obniżeniu wartości) przyszedł czas na prywatną własność Polaków. Dalecy od teorii spiskowych nie możemy się powstrzymać od pytania: czy komuś na tym zależy? Czy jest to tylko wynik wyjątkowej głupoty i krótkowzroczności rządzących? Przecież pozbawienie części Polaków ciężko wypracowanej własności uderzy w proces odbudowy klasy średniej i pozbawi społeczeństwo i gospodarkę równowagi a ludzi niezbędnego oparcia życiowego. Zniechęci też do inwestowania w nieruchomości i skłoni do wywożenia kapitału za granicę. Czy naprawdę nasi decydenci są tak ślepi, że nie widzą tragicznych skutków wprowadzenia w życie pomysłu, który tylko na krótką metę przeniesie dochód państwu a dłuższej perspektywie doprowadzi do ruiny tysiące obywateli a więc dochód ten nieuchronnie zmniejszy? Niech każdy sam odpowie sobie na te pytania...
   Monika Nowak, Alexander Degrejt
   Za: http://fronda.pl/news/czytaj/tytul/podatek_1590

    Autostradę na Podkarpaciu buduje się z gliny i błota
   W czasie debaty nad odwołaniem ministra Grabarczyka o tym jak się buduje w Polsce drogi poinformował parlamentarzystów poseł Adamczyk. Przyniósł próbki materiału z budowy i zdjęcia. Twierdził, ze był w szoku gdy je otrzymał od przedsiębiorcy.
   Sprawę rzekomego bubla drogowego jakim ma być autostrada A4 na światło dzienne wyciągnął poseł PiS z Krakowa Andrzej Adamczyk podczas debaty nad odwołaniem ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka. Chodzi o autostradę A4, która powstaje na Podkarpaciu od granicy z Małopolską do Korczowej.
   Poseł Adamczyk stwierdził, że spotkał się z przedsiębiorcą, który bierze udział w budowie A4. Podkreślał - "Przyniósł mi fotografie, a także próbki materiału, z którego buduje się polskie autostrady. Konsultowałem te fotografie z geologiem, a próbki z inżynierem drogownictwa, specjalistą w zakresie budowy autostrad. Drodzy państwo, to jest ił, to jest glina. I z tego buduje się autostradę A4 na Podkarpaciu - z tej gliny. Tutaj są części organiczne, kawałki gałęzi. Na fotografiach, które zaprezentuję, państwo to zobaczycie" - w czasie wystąpienia na mównicy sejmowej parlamentarzysta.
   Poseł Adamczyk mówił, że to są próbki z tej budowy i pokazywał posłom zdjęcia, które potwierdzają, że chodzi o odcinek budowy A4 na Rzeszowszczyźnie. Powiedział - "Kiedy otrzymałem te zdjęcia, także byłem w szoku" - relacjonował sejmowi polityk.
   Z tego co udało nam się ustalić to parlamentarzysta zamierza powiadomić o całej sprawie Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad. Oczywiście nie wyklucza możliwości powiadomienia prokuratury, bo GDDKiA twierdzi, że jest to nieprawda, ponieważ prowadzą inspekcję budowy na bieżąco w swoich laboratoriach, podczas kontroli planowych oraz wyrywkowych.
   Komu w tej sytuacji można ufać?
   Za: http://fiatowiec.nowyekran.pl/post/25319,autostrade-na-podkarpaciu-buduje-sie-z-gliny-i-blota

  Polacy powinni się bać bardzo wielu rzeczy, nie tylko podatku katastralnego. Ponieważ jednak jesteśmy dzielnym narodem, nie zaprzątamy sobie głowy jakimiś bzdurami, świadomi, iż z niewiedzy nierzadko płynie optymizm. A w końcu, wedle psychologii, optymizm - choćby na niczym nie oparty, choćby graniczący ze zidioceniem - jest warunkiem dobrego samopoczucia. Dobre samopoczucie wyraża się rosnącym poparciem dla PO w sondażach. Admin.
   Podatek katastralny
   Podatek katastralny pobierany jest od wartości gruntów i nieruchomości. Obowiązuje on w wielu krajach świata, być może w niektórych z nich ma on sens ekonomiczny i społeczny, jednak Polacy wciąż pozostają społeczeństwem biednym. Nasze średnie zarobki są wielokrotnie niższe niż w krajach tzw. starej Unii. Jednocześnie jednak wielu relatywnie dość ubogich Pola­ków posiada duże, ładnie utrzymane domy. Wynika to zazwyczaj z ich nadzwyczajnej pracowitości.
   Rodak na budowie
   Przeciętny Francuz lub Niemiec, który chce mieć własny dom, kupuje go lub buduje, za­ciągając ogromny kredyt, który spłaca nierzad­ko do końca życia. Natomiast wielu Polaków na cele budowlane brało pożyczki niewielkie lub nie brało ich wcale. Francuzowi bowiem nie przyjdzie do głowy, że może zakasać ręka­wy i popołudniami oraz w soboty i podczas urlopów wylewać podłogi lub montować okna. Tymczasem setki. tysięcy domów w Polsce po­wstało właśnie w ten sposób - budowanych samodzielnie, co najwyżej z pomocą szwagra, teścia, brata. Domy te posiadają dzisiaj zazwyczaj ogromną wartość, co częściowo wynika także ze wzrostu cen terenów budowlanych na których stoją. W okolicach Warszawy wiele nieruchomości mieszkalnych może być war­tych nawet milion lub więcej.
   Za rządów Millera i Kołodki snuto projekty podatku katastralnego, który po okresie przej­ściowym wynosiłby l proc. wartości nierucho­mości. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to niedużo. Ale policzmy. Załóżmy, że ów dom pod Warszawą jest wart wraz z gruntem wła­śnie ok. 1 mln zł. Roczny wymiar katastru wy­nosi więc 10 tys. zł. Miesięcznie stanowi to 833 zł. Często zdarza się, że w domach stanowiących dla wielu osób dorobek całego życia, mieszkają emeryci, których miesięczne wypła­ty wynoszą tyle, co średnia krajowa emerytura, czyli mniej niż 1500 zł netto. W przypadku ta­kiego emeryta wymiar katastru wielokrotnie przekroczy więc wysokość płaconego przez nie­go podatku dochodowego. Tymczasem naj­świeższe pogłoski mówią o katastrze w wysoko­ści 1,8-2,4 proc. Te najwyższe stawki miałyby dotyczyć budynków przemysłowych. W jaki sposób powiększy to koszty wytwarzania czego­kolwiek i zmniejszy konkurencyjność polskiego przemysłu, możemy sobie łatwo uzmysłowić.
   Podatek katastralny obejmie także miesz­kania. W wielu przypadkach będzie to ozna­czało podwojenie miesięcznych czynszów. W najtragiczniejszej sytuacji znajdą się mieszkańcy centrów dużych miast, zakopiań­skich Krupówek czy gdańskiego Długiego Tar­gu. Tam podatek od najmniejszego i najbar­dziej zniszczonego mieszkania będzie wręcz nieludzki. Podatek katastralny może okazać się także rujnujący dla rolników i w ogóle dla mieszkańców wsi. [I właśnie o to chodzi: o przejęcie polskich nieruchomości przez żydostwo - admin]
   Grupy katastralnego reagowania
   Kataster uderza w ludzką przedsiębior­czość i zaradność. Łatwo sobie wyobrazić sy­tuację, w której nabywca zrujnowanego do­mu sporym nakładem pracy i środków dopro­wadza go do kwitnącego stanu. O swoich przedsięwzięciach musi jednak zawiadomić urzędników. Specjalnie przeszkolony specja­lista przybędzie więc do nieruchomości i po dokonaniu oględzin oznajmi: "Gratuluję panie Kowalski. Dzięki pana wysiłkom war­tość nieruchomości wzrosła dwukrotnie. Od dzisiaj zamiast 5 tys. zł rocznie płaci pan 10 tys. zł podatku katastralnego!"
   "Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skąd­inąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy" - napisał Alexis de Tocqu­eville. A rząd Donalda Tuska nie jest ani ła­godny, ani liberalny (cokolwiek by to słowo znaczyło) i nieustannie ostrzy sobie zęby na ten nowy kąsek. Kataster to przecież kil­kunastokrotne podwyższenie podatku od nieruchomości i ogromna ilość pieniędzy, które można wydać na ratowanie budżetu, ale też np. na zatrudnienie nowych rzeszy urzędników na wszelkich możliwych szcze­blach.
   Pracę nad podatkiem katastralnym to­czą się obecnie w ramach Głównego Urzędu Geodezji i Kartografii. Istnieje tam Zespół do Spraw Rządowego Programu Rozwoju Zintegrowanego Systemu Informacji o Nieruchomościach. Zajmuje się on systemem ksiąg wieczystych, systemem ewidencji grun­tów i budynków oraz systemem podatkowym. Dnia 19 stycznia 2010 r. w obrębie Zespołu powołano podzespoły. Jeden z nich zajmuje się sprawą opodatkowania nieruchomości. Wśród jego szczegółowych celów znajduje się przygotowanie propozycji zmian przepisów systemu podatkowego w odniesieniu do nie­ruchomości.
   Podobno Unia Europejska oczekuje wpro­wadzenia podatku katastralnego w Polsce już w 2012 r., chociaż wygląda na to, że stopień zaawansowania prac Zespołu raczej to wy­klucza. Miejmy nadzieję, że Polacy kartkami wyborczymi powstrzymują w ogóle to nadcią­gające tsunami. Trzeba podkreślić, że Prawo i Sprawiedliwość jest przeciwne podatkowi katastralnemu. Jeszcze w 2007 r. Jarosław Kaczyński jako premier oświadczył, że w Pol­sce społeczeństwo jest zbyt biedne na wpro­wadzenie tego podatku, który uderzałby zwłaszcza we właścicieli małych domów. Zauważył też, że jego rezultatem byłoby także zmuszanie ubogich ludzi do wyzbywania się mieszkań, co nazwał "społeczną zbrodnią".
   Jeśli burza nadciągnie
   A jeśli tsunami nie zostanie powstrzyma­ne? Przepraszam, że snuję czarne scenariu­sze, ale warto chyba wiedzieć, jakie będą skut­ki podatku katastralnego poza bezlitosnym drenażem kieszeni, Przede wszystkim część Polaków, nie mogąc podołać straszliwym ob­ciążeniom finansowym, będzie zmuszona sprzedać swoje nieruchomości. Wobec ogromnej podaży gruntów i budynków ich ce­na spadnie. Trudno powiedzieć, czy obniży to stawki katastru (to zależy od przyjętych me­chanizmów), umożliwi jednak spekulantom (także z Europy Zachodniej, a przede wszyst­kim z Niemiec) masowy wykup nieruchomo­ści za pół darmo. Żadne wprowadzane po 1989 r. w Polsce projekty powszechnego uwłaszczenia nie zostały zrealizowane lub za­mieniły się w parodię (np. NFI). Zamiast te­go funduje się nam program powszechnego wywłaszczenia obywateli.
   Obrońcy podatku katastralnego twier­dzą, że jest on sprawiedliwy, gdyż właści­ciele bogatych nieruchomości będą płacili dużo, a biednych - mniej. Wyjaśnić trzeba, że to swoista sprawiedliwość, gdyż wszyscy będą płacili wielokrotnie więcej niż wynosi obecny podatek od nieruchomości. Poza tym, ceny nawet małych i zdewastowanych domów w atrakcyjnych miejscach mogą być tak wysokie, że podatek katastralny wy­właszczy ich właścicieli lub użytkowników. Wprawdzie eksperci mówią "o istniejącej w niektórych ustawodawstwach możliwo­ści otrzymania pozwolenia na tymczasowe odroczenie płatności bez nakładania kar, a dla osób starszych w określonych wypad­kach nawet na czas nieokreślony" (wypo­wiedź Tomasza Kurka dla "Rzeczpospoli­tej" z 20 czerwca 2011 r.), ale poleganie na takim "miłosierdziu gminy" może się okazać ryzykowne i zawodne.
   Myślę, że po­trzebny jest w Polsce masowy ruch (można by go nazwać Ligą Antykatastralną), który będzie wszelkimi legalnymi środkami zwal­czał ten podatek. Głównym celem owego ruchu byłoby umieszczenie w Konstytucji RP zapisu o zakazie stosowania podatku ka­tastralnego.
   Wojciech Polak, Gazeta Polska, 10 sierpnia 2011 Autor jest profesorem, pracownikiem naukowym w Instytucie Politologii Uniwersytetu Mikołaja Ko­pernika w Toruniu i wykładowcą.
   Za: http://dakowski.pl

  Masakra w Norwegii
  Sposób, w jaki rozgrywany jest krwawy czyn Breivika, wyraźnie wskazuje na snucie planów jakiegoś "ostatecznego rozwiązania" kwestii "skrajnej prawicy" i "chrześcijańskiego fundamentalizmu".
  26.07.11r.
   To, co działo się i dzieje nadal w mainstreamowych mediach, od kiedy tylko poznano personalia zamachowca z Oslo, winno stać się przedmiotem ćwiczeń warsztatowych na uczciwych studiach dziennikarstwa, gdziekolwiek takowe jeszcze się uchowały. Jak w soczewce można tu dostrzec, w jaki sposób panujący system preparuje ideologiczny wizerunek wroga, jak chce zagospodarować zwiększony potencjał strachu i agresji, a nawet do pewnego stopnia można się zorientować, jakie są bardziej długofalowe plany odnośnie do eliminacji tego, co w jego gremiach decyzyjnych postrzegane jest jako zagrożenie.
   Od pierwszych chwil przeto w montażowniach kłamstwa wykuwa się dwie podstawowe sztance identyfikujące Andersa Behringa Breivika - i to od razu jako figurę reprezentującą pars pro toto wroga ogólnego - "skrajny prawicowiec" i "chrześcijański fundamentalista". Dwa określenia i cztery słowa. Dwa z nich: "prawica" i "chrześcijaństwo", mają funkcję quasi-referencyjną, czytelnie, a nawet "łopatologicznie", powiadamiając, gdzie czai się zło. Dwa następne: "skrajny" i "fundamentalizm", spełniają funkcję ekspresyjną, bo przedmiotowo nie znaczą nic. "Skrajność" sygnalizuje tylko coś ogólnie nieprzyjemnego, bo nieumiarkowanego, "fundamentalizm" natomiast - słówko niezmiernie popularne, które trafiło nawet, niestety, do języka akademickiego - w przekładzie z żargonu demoliberalnego na język naturalny oznacza kogoś, kto naprawdę wierzy i traktuje serio swoją wiarę, zamiast już na wstępie ogłosić akt kapitulacji wobec wierzeń sprzecznych i konkurencyjnych. Używane w zasadzie w odniesieniu do wyznawców religii, czasem także do pewnych systemów przekonań, ale zawsze tylko tych, o których "wszyscy wiedzą", że są "niesłuszne".
   Proszę zauważyć, że nigdy nie mówi się o "fundamentalistycznym demokracie", "fundamentalistycznym liberale" ani nawet - co jeszcze ciekawsze - o "fundamentalistycznym rewolucjoniście".
   Wróg uniwersalny

   Naturalnie wizerunek z minuty na minutę obrasta następnymi "znakami szczególnymi". Dowiadujemy się, że Breivik jest nacjonalistą, a nawet nazistą i rasistą, ale również konserwatystą, też - a jakże - "skrajnym". Ze szczególnym wdziękiem połączyła to pewna młoda osoba wezwana w charakterze ekspertki, która na pytanie dziennikarki w studiu telewizyjnym, czy wiemy już coś o poglądach Breivika, odpowiedziała płynnie, mile się uśmiechając: "Tak, wiemy. Jest nazistą i chciał zaprowadzić skrajny konserwatyzm". Na czym polega nazistowska - a raczej, nazywajmy w końcu rzecz ściśle i po imieniu: narodowosocjalistyczna - metoda zaprowadzania konserwatyzmu, już niestety nie wyjaśniła. Bo i po co zresztą.
   Jak widać, "portret pamięciowy" wroga uniwersalnego jest niemal kompletny. Do pełni szczęścia brakuje "montażystom" chyba tylko "homofobii", więc jak na razie na tym odcinku frontu ideologicznego muszą się zadowolić szczuciem na zacnego i mądrego prof. Aleksandra Nalaskowskiego.
   Tu jednak nie ma co ironizować, bo sposób, w jaki rozgrywany jest krwawy czyn Breivika, wyraźnie wskazuje na snucie planów jakiegoś "ostatecznego rozwiązania" kwestii "skrajnej prawicy" i "chrześcijańskiego fundamentalizmu". Gnijący od libertynizmu, który sam propaguje, podbijany przez inwazję ludów "licznych jak piasek morski", do której sam zachęca w obłędzie "wielokulturowości", bankrutujący finansowo od Grecji po Portugalię, socdemoliberalizm dostrzegł w mobilizacji sił do rozprawienia się z "wrogiem wewnętrznym" szansę na przedłużenie o kilka czy kilkanaście lat swojej agonii, z której nieuchronnością nie chce się pogodzić.
   Masoński trop
   Zostawmy jednak na boku prognozy i wróćmy do naszej analizy. W miarę jak napływają kolejne informacje, zwłaszcza publikacje samego sprawcy, który okazał się nie tylko mordercą, ale i nieokiełznanym grafomanem, jego "portret pamięciowy" mocno się komplikuje. Kluczowa staje się przede wszystkim wiadomość, że Breivik jest masonem należącym do loży Solene - pojawia się nawet jego zdjęcie w stroju "rytualnym". Fakt ten potwierdzili sami wolnomularze, wykluczając Breivika ze swoich szeregów.
   Informacji o masońskiej przynależności nie sposób ukryć, niemniej zdaje się ona kompletnie nie interesować tych, których z racji wykonywanego formalnie zawodu powinna interesować najbardziej. Nagle gdzieś zniknęli sławni "dziennikarze śledczy": czyżby wszyscy wyjechali na urlop, czy może jednak raczej dobrze wiedzą, że nie powinni wściubiać nosów tam, gdzie nie trzeba? W każdym razie fakt ów, tak kapitalnej wagi, podawany jest jako nic nieznacząca ciekawostka, ot tak, jakby chodziło o to, że lubi kolekcjonować znaczki. Nie twierdzę, że przynależność mordercy do masonerii ma na pewno bezpośredni związek z jego krwawym wyczynem; na razie brak na to bezpośrednich dowodów. Ale przecież elementarna wiedza historyczna pozwala nam stwierdzić, że masonerię spotykamy nieustannie jako siłę inspirującą i sprawczą znakomitej części, jeśli nie większości, spisków, rewolucji, przewrotów, zbrodni, zamachów, tak kolektywnych, jak i indywidualnych, jakie wydarzyły się przez ostatnie ponad dwa stulecia. Winno to skłaniać przynajmniej do zbadania, czy i tym razem nici nie prowadzą do tego diabelskiego kłębka. Jak słyszę, nasze ABW też jęło sprawdzać jakowyś "polski ślad" zamachu w Oslo: czy nie od tego należałoby zacząć?
   Cokolwiek zresztą z masoństwa Breivika wynika albo nie wynika praktycznie, jedno jest pewne: przynależność do masonerii absolutnie wyklucza "chrześcijański fundamentalizm". Sama ta etykietka zresztą jest w naszym kraju wyjątkowo perfidną manipulacją. Przeciętny odbiorca w Polsce przecież (który zazwyczaj nie wie nic o tzw. ewangelikanach protestanckich w USA) kojarzy to natychmiast z katolicyzmem - w pewnym sensie zresztą słusznie, bo przecież nie ma innego prawdziwego chrześcijaństwa niż katolickie. Nie umniejsza to jednak manipulacji, bo wiadomo, że w Norwegii katolicyzm jest wyznaniem śladowym, liczbowo mniejszym chyba nawet od zielonoświątkowców. Gdyby nawet zatem nic innego nie było wiadomo o Breiviku, to z samego rachunku prawdopodobieństwa możliwość przynależności tego "chrześcijańskiego fundamentalisty" do Kościoła katolickiego zbliżałaby się do zera.
   Ale przecież już to i owo wiadomo. Jak poinformował dyrektor Centrum Studiów nad Nowymi Religiami (CENSUR) Massimo Introvigne, Breivik w liście rozesłanym kilka godzin przed zamachami groził Papieżowi Benedyktowi XVI, wypowiadając się o nim w słowach pogardliwych i nienawistnych ("tchórzliwy, niekompetentny, skorumpowany i nielegalny" [sic!] - ciekawe, z punktu widzenia jakiego "legalizmu", skoro sam Breivik formalnie jest luteraninem?). Na jego blogu znajdują się też wypowiedzi skrajnie nieprzychylne chrześcijaństwu średniowiecznemu i powtarzające bajdurzenia wszystkich wrogów Kościoła o jego rzekomych milionach ofiar. Interesującym wątkiem jest także podpisywanie się jako "templariusz"; to znana metoda różnych masońskich i paramasońskich bractw "ezoterycznych" podszywania się pod ten czcigodny i nieszczęśliwy zakon rycerski. Sam zainteresowany wreszcie określa się jako "chrześcijanin kulturowy" o wyłącznie antyislamskim ostrzu oraz zwolennik zwołania ogólnochrześcijańskiego kongresu, który by stworzył "jednolity, antyislamski kościół europejski". Wszystko to na kilometr pachnie wolnomularskim synkretyzmem, okultyzmem, "klimatami" New Age, a nie żadnym "fundamentalizmem chrześcijańskim".
   Wyznawca postępu
   Nic się nie zgadza również w pozostałych kwalifikacjach jego tożsamości, gdzie sprzeczność goni sprzeczność. Podobno był użytkownikiem profilu jakiegoś portalu nazistowskiego. Zakładając nawet, że to prawda - czego nie możemy uznać za pewnik, wiedząc, jak łatwo przykleja się tę łatę wszystkiemu, co niezgodne z panującą ideologią - to jak pogodzić to z faktem, że do swoich idoli zalicza bohatera antyhitlerowskiego ruchu oporu Maxa Manusa? Mówią też, że rasista: wydaje się, że tak, ale jakiś taki bardzo selektywny, bo tylko antyislamski, a co najważniejsze - mocno niewygodny dla mainstreamu, bo prosyjonistyczny i proizraelski, i to w sposób wręcz egzaltowany. Na swoim blogu napisał na przykład, że "Europa zginęła w Auschwitz".
   Ważnym - a skrzętnie ukrywanym przez media masowego rażenia - motywem jego drugiej zbrodni, na wyspie Utoya, wymierzonej w obóz młodzieżowy Partii Pracy, było to, że ta ultralewicowa partia jest propalestyńska i antyizraelska, reprezentując coraz powszechniejszy na Zachodzie nurt "lewicowego antysemityzmu". Wydaje się więc, że Breivikowi wyjątkowo blisko jest do sprawcy niegdysiejszej masakry Palestyńczyków w Hebronie, dr. Barucha Goldsteina - oczywiście jedynie "duchowo", bo z facjaty może uchodzić za wzór błękitnookiego blond nordyka.
   Nazywają go też nacjonalistą. Wiadomo jednak, że atakował w swoich wynurzeniach autentycznie nacjonalistyczne ruchy, jak francuski Front Narodowy, natomiast jego jednostronna islamofobia ma raczej to samo podłoże, co zamordowanych holenderskich, laickich populistów: Pima Fortuyna i Theo van Gogha czy Oriany Fallaci, histerycznie broniącej bardzo specyficznie pojmowanych "europejskich wartości". Jeśli to ma być europejska prawica, to trzeba powiedzieć, że w dekadenckim bagnie, jakim dziś jest Europa, nawet "prawica" może być tylko bagienna.
   Tym bardziej podejrzany jest jego "konserwatyzm", kojarzony z tym, iż Breivik należy do Partii Postępu. A od kiedy to konserwatyści są czcicielami postępu? Wiadomo przecież, że oprócz lewicy postępowy jest jedynie paraliż. Co się zaś tyczy norweskiej Partii Postępu (Fremskrittspartiet), to wiadomo o niej, że założył ją (nieżyjący już) Anders Lange, który był wyznawcą tzw. obiektywizmu Ayn Rand, apologetki kapitalizmu, nienawidzącej chrześcijaństwa i konserwatyzmu nie mniej niż komunizmu. W partii tej długi czas dominującą rolę odgrywali libertarianie, czyli wyznawcy indywidualistycznej wersji anarchizmu. I chociaż wskutek secesji "ortodoksyjni" libertarianie znaleźli się potem poza partią, to jednak jej ideologią pozostaje klasyczny liberalizm, ekonomiczny i polityczny - aczkolwiek śladowym elementem konserwatyzmu w sferze wartości jest w niej to (za co należy się jej uznanie), iż sprzeciwia się legalizacji "związków jednopłciowych". Lecz przecież i tego "libertarianizmu" Breivika niepodobna brać całkiem na serio, skoro na motto swojego manifestu wziął cytat z progresywnego socjalliberała Johna Stuarta Milla. Przecież J.S. Mill jest również ulubionym autorem na przykład prof. Magdaleny środy, a chyba nikt nie będzie podejrzewał tej niewiasty o jednoczesne bycie konserwatystką i chrześcijańską fundamentalistką? Ów wielbiciel Milla wygrażał tak samo i liberalizmowi, i marksizmowi!
   W bagnie pojęć
   Wniosek z powyższego nasuwa się w sposób oczywisty: nie ma najmniejszego sensu traktowanie z powagą jakichkolwiek deklaracji ideowych zbrodniarza z Oslo. "Światopogląd" Breivika to bełkotliwy zlepek haseł, zmieszanych i wyjętych jak słowa na kartkach z kapelusza w "poezji" dadaistów. To wytwór nieuporządkowanego umysłu "inteligentnego półgłówka", który naczytał się chaotycznie rozmaitych rzeczy i wszystko mu się pomieszało: masońskie mity z chrześcijaństwem, Izrael z wikingami, Cyd z Drakulą, Jan III Sobieski z Winstonem Churchillem itd., itp. Nawiasem mówiąc, dokładnie taką samą breję pojęciową ma w umyśle wspomniana przeze mnie "ekspertka", której nazizm kojarzy się z zaprowadzaniem skrajnego konserwatyzmu - choć oczywiście nie sugeruję, by ta, zapewne miła i łagodna osoba, miała jakieś zbrodnicze zamiary i skłonności.
   Lecz jako exemplum jest to coś jeszcze. Breivik to produkt postmodernistycznego nihilizmu metafizycznego i epistemologicznego, w którym pojęcia i ich desygnaty utraciły wszelką substancjalność, przeto dadzą się używać jako dowolne elementy składanki niezobowiązującej do czegokolwiek lub przeciwnie - uzasadniającej wszystko. Te słowa to przecież tylko - jak pisał jeden z guru tej antyfilozofii - zwłoki metafor naszych przodków. Jak widać, mogą one jednak przekształcić się również w stos zwłok jak najbardziej empirycznych. Jeśli nawet jest to swoista droga powrotu od "hermeneutyki pustki" do rzeczywistości, w której grę interpretacyjną "zobacz gdziekolwiek" zastępuje "zabij kogokolwiek", to musi budzić przerażenie taki sposób odzyskiwania substancjalności.
   Prof. Jacek Bartyzel
   Autor jest kierownikiem Katedry Hermeneutyki Polityki na Wydziale Politologii i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

   http://www.naszdziennik.pl/

    Druga Japonia
  

Rocznica Jedwabnego, 11 lipiec 2011r.
   Wczoraj minęła rocznica tzw. "Pogromu w Jedwabnem", który obok "Pogromu w Kielcach" jest jedynym przykładem wojującego antysemityzmu, jaki raczyła podać swym odbiorcom słynna Encyklopedia Gazety Wyborczej, kupowana nie wiadomo przez kogo i po co, bo przecież kłopoty z papierem toaletowym należą już od dawna do przeszłości. Osobom mniej obeznanym przypominamy, że 10 lipca 1941 polska hołota, bandyci i antysemickie szumowiny spaliły w jednej stodole 1600 Żydów, upychając ich po dwudziestu na jednym metrze kwadratowym. Próby zapobieżenia tragedii podjęte przez niemieckie gestapo i żandarmerię niestety nie powiodły się wobec dysproporcji sił i środków. Admin.
   Sprawa pogromu Żydów w Jedwabnym jest znana większości osób z książki Grossa "Sąsiedzi". Publikacja Grossa jest jednak stekiem bezczelnych kłamstw mających na celu oczernianie Polski i Polaków. W rzeczywistości w Jedwabnym Żydzi (często sowieccy kolaboranci i ich rodziny) stali się ofiarą Niemców.
   Łomżyńskie
   Łomżyńskie z Jedwabnym było terenem dwu narodowym. W miastach mieszkali Polacy i Żydzi. Wsie w 100% był Polskie, połowę mieszkańców wsi stanowiła szlachta zagrodowa (mająca taki sam status ekonomiczny jak włościanie, ale posiadająca silną świadomość narodową). Po agresji sowieckiej na Polskę w 1939 roku sowiecka propaganda (głoszona często ustami żydowskich agitatorów) była prowokacyjna i niedorzeczna (nie było Ukraińców i Białorusinów do wyzwalania). Silna świadomość narodowa spowodowała żywiołowy rozwój polskiego podziemia w okupowanym przez sowietów Łomżyńskim.
   17 września 1939
   W dyskusji o Jedwabnym Gross i jego epigoni przemilczeli udział próżniejszych żydowskich ofiar w sowieckim aparacie terroru po 17 września 1939. Żydzi w 1939 roku w Jedwabnym entuzjastycznie witali Armie Czerwoną. Entuzjazm Żydów był owocem uwielbienia Żydów dla ZSRR i nienawiści do Polski (nie jest prawdą teza o strachu Żydów przed Niemcami, Niemcy byli sojusznikami ZSRR, Żydzi na terenach okupacji niemieckiej usiłowali witać Niemców - Niemcy jednak nie życzyli sobie entuzjazmu Żydów).
   Żydzi w Jedwabnym natychmiast włączyli się w sowiecki aparat terroru którego jedyną ofiara byli w Jedwabnym Polacy. Żydzi w sowieckim aparacie terroru stosowali wobec prześladowanych Polaków: aresztowania, rekwizycje, więzienie. Żydzi tworzyli dla NKWD listy Polaków przeznaczonych do likwidacji (bezpośredniej i za pomocą deportacji), odzierali z dobytku i ubrań deportowanych Polaków, przejmowali miejsca pracy deportowanych Polaków. Żydzi zajmowali się rabunkiem i rekwizycją na rzecz sowietów (Żydzi stanowili w czasie pierwszej okupacji 70% sowieckich biurokratów gospodarczych), szerzeniem sowieckiej propagandy i agitacji. Pod sowiecką okupacją Żydzi nieustannie manifestowali swój tymf nad Polakami i entuzjazm dla okupanta, obelżywie traktowali Polaków, donosili na Polaków do NKWD.
   Atak armii niemieckiej na ZSRR był dla Polaków wyzwoleniem od śmierci i tortur z rąk sowietów i ich żydowskich kolaborantów. Polacy mieli powody by czuć ulgę i radość z powodu końca sowieckich wywózek, mordów i prześladowań.
   10 lipca 1941
   Akcją likwidacji Żydów w Jedwabnym (a także w Radziłowie i Tykocinie) kierował komisarz kryminalny Hauptsurmfuhrer Hermann Schaper. Schaper jak wielu innych zbrodniarzy nazistowskich po wojnie pozostał bezkarny (z braku wystarczających dowodów). Sprawą jego odpowiedzialności za zbrodnie podczas II wojny światowej w Łomżyńskim zajmowała się niemiecka prokuratura w 1964 i 1965 oraz sądy w 1974 (w oparciu o dokumenty SS z archiwum MSW w Warszawie) i 1976 roku. Odpowiedzialność Schepera za eksterminacje Żydów w Łomżyńskim ustaliło Centrum Dokumentacji Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu koło Stuttgartu na podstawie ustaleń z 1963 z biura śledczego do ścigania zbrodni nazistowskich przy sztabie policji izraelskiej. Żydzi z Radziołowa na zdjęciach rozpoznali Schapera.
   10 lipca 1941 roku (dwa tygodnie po wkroczeniu Niemców i rozpoczęciu niemieckiej okupacji) do Jedwabnego (według świadków) przybyło 69 gestapowców i wielokroć więcej żandarmów niemieckich (zeznająca w procesie Polaka dostała polecenie od Niemców przygotowania 69 porcji obiadowych dla gestapowców). Było to Einsatzkomando SS Zichenau Schrottersburg (Einsatzkommando Urzędu Policji Państwowej Ciechanów Płock). Była to jedna z wielu akcji likwidacji Żydów (podobne miały miejsce w końcu czerwca w Wiznie, 5 lipca w Wąsoczy, 7 lipca w Radziłowie leżącym 15 km od Jedwabnego, 10 lipca w Jedwabnym, w sierpniu w Łomży leżącej 18 km od jedwabnego, 22 sierpnia w Tykocinie leżącym 30 km od Jedwabnego, 4 września w Rutkach leżących 20 km od Jedwabnego, Zambrowie leżącym 35 km od Jedwabnego, wielu z tych miast Niemcy palili Żydów w stodołach). Ten sam schemat SS wykorzystywało w likwidacjach Żydów od Morza Bałtyckiego do Morza Czarnego (na Litwie, Białorusi, Ukrainie i Mołdawii). W pogromach Niemcy starali się wykorzystać lokalny margines społeczny i antysemitów.
   W Jedwabnym Niemcy spalili mniej niż 250 Żydów (około 150) w stodole (innych miejsc egzekucji nie znaleziono). By Żydzi nie uciekali z płonącej stodoły Niemcy strzelali do Żydów (świadczy o tym 100 łusek znalezionych przez IPN w maju 2001 w ruinach spalonej stodoły). Łuski po amunicji znalezione w Jedwabnym były łuskami do niemieckich karabinów Mauser z 1938 i niemieckich pistoletów Walter używanych przez niemieckich oficerów. Jedwabne nie było podczas II wojny światowej terenem walk jednostek niemieckich - łuski więc najprawdopodobniej pochodziły z masowego mordu. Wbrew polskiemu prawu nie przeprowadzono ekshumacji (ówczesnym ministrem sprawiedliwości był Lech Kaczyński) bo przeciw ekshumacji protestował Związek Gmin Żydowskich w Polsce (pomimo że we wszystkich miejscach zbrodni na Żydach ekshumacje przeprowadzono). Żołnierzom niemieckim w pogromie pomagali cywilni przedstawiciele niemieckich władz lokalnych Jedwabnego przywiezionych do Jedwabnego przez Niemców. Niemcy nie dopuszczali na terenach przez siebie okupowanych do aktywnej działalności tubylców nawet takiej jak pogromy.
   Niemcy usiłowali biciem i bronią palną zagonić Polaków do pilnowania Żydów na rynku w Jedwabnym (wielu Polaków pomimo grożącej śmierci z rąk Niemców uciekało z miasta by nie pomagać Niemcom) część jednak pod przymusem pilnowała Żydów. Polacy jednak nie byli świadomi celów Niemców. Z rynku Niemcy zapędzili Żydów do stodoły i ich tam spalili. Polacy pomimo grożącej im i ich rodzinie karze śmierci (tylko w okupowanej Polsce Niemcy zabijali za pomoc Żydom) pomagali Żydom i ukrywali Żydów przed Niemcami.
   Proces
   Podczas procesu oskarżeni o mord w Jedwabnym twierdzili że podczas śledztwa byli torturowani. Torturami wymuszono na nich przyznanie się do winy i obciążenie innych odpowiedzialnością za mord. Sąd 10 z pośród 22 oskarżonych uniewinnił, wydał 1 wyrok śmierci (niewykonany), 11 osób skazał na kilkunastoletnie wyroki choć uznano że byli terrorem przez Niemców zmuszeni do pilnowania Żydów. Wymuszone przez UB zeznania były tak niewiarygodne że komunistyczny sąd uznał je za niewystarczający dowód [sic! - admin]. Sąd apelacyjny z pośród 12 skazanych 2 uniewinnił. Niewątpliwymi zbrodniarzami byli przywiezieni przez Niemców polskojęzyczni kolaboranci Marian Karolak (komisaryczny burmistrz z nadania niemieckiego okupanta) i Karol Bardoń (niemiecki żandarm, volkddeutsch, funkcjonariusz niemieckiej policji pomocniczej zajmującej się aresztowaniem Polaków).
   Jan Bodakowski
   Bibliografia: "Jedwabne spór historyków wokół książki Jana T. Grossa "Sąsiedzi", Wydawnictwo Fronda
   http://prawica.net/opinie/26488

  Jedźcie sami do Niemiec!  Remigiusz Włast-Matuszak, marzec 2011r.
   Już 31 października 1939 r. niemieckie władze okupacyjne wprowadziły - (na całym zajętym terenie RP) - przymus pracy dla wszystkich Polaków od 18 do 60 roku życia - na warunkach pół niewolniczych, a 14 grudnia ‘39 obniżyły granicę wieku, i każdy kto skończył 14 lat(!) podlegał pracy przymusowej w pełnym wymiarze. Doświadczyli tego wszyscy Polacy z roczników od 1925 wstecz, a do 1944 - urodzeni do 1930 r.
   Praca na terenie GG (Generalnego Gubernatorstwa) była "względnie ludzka" jak na warunki wojny totalnej, jednak przemysł i rolnictwo III Rzeszy żądały darmowej siły roboczej. (Organizacja Todta - Organisation Todt) Stosując brutalny przymus, wywieziono do "Reichu" ponad 2.800.000 Polaków -(w tym 300.000 jeńców wojennych - szeregowców, podoficerów)-. Do wyjazdu zachęcały też liczne plakaty propagandowe i wielkoformatowe plansze -(okupacyjne "bilbordy")-. "Copywriter" z Propaganda Abteilung wymyślił hasło: "Jedźcie z nami do Niemiec", i zilustrował je widoczkiem szczęśliwej polskiej rodziny z dziećmi, śmiało wsiadającej do pociągu Mitropa. Na plakacie wyglądają zupełnie jak roześmiana młodzieżówka PO jadąca na przedwyborczy miting pod hasłem - "Z dala od polityki".
   Ówczesny, żyjący pod okupacją Polak okazał się odporny na propagandowe hasełka. Niemcy musieli "liczyć" jedynie na łapanki i przymusową, administracyjną wywózkę na roboty. Aliści po 1945 r. "ekonomia socjalizmu" poparta setkami podręczników wielu profesorów ekonomi socjalizmu -(a co się z tymi autorytetami naukowymi właściwie stało??? Wie ktoś?)- doprowadziła to tego, że w 1960 r. Polacy, którzy wygrali wojnę żyli nadal w warunkach zbliżonych do okupacyjnych, a Niemcy, którzy ją wywołali i przegrali, w pełni korzystali z Cudu Gospodarczego. To właśnie wówczas zaczęło się zjawisko emigracji ekonomicznej, które trwało nieformalnie do 1980 r., i objęło już "żenująco" i dobrowolnie około 600 tys. Polaków, którzy wyjechali do RFN by pracować jako "Polacken", lub zgoła jako "Scheiss Polacken".
   4 maja 2011 r. zjednoczone Niemcy (Bundesrepublik Deutschland) i Austria, oficjalnie otwierają trzeci etap "naszych" stosunków pracowniczych - otwierają swój rynek pracy dla Polaków - "gastarbeiterów". Do około 1.800.000 Polaków pracujących w Niemczech dojdzie następne 400.000 młodych, przedsiębiorczych i zdeterminowanych, oraz wykształconych za polskie podatki "indywidualnych jednostek siły roboczej", by napędzać niemiecką gospodarkę i utrzymywać niemieckich emerytów, w tym oczywiście tych co administrowali GG i zarządzali Org. Todt. - (lub ich dzieci).
   Co robi rządząca Polską Platforma Obywatelska? Zaciera ręce z zadowolenia, że zmniejszy się "stopa bezrobocia" w Ojczyźnie. Liczba 2.000.000 bezrobotnych pomniejszy się o 400.000! I zapewne zostanie to nagłośnione jako sukces gospodarczy min. Rostowskiego, min. Boniego i wiecznie rozrechotanego min. Szejnfelda! Nasza Zielona Wyspa znowu zazieleni się wiosną.
   Przypomnijmy, że GUS od 2004 r. w sposób prawnie usankcjonowany utajnia wiele wrażliwych i niewygodnych danych, dlatego też nie można precyzyjnie określić stanu faktycznej emigracji ekonomicznej. Według danych szacunkowych - pragnę tylko przypomnieć -, że w latach 1970-80, po otrzymania paszportu oraz wiz, z zagranicznych wyjazdów nie wróciło około 500.000 młodych Polaków. W latach 1980-81-1989 wyemigrowało ponad 1.200.000 Polaków w wieku produkcyjnym, a latach 1990 - 2010 r., ponad 2.000.000 młodych obywateli. W Polsce mamy oficjalnie zarejestrowanych około 2.000.000 bezrobotnych i drugież tyle ukrytego bezrobocia na wsi.
   Gdyby nie wygnanie głodem i zachętą propagandową tych 2 mln emigrantów ekonomicznych w latach 1990-2010, to mielibyśmy bezrobocie większe niż w socjalistycznej Hiszpanii, czy Wenezueli. Byłoby w RP 35% bezrobotnych! Walka z bezrobociem poprzez zmuszanie własnych obywateli do emigracji to ZBRODNIA. Od maja 2011 r., nastąpi kolejna masowa emigracja ekonomiczna na teren państw dawnej III Rzeszy, obejmująca 400 - 450 tys. Polaków. Zmniejszanie bezrobocia, nędzy oraz populacji narodu poprzez diasporę - od czasów "Gorączki brazylijskiej" w XIX w. czegoś takiego nie było!
   To co nie udało się okupantowi niemieckiemu, udało się w pełni Platformie Obywatelskiej - propaganda hitlerowska nie odniosła sukcesu: hasło "Jedźcie z nami do Niemiec" było w ramach małego sabotażu Szarych Szeregów zmieniane na "Jedźcie sami do Niemiec". Dzisiaj, po 60-ciu latach mogę jedynie wzorem harcerzy z Szarych Szeregów, wzorem Rudego, Zośki i Alka - bohaterów "Kamieni na szaniec", ponownie rzucić hasło: "Jedźcie sami do Niemiec" - Polska i Polacy dadzą sobie świetnie radę bez dziesięciu (!) v-ministrów finansów, Madame Janowej Maurycowej Kidawa-Błońskiej, Jego Sapiencji Pana Arabskiego, jak i kilkuset innych przedstawicieli "PR-owskiej" klasy próżniaczej.
   Masowa emigracja Polaków za chlebem, zbiega się o dziwo z otwarciem polskiego rynku pracy dla emigrantów z Ukrainy, Rosji i jej azjatyckich republik związkowych, i praktycznie dla całej Azji i Afryki razem wziętych. Miejsce polskich pracowników zajmą (przeważnie na stałe) emigranci z krajów o jeszcze niższej stopie życiowej niż Polska. Wysoce niestosownie muszę też zauważyć, że od 20 lat stopa dzietności Polek wynosi około 1,5 - co nie zapewnia reprodukcji prostej - (przyrost naturalny: minus 0,5 promil). Polacy jako naród od przeszło pokolenia są nacją wymierającą. Kiedyś tow. Gomułka twierdził, że wysoki przyrost naturalny zjada nam "stopę życiową". Co zrobiłby rząd PO gdyby przyrost naturalny w Polsce był taki jak w Egipcie, czy Maroku - i wynosił ponad 30 (!) promil? I właśnie taki też wskaźnik przyrostu naturalnego reprezentują emigranci z "trzeciego świata" osiedlający się nad Wisłą.
   Należy stale przypominać Europie i wszystkim poprawnie politycznym działaczkom z Nigdy więcej itd. organizacji, że Polska nie uczestniczyła w wyzysku kolonialnym Murzynów w Afryce, ani Hindusów i Wietnamczyków w Azji. Sami byliśmy przez cały wiek rewolucji technicznej trój-kolonią wyzyskiwaną przez trzech bezwzględnych zaborców. Nie otrzymaliśmy też odszkodowań ani po I wojnie światowej, ani po II wojnie światowej, więc doprawdy nie musimy czuć się winni i przygarniać, płacić zasiłki, itd. dziesiątkom tysięcy emigrantów ekonomicznych z Trzeciego świata, którzy za chwilę przywloką tu swoją nędzę i swoje problemy, które dodatkowo i znacznie obniżą nasz i tak niski poziom życia. Obowiązkiem rządów RP jest zapewnienie pracy obywatelom RP i ochrona ich interesów. Dlatego też wszelkie myślące organizacje pozarządowe oraz niezależne media powinny bić na alarm. Co niniejszym staram się czynić.
   Remigiusz Włast-Matuszak
  za http://prawica.net

         (Który kraj zaatakują najpierw? Oto jest pytanie. Stawiam na Pakistan - admin)15.05.2011
   Amerykański Kongres zagłosuje ws. legislacji pozwalającej na oficjalne rozpoczęcie III w. św.  [fragment]
   Ustawa upoważni prezydenta USA do podejmowania jednostronnych działań wojskowych przeciwko każdemu państwu, organizacji i osobom, zarówno w kraju jak i za granicą, które rzekomo obecnie, lub w przeszłości, wspierały lub brały udział w działaniach wojennych, lub które udzielały pomocy lub wsparcia w działaniach wojennych przeciwko Stanom Zjednoczonym, czy jednemu z ich sojuszników koalicyjnych.
   Legislacja usuwa potrzebę udzielenia przez Kongres pozwolenia na użycie sił militarnych, oraz daje prezydentowi totalitarną władzę dyktatorską ws. angażowania się w każde działania militarne na nieograniczony czas.
   Daje prezydentowi nawet pełnomocnictwo dokonywania ataków przeciwko amerykańskim obywatelom na terenie USA, bez zwracania się do Kongresu.
   Podsumowanie uchwały:
   - wojna bez końca - będzie kontynuowana do zakończenia wrogości, co nie stanie się nigdy
   - wojna bez granic - prezydent będzie posiadał pełnomocnictwo wszczynania ataków militarnych przeciwko każdemu krajowi, organizacji czy osobie, w tym obywatelom USA na amerykańskiej ziemi
   - jednostronna akcja militarna - pełnomocnictwo dokonania inwazji na każdy kraj, o każdym czasie, bez aprobaty Kongresu
   - bez wyraźnie zdefiniowanego wroga - USA może zadeklarować czy ogłosić kogoś terrorystą, lub ogłosić, że teraz lub w przeszłości wspierał "wrogość" wobec USA, oraz dokonać ataku
   - pełnomocnictwo dokonania ataku na kilka krajów - prezydent otrzyma pełnomocnictwo dokonania inwazji na Iran, Syrię, Koreę Płn., kilku innych krajów w Afryce i na Bliskim Wschodzie, a nawet Rosję i Chiny, zgodnie z uchwałą, każdy z nich jest "znany" z udzielania wsparcia i pomocy we wrogości wobec USA.
  English version:
   The United States Congress is set to vote on legislation that authorizes the official start of World War 3.
   The legislation authorizes the President of the United States to take unilateral military action against all nations, organizations, and persons, both domestically and abroad, who are alleged to be currently or who have in the past supported or engaged in hostilities or who have provided aid in support of hostilities against the United States or any of its coalition allies.
   The legislation removes the requirement of congressional approval for the use of military force and instead gives the President totalitarian dictatorial authority to engage in any and all military actions for an indefinite period of time.
   It even gives the President the authority to launch attacks against American Citizens inside the United States with no congressional oversight whatsoever.
   Just to recap, because that was a mouthful:
   Endless War - The war will continue until all hostilities are terminated, which will never happen. No Borders - The president will have the full authority to launch military strikes against any country, organization or person, including against U.S citizens on U.S soil.
   Unilateral Military Action - Full authority to invade any nation at any time with no congressional approval required. No Clearly Defined Enemy - The US can declare or allege anyone a terrorist or allege they are or have been supporting "hostilities" against the US and attack at will.
   Authorization To Invade Several Countries - The president would have full authority to invade Iran, Syria, North Korea, along with several other nations in Africa and the Middle East and even Russia and China under the legislation all of which are "know" to have supported and aided hostilities against the United States.
  za:http://blog.alexanderhiggins.com/2011/05/15/congress-vote-declaration-world-war-3-endless-war-borders-clear-enemies-22785/





  Libya: The Bombing of Civilian Targets. Zionist US Killing Libyan Civilians Say Russian Docs On Scene. Testimony of Russia Doctors in Libya
   List otwarty rosyjskich lekarzy pracujących w Libii do Prezydenta Federacji Rosyjskiej 28.03.2011  (zdj. Reuters)
   Relacja dostarczona przez zespół rosyjskich lekarzy. Są to zeznania naocznych świadków o tym, co dzieje się na terenie Libii. Jest ona sprzeczna ze strumieniem dezinformacji medialnej. Rosyjscy lekarze potwierdzają, że koalicja rutynowo bombarduje obiekty cywilne. Dla tych postępowców, którzy zatwierdzili "humanitarny" mandat US-NATO, to zeznanie daje nam dowód rozległych zbrodni wojennych popełnionych przez tych, którzy twierdzą, że przychodzą z pomocą ludności cywilnej. Budynki mieszkalne i szpitale są na celowniku inteligentnych bomb sterowanych przez koalicję. Bomby te są niezwykle precyzyjne. Bombardowanie cywilów nie jest przypadkowe. Cele cywilne to są tak zwane przez napastników "zatwierdzone cele". Są one częścią listy celów.
Dzisiaj ma miejsce jawna zewnętrzna agresja USA i NATO przeciwko suwerennemu państwu - Libii.
   A jeśli ktoś może w to wątpić, to mówimy, że ten oczywisty fakt jest powszechnie znany, ponieważ to wszystko dzieje się na naszych oczach, a działania USA i NATO zagrażają życiu nie tylko obywateli Libii, ale również nas, którzy jesteśmy na terytorium Libii. Jesteśmy oburzeni barbarzyńskim bombardowaniem Libii, prowadzonym przez koalicję USA i NATO.
   Bombardowanie Trypolisu i innych miast w Libii jest nie tylko na obiekty obrony powietrznej i libijskie lotnictwo, nie tylko przeciwko libijskiej armii, ale również na infrastrukturę wojskową i cywilną. Dzisiaj, 24 marca 2011 r. samoloty NATO i USA, przez całą noc i cały ranek bombardowały przedmieścia Trypolisu - Tajhura (gdzie znajduje się libijski Ośrodek Badań Nuklearnych). Obiekty obrony powietrznej i lotnictwa w Tajhura zostały zniszczone już w pierwszych 2 dniach ataków i w mieście pozostały bardziej aktywne obiekty wojskowe, ale dzisiaj celem ataków są koszary armii libijskiej, wokół których są gęsto zaludnione obszary mieszkalne i obok - największe w Libii Centrum Kardiologiczne. Cywile i lekarze nie mogli przewidzieć, że będą niszczone obiekty mieszkalne, więc żaden z mieszkańców czy pacjentów szpitala nie został ewakuowany.
   Bomby i rakiety spadały na domy mieszkalne i w po