Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Największy przekręt w III RP

  Emeryt pod palmami, czyli grzebanie na wysypisku smieci.
   Cyrk emerytalny w najlepsze jedzie ku przepaści. Od kilkunastu dni medialny młyn zasypuje nas informacjami na temat "koniecznych" zmian w systemie ubezpieczeń emerytalnych. Zgodnie z proponowanymi przez rządzącą koalicję PO-PSL zmianami Polacy będą musieli harować do 67 roku życia, czyli dla wielu dożywotnio, odprowadzając pokaźny haracz z wielce złudną nadzieją, że będą się cieszyć zgromadzonymi środkami przez cały okres "pogodnej jesieni" swego życia. Może i by tak było, gdyby nie fakt, że rozpadający się system ubezpieczeń emerytalnych jest w istocie niebezpieczną piramidą finansową, wysysająca z naszych portfeli olbrzymie pieniądze.
   Jak się jednak okazuje nikt, włącznie z wszystkimi partiami opozycyjnymi wobec rządzącej sitwy, nie ma ochoty dostrzec tego faktu. Istotą proponowanej przez koalicję PO-PSL reformy jest rozwiązanie idealnie dopasowane do indolencji rządzącej partii, czyli technicznie najprostsze, ale z punktu widzenia osoby pracującej najmniej dla nas korzystne – podniesienie wieku emerytalnego do 67 roku życia. Rząd tłumaczy, że konieczność tej korekty wynika z coraz bardziej niekorzystnej proporcji pomiędzy liczbą ludzi czynnych zawodowo a liczbą osób w wieku poprodukcyjnym oraz wydłużającym się czasem życia. Krótko mówiąc, coraz mniej pieniędzy wpływa do systemu i ponoć coraz dłużej świadczenia są wypłacane. I pewnie to prawda.
   Ale "rząd" kierowany przez Donalda Tuska – nieudacznika na łańcuchu Berlina i zagranicznych koncernów – niczym wzorowy uczeń bolszewików wybrał najprostsze rozwiązanie w rodzaju: jest głód! wybić darmozjadów! Czyli w tej sytuacji: brakuje na emerytury! – zredukować liczbę emerytów! Jako że nie można ich jeszcze wybić wprost trybem katyńskim (to jeszcze nie jest na liście unijnych standardów), to plan Tuska przewiduje rozwiązanie szeroko stosowane w sowieckich łagrach – zakatować niewolników pracą (niestety nimi dla nich jesteśmy). Oczywiście eurokomuniści są o wiele bardziej pragmatyczni od swoich bolszewickich pobratymców, dlatego w ich interesie nie jest zapracowanie swoich ofiar na śmierć w ciągu kilku miesięcy, lecz ze względu na ściągany haracz zwany składką emerytalną, taką idealną z ich punktu widzenia granicą życia ludzkiego jest wiek przejścia na emeryturę. Gdyby nie lęk przed buntem (wciąż są zakładnikami wymyślonego przez Żydów przesądu o nazwie demokracja), to pewnie kazaliby ludziom pracować do śmierci. Na razie jednak na taką szczerość nie mogą sobie pozwolić, bo nie mogą jeszcze powiedzieć, że "tak jest w Unii i musimy się dostosować". Ale już do tego blisko, bo już mogą powołać się na kilka krajów.
   Wszystko jednak przed nami, bo młyny rządowej propagandy pracują pełną mocą. Na razie więc ubierają w piękne słówka swoje pomysły, o których przed wyborami milczeli jak zaklęci. I mówią, że ludzie żyją coraz dłużej (kto żyje, to żyje), więc przyszli emeryci wcale nie będą krócej cieszyć się zżyciem po zakończeniu aktywności zawodowej; jednocześnie mówią że dzięki dłuższej pracy zgromadzimy więcej środków na kontach (niestety, nie mówią, że na cudzych), a dzięki temu będziemy mieć wyższe emerytury. Oczywiście nie mówią o tym, że bardzo liczą na to, że wielu nie dożyje wieku emerytalnego.
   To wszystko pokazuje jak bardzo bolszewicki duch panuje nad polską rzeczywistością społeczną i ekonomiczną. Okazuje się, że nie tylko w PRL, ale także w jego obecnej mutacji o nazwie III RP, system emerytalny działa doskonale, gdy nie ma emerytów, służba zdrowia działa doskonale, gdy nikt nie choruje, zaś publiczna oświata, gdy nie ma uczniów. I nie dotyczy to tylko ekipy pozostającej u żłobu – opozycja też nie tryska w tych tematach żadnymi oryginalnymi, a przede wszystkim sensownymi pomysłam.
   System emerytalny potrzebuje reformy. Jednak to, co zaproponował Tusk to nie żadna reforma, lecz zakamuflowana praktyka quasieutanastyczna. Wygonić bezrobotnych! Wybić darmozjadów! Wybić chorujących! Wybić emerytów! Tyle potrafi rząd Tuska i to są główne założenia jego filozofii społecznej. Tylko dzięki silnemu piętnu naszej katolickiej wiary zawdzięczamy, że rząd jeszcze nie promuje oficjalnie eutanazji, ale "Wyborcza" już od dawna sączy jad ogłaszając co jakiś czas "sondaże" poparcia dla tzw. eutanazji, czy też publikując ckliwe artykuły o tym jak to nieuleczalnie chorych zmusza się do znoszenia strasznych cierpień, zamiast pozwolić im umrzeć.
   Niestety ani Prawo i Sprawiedliwość, ani SLD, ani Solidarna Polska, a tym bardziej obłąkańcy Palikota nie proponują niczego, co by zbliżało nas do rozwiązania emerytalnego pata. Przeciwnie, wszystkie propozycje opozycji mieszczą się w ramach obecnie istniejących rozwiązań. Koalicja proponuje ujednolicenie i wydłużenie wieku emerytalnego, zaś opozycja na przykład jako kryterium przejścia na emeryturę liczbę przepracowanych lat. Jednak w niczym nie zmienia to istoty obecnie obowiązującego systemu, który nadal pozostaje groźną i potwornie obciążającą nasze zarobki piramidą. I, jak można zaobserwować, nikt nie zamierza podważać obecnego systemu, a już na pewno nie rząd, który jak ognia obawia się referendum w tej sprawie. Pozornie niezrozumiały jest ten strach, bo niby dlaczego rząd miałby się obawiać referendum? Przecież jeśli ludzie by nie chcieli pracować dłużej, to ich sprawa. Chcą mieć głodowe zasiłki, to ich sprawa! Rząd tylko powinien wyjaśnić konsekwencje odrzucenia proponowanych rozwiązań. Rzecz jednak w tym, że rząd nie działa w interesie, że tak zacytuję klasyka – "ludzi pracy", lecz w interesie kliki zarządzającej wpłacanymi przez nas do systemu pieniędzmi. Przecież oni maja komfortową sytuację – co miesiąc mają zagwarantowane miliardy złotych, którymi mogą dysponować jak chcą. A takie referendum mocno ugodziłoby w ich interesy.
   Proponowana "reforma" nie jest żadną reformą systemu emerytalnego, lecz próbą uszczelnienia systemu odbywającej się na gigantyczną skalę grabieży. Nie chodzi w tych pomysłach o to, żeby poprawić nasz los na starość, lecz o to żeby ograbiać nas dłużej. A później, gdy nie będziemy mogli przeżyć miesiąca z emerytury, lichwiarze odbiorą nam mieszkanie pod pozorem świadczenia tzw. renty hipotecznej. Taką jesień życia przygotowuje nam Platforma z PSL-em, ale niestety także i wszelkich kolorów obecna w parlamencie opozycja. A przecież trzeba tak niewiele! Wystarczyłoby wprowadzić dobrowolność ubezpieczeń emerytalnych, co wystarczyłoby, aby zarządcy funduszami emerytalnymi całkowicie zmienili sposób rozumowania i podejście do problemu. Jeśli jednak ubezpieczenia emerytalne miałyby pozostać obowiązkowe, to nie może to funkcjonować na zasadzie finansowej piramidy, lecz opierając się na indywidualnych kontach, na których sami sobie gromadzimy fundusze na starość. Ukierunkowani na interes Polski politycy muszą to wreszcie zrozumieć. Nie oszukujmy się – ZUS należy zlikwidować, a zamiast niego należy skopiować rozwiązania chilijskie. Oczywiście bez "ulepszeń" "ekspertów" w rodzaju Ryszarda Petru, które z pewnością wypaczyłyby sens tego rozwiązania. Byłoby to nie tylko korzystne dla nas samych, ale dla naszej gospodarki w ogóle. Inne rozwiązania nie mają po prostu sensu.
   Problemy z którymi teraz się zmagamy są wynikiem naszego egoizmu, chciwości, zakłamania i zwykłej głupoty. Chcemy mieć obecny system i duże emerytury, ale nie chcemy mieć dzieci. Chcemy mieć duże emerytury, ale nie chcemy systemu przebudować tak, żeby generował odpowiednią liczbę pieniędzy. I dobrze nam tak. Albo coś z tym zrobimy, albo oczadziali bolszewicką mentalnością będziemy zdychać na starość penetrując wysypiska śmieci. I to tylko jeśli dożyjemy. W ten sposób kapitalistyczna forma w drapieżnej odmianie (grzebanie w śmietnikach) zostanie idealnie wypełniona bolszewicką treścią (przywiązanie do obecnego systemu emerytalnego).
   Żaden jednak system emerytalny nie jest tak doskonały jak własna zapobiegliwość i liczna gromadka dobrze wychowanych dzieci. Jest to najstarszy i najdoskonalszy system emerytalny jaki kiedykolwiek istniał na świecie. Dlatego szczególna naszą troska nie powinna być legalizacja pasożytniczych związków sodomicznych, lecz ochrona rodziny i wszechstronna jej pomoc. Oczywiście, podobnie jak w przypadku umowy ACTA sprawa podwyższenia wieku emerytalnego do 67 roku życia bez względu na płeć jest już przesądzona, o czym świadczy chociażby wyjątkowa alergia szkodników z PO z Tuskiem na czele do pomysłu przeprowadzenia referendum w tej sprawie. Co więcej PO nie przewiduje w tym względzie żadnego kompromisu i wszelkie w tym względzie konferencje prasowe i spotkania Bronisława Komorowskiego są tylko farsą pozorującą społeczne konsultacje. Jak zwykle w tej sytuacji główny wysiłek rządowej propagandy idzie w kierunku ogłupienia narodu, aby – jak zwykle – parciany stryczek pomylił w zależności od płci, z diamentową kolią lub ramionami ukochanej kobiety. I coście zmotłoszałe gnojki narobili dając im drugą kadencję? Ten rząd rzeczywiście należy obalić i to szybko.
  za http://www.patriota.pl/index.php/hic-et-nunc/lewiatan/453-emerytury

Pogłębia się soc-demo-libertyński horror w systemie ubezpieczeń emerytalnych. Realizując – kosztem zwykłych obywateli – postulaty pasożytniczego lobby spod znaku "Przedsiębiorstwo Socjalizm", władze Litwy jako kolejnego państwa w Europie podjęły decyzję o podniesieniu wieku emerytalnego. Wcześniej w tym kierunku poszły już Niemcy, Francja, Rumunia, zaś przymierza się do tego kroku Wielka Brytania. Jak się jednak okazuje wszelkie pomysły nie zmierzają do naprawy sytuacji, lecz pielęgnowania patologii, która jest źródłem dostatniego życia dla garstki lewicowych oligarchów.
   W piątek 10 czerwca br. litewski sejm znowelizował ustawę o ubezpieczeniach społecznych. Oznacza to, że do 2026 r. wiek emerytalny na Litwie zostanie stopniowo wydłużony do 65 lat i ujednolicony dla kobiet i mężczyzn. Obecnie na Litwie kobiety mogą przechodzić na emeryturę po ukończeniu 60 lat, a mężczyźni 62,5. Znamienne, że za wydłużeniem wieku emerytalnego opowiedzieli się przede wszystkim konserwatyści, co dowodzi ich całkowitej dyspozycyjności wobec zarządzającej ubezpieczeniami emerytalnymi lewicowej oligarchii.
   W ubiegłym roku w reakcji na "rosnący deficyt" w systemach emerytalnych analogiczne decyzje podjęły władze Rumunii, Francji i Hiszpanii. W połowie września ub. roku w Rumunii uchwalono stopniowe zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn i podniesienie go do 65 lat od 2015 roku dla mężczyzn, a od 2030 roku dla kobiet. Niespełna miesiąc później analogiczną ustawę emerytalną podpisał prezydent Francji Nicolas Sarkozy argumentując, że "reforma ta ratuje od upadku obecny system emerytalny". Zakłada ona stopniowe podniesienie do 2018 r. minimalnego wieku przejścia na emeryturę z 60 do 62 lat. Podwyższono także z 65 do 67 lat wiek, od którego można będzie otrzymać emeryturę w pełnej wysokości i wydłużono okres płacenia obowiązkowych składek emerytalnych z 40,5 roku obecnie do 41 lat w 2012 r. i do 41,5 lat w 2020 roku. Z końcem ub. roku także premier bankrutującej Hiszpanii, socjalista Jose Luis Rodriguez Zapatero, objawił, że w 2013 r. rozpocznie się w tym kraju wydłużanie wieku emerytalnego do 67 lat, które potrwa do 2027 roku. Do łupieżczej reformy przymierza się też Wielka Brytania. Rok temu tamtejszy rząd zapowiedział, że ustawowy wiek emerytalny dla mężczyzn zostanie podniesiony do 66 lat od 2016 r., a dla kobiet do 65 lat od 2018 r.
   Jednocześnie rządy zapewniają, że po reformie będzie lepiej, a przynajmniej nie gorzej. Na przykład rząd brytyjski zapowiedział wspaniałomyślnie, że kto będzie chciał, będzie mógł pracować dłużej niż ustalona granica wieku emerytalnego. Jeszcze dalej – a co? – w obietnicach posunął się Nicolas Sarkozy, który dał Francuzom "gwarancję", że na pewno będą mogli liczyć na swoje emerytury i że poziom tych świadczeń będzie utrzymany. Brawo! Nie ujawnił jednak, z usług której wróżki korzystał. Ale to nie koniec "dobrych" wieści. "Prawicowy" Senat wprowadził "oszałamiające" poprawki przewidujące, że rodzice mający co najmniej trójkę dzieci i rodzice dzieci niepełnosprawnych będą mogli otrzymywać emerytury w pełnym wymiarze od 65. roku życia (jakoś trzeba zachęcić do produkcji płatników emerytalnego haraczu).
   Rządy argumentują swoje decyzje "rosnącym deficytem" systemów emerytalnych, który zmusza państwo do zaciągania pożyczek na wypłacanie emerytur. W Rumunii do końca 2010 r. odnotowano z tego tytułu deficyt w wysokości 3 mld euro. Z kolei w Wielkiej Brytanii koszt dla budżetu z tytułu emerytur sektora publicznego do 2015 r. sięgnie 9 mld funtów, co oznacza, że w porównaniu z 2010 r. się podwoi. Z "głębokim deficytem kas emerytalnych" mamy również do czynienia we Francji. Władze liczą, że samo przesunięcie progu o dwa lata pozwoli na uzyskanie w najbliższych latach dodatkowych 20 mld euro.
   Argumentacja rządów i zapewnienia, że jeśli nawet nie będzie lepiej to przynajmniej nie będzie gorzej pokazują rażącą arogancję elit rządzących państwami na obszarze cywilizacji euroatlantyckiej. Chociaż miliony obywateli tych wszystkich państw wpłacają co miesiąc grube miliardy euro do krajowych kas emerytalnych, to jedyne co rządy są w stanie im zagwarantować to dłuższą pracę, co dla wielu będzie oznaczać pracę dożywotnią. Czy ktoś kiedyś miał odwagę rozliczyć rządy jak w ogóle zarządzają tymi pieniędzmi? Przecież te wszystkie "reformy" (Polskę też to czeka), to jedna wielka, prowadzona systematycznie i na globalną skalę grabież, która na dodatek dokonuje się w poczuciu całkowitej bezkarności. A już szczytem bezczelności są stwierdzenia, które niby mają pocieszać ogłupiały demos, w rodzaju, że będzie można pracować dłużej niż granica emerytalnego wieku, czy też pisane patykiem na wodzie "gwarancje", że w nowej sytuacji w ogóle będzie możliwe otrzymywanie emerytur. Krótko mówiąc rządy robią swoim obywatelom wielką łaskę, że w ogóle chcą wypłacać jakieś emerytury, zapominając najwyraźniej, że przecież są one wypłacane z ciężko zapracowanych wpompowywanych do systemu olbrzymich składek. Trzeba być wytresowanym na gazetowyborczo-TVNowskim światopoglądowym śmietniku debilem, żeby ten uwłaczający elementarnej inteligencji soc-demo-lewacki bełkot brać na serio. A jednak to działa.
   Tragizm tej sytuacji polega na tym, że w ogóle nie stawia się zasadniczych pytań w kontekście zapaści obecnych systemów emerytalnych, a zwłaszcza o filozofię ich funkcjonowania. Ale przecież indoktrynowany przez "laickie" szkolnictwo ochlokratyczny demo(no)s w ogóle nie odczuwa zadawania jakichkolwiek pytań. Po co? Przecież wystarczy włączyć "pralkę mózgów" i odpowiedź jest gotowa. Co z tego że nie prawdziwa, ale jest miło i przyjemnie, a jak nawet pojawi się jakiś dyskomfort, to zawsze można włączyć "M jak miłość" czy jakiś quiz. Skąd więc ten deficyt w ubezpieczeniach emerytalnych? To proste. Wystarczy posłuchać zaufanych polityków? Najbardziej kompleksowo odpowiedział na to pytanie niezastąpiony w kwestiach ogłupiania ludzi Zapatero, który stwierdził, że w przyjętej przez jego rząd strategii reformy emerytalnej kierowano się m.in. "względami demograficznymi". – Będzie wiele osób pobierających emerytury, dlatego więc musimy już dziś myśleć, jak zapobiec temu, aby wydatki publiczne nie wystrzeliły nagle zbytnio do góry – tłumaczył się lewicowy partacz. Z pomocą przychodzą też statystyki, które przecież nie kłamią. Przykładowo, średnia długość życia w Wielkiej Brytanii wynosi obecnie 77,4 lat dla mężczyzn i 81,6 lat dla kobiet, zaś ćwierć wieku temu wskaźnik ten wynosił 71 lat dla mężczyzn i 77 lat dla kobiet.
   No i po co zadawać pytania? Przecież wszystko jasne! Wychodzi na to że sami sobie jesteśmy winni, bo nie wpadliśmy na to, że jest nas za dużo. A Unia Europejska przecież tyle robi żeby nas było mniej. Swoimi standardami upadla jedzenie zabijając płodność, niszczy ducha i deprawuje, czyniąc nasze życie tak nieznośnym, że im człowiek starszy tym bardziej powinien mieć ochotę poprosić o eutanazję i jeszcze za tę "dobroczynność" słono zapłacić. A tu nic! Młodych wprawdzie coraz mniej, ale starych przybywa. Zamiast prosić o eutanazję z chwilą przejścia na emeryturę, bezwstydnie żyją coraz dłużej, a z punktu widzenia architektów Nowego światowego Ładu wręcz w nieskończoność. Ale od czego mamy ministerstwa edukacji? Czas najwyższy zabrać się za tworzenie programów edukacyjnych, które z pomocą unijnych dotacji, odpowiednio "wyedukują" Europejczyków zgodnie z unijnymi standardami w poszanowaniu dla wszelkich aberracji społeczno-obyczajowych. "Przedsiębiorstwo Socjalizm" nie może przerwać pracy. Przeciwnie – musi się rozwijać.
   Oczywiście tendencje demograficzne są nieubłagane. To prawda, że ludzie żyją dłużej, a społeczeństwa się starzeją, jednak w uczciwie zbudowanym systemie emerytalnym czynniki te nie odgrywają żadnej roli. Współczesne systemy emerytalne są niczym innym jak gigantycznymi mechanizmami masowego łupienia, które pod pięknymi szyldami "sprawiedliwości społecznej" bezwzględnie ograbiają całe narody z ich ciężko zapracowanych dochodów. Co gorsza, dzięki potwornemu zakłamaniu, proceder ten odbywa się za pełnym przyzwoleniem zainteresowanych. Wystarczą bałamutne obiecanki w rodzaju tych, jakimi uspokajał Brytyjczyków minister ds. pracy i emerytur Iain Duncan Smith ("Jeśli Wielka Brytania ma mieć stabilny system emerytalny i taki, na który państwo stać, to ludzie muszą pracować dłużej, ale rząd nagrodzi ich [pod warunkiem, że dożyją – W.P.] za pracę przyzwoitą emeryturą państwową zapewniającą im wysoką jakość życia po wycofaniu się z życia zawodowego), aby ludzie, niczym owce idące na rzeź, pogodzili się z nową rzeczywistością.
   Nikt nie pyta o istotę problemu, a zamiast tego przeciwnicy wydłużenia wieku emerytalnego podnoszą drugorzędne i nie mające znaczenia dla uczciwego rozwiązania sytuacji kwestie. Co więc słyszymy od (udawanych?) przeciwników "reformy"? Rumuńskie partie opozycyjne, głównie socjaldemokraci twierdzą, że teraz wielu ludzi w ogóle nie doczeka się emerytury, albo będzie się starało o uzyskanie rent. We Francji przeciwnicy reformy podkreślają, że w jej wyniku ucierpią szczególnie osoby zaczynające aktywność zawodową w młodym wieku oraz ci, którzy pracują w bardzo trudnych warunkach. Tymczasem brytyjskie związki zawodowe podkreślają, że średnia życia pracowników przemysłowych jest niższa od średniej krajowej, co oznacza, że dla wielu z nich emerytura stanie się nieosiągalna. Z kolei lobby emerytów – National Pensioners Convention – zwraca uwagę, że "nie ma wystarczającej liczby miejsc pracy dla osób starszych wiekiem, a tam, gdzie są, są niepewne i nisko płatne". Poza tym zero głębszej refleksji nad zaistniałą sytuacją i sposobami jej uzdrowienia.
   A przecież w tym wszystkim kompletnie nie o to chodzi. Nicolas Sarkozy argumentując za podniesieniem wieku emerytalnego użył niezwykle znamiennego stwierdzenia – "reforma ta ratuje od upadku obecny system emerytalny". Dla każdego analityka jest to niezwykle ważne stwierdzenie, ponieważ zdradza ono u wszystkich rządów, które idą tym tropem, elementarny brak woli rozwiązania problemu. Bo ani wydłużenie okresu składkowego, ani podwyższenie składek emerytalnych nawet o milimetr nie przybliży nas do rozwiązania problemu. Sprawa jest banalnie prosta – tego systemu nie sposób zreformować. Jest to oczywiste.
   Dlaczego więc, mimo tej oczywistości, Sarkozy i pozostali rządzący chcą go "ratować"? Odpowiedź jest bardzo prosta – bo na obsłudze tej patologii jakaś lewicowa koteria świetnie zarabia. Wystarczy zobaczyć jak wyglądają siedziby tych instytucji, jak rozkładają się pensje dyrektorów, prezesów, członków zarządu, jaki jest poziom zatrudnienia, wysokość prowizji pobieranych od deponowanego tam kapitału, koszty jego transferu etc. Z prowizjami wiąże się kolejny problem. Można by zapytać dlaczego pobierane przez fundusze emerytalne prowizje są tak haniebnie wysokie i dlaczego w ogóle są? Otóż czynnikiem, który w głównym stopniu o tym decyduje jest przymusowość. Zauważmy, że każdy bank gotów jest nam płacić wyższe lub niższe odsetki, abyśmy tylko zechcieli deponować w nim nasze pieniądze. Zwróćmy uwagę na słowo "zechcieli". W przypadku systemów emerytalnych nie ma takiego słowa, jest za to słowo "musimy". Ono sprawia, że chociaż sytuacja jest analogiczna (i tu i tu zostawiamy nasze pieniądze), to jednak w przypadku funduszy emerytalnych musimy słono płacić za to, że musimy deponować tam swoje pieniądze. Wystarczyłoby wprowadzić dobrowolność, a prowizje najprawdopodobniej zniknęłyby z dnia na dzień. Jakże więc silne musi być lobby pasożytujące na milionach ludzi za pomocą narzędzia, jakim są systemy emerytalne. Za naszym przyzwoleniem i właściwie na nasze życzenie (sami wynosimy tych ludzi do władzy) odbywa się największa grabież w historii. Można być raczej pewnym że rządzący państwami cywilizacji euroatlantyckiej politycy nie przejmują się narastającym kryzysem ubezpieczeń emerytalnych.
   Ze względu na skalę drenażu pieniędzy ubezpieczenia emerytalne są jednym z najważniejszych filarów "Przedsiębiorstwa Socjalizm". Zarządców tego biznesu, ze względu na zapaść demograficzną, niepokoi groźba zmniejszenia się liczby płatników z jednej strony i jednocześnie zwiększająca się liczba ludzi w wieku poprodukcyjnym z drugiej. Jako że priorytetem tego biznesu jest niekończąca się grabież społeczeństw, a nie zapewnienie ludziom środków utrzymania na starość, to tym co przyprawia polityków o ból głowy nie jest uzdrowienie sytuacji, lecz zagwarantowanie nieustającego i obfitego strumienia pieniędzy do systemu. Stąd celem "reformy" nie jest uzdrowienie sytuacji, lecz – jak powiedział otwarcie Sarkozy – "uratowanie od upadku obecnego systemu". Dlatego doraźnym problemem rządzących jest, i jak się okazuje całkiem łatwym do przezwyciężenia, przekonanie ludzi aby pracowali dłużej, czyli wpłacali więcej, w nadziei że to się im opłaci.
   A przecież nie po to jest, przynajmniej w założeniu, system emerytalny, aby na nim zarabiać, lecz po to żeby zapewnić ludziom kończącym okres aktywności zawodowej godziwe zabezpieczenie finansowe. Obecnie obowiązujące systemy nie spełniają tej roli, więc należy je jak najszybciej zlikwidować. Jak najszybciej, bo u ich podstaw leżą skrajnie fałszywe przesłanki. Poza tym jest to klasyczna, zagrażająca egzystencji setek milionów ludzi godna największego potępienia finansowa piramida. W zasadzie ten system, jak wszystko w lewackiej oligarchii, funkcjonuje dobrze tylko wtedy, gdy jest dużo wpłacających i jak najmniej świadczeniobiorców (ideałem byłoby gdyby ich w ogóle nie było).
   Jak już wspomnieliśmy, w uczciwie zbudowanym systemie emerytalnym czynniki demograficzne nie mają żadnego znaczenia, ponieważ każdy oszczędza na własną emeryturę. Ile odłoży, tyle ma. Rozwiązanie więc wydaje się dziecinnie proste – wystarczyłoby (w przypadku Polski) każdemu pracującemu założyć konto w Narodowym Banku Polskim, na którym co miesiąc każdy odkładałby jakąś sumę, albo sięgnąć do wzorcowych doświadczeń chilijskich w tej dziedzinie, jeżeli już tradycyjnie nie potrafimy wypracować praktycznie żadnego systemowego rozwiązania.
   ZUS należałoby zlikwidować w trybie natychmiastowym, zaś obecnych emerytów spłacić ze środków budżetowych. Trwałoby to trochę, ale w ostatecznym bilansie likwidacja tej pasożytniczej hydry bardzo by się opłaciła. Chcąc wymusić na obywatelach zgodę na wydłużenie okresu składkowego rządy wcale nie działają w interesie przyszłych emerytów (ani też w interesie państwa), lecz w interesie tych, którzy zarządzają systemem ubezpieczeń emerytalnych. Jeśli ktoś w tym haniebnym procederze może liczyć na "pogodną jesień życia", to tylko oni, bo na pewno nie ci nieszczęśnicy, którzy będą musieli pracować dłużej nie mając żadnej gwarancji, że ich emerytury będą większe i że w ogóle jej dożyją.
   Jeśli nie zlikwidujemy obecnych systemów emerytalnych alternatywą dla społeczeństw będzie sukcesywne wydłużanie okresu składkowego poprzez nieustanne podnoszenie wieku emerytalnego (może uczciwiej byłoby od razu podwyższyć wiek emerytalny do stu lat?) lub obniżanie wieku obowiązku szkolnego (co właśnie dokonuje się w Polsce) ewentualnie stosowanie obu rozwiązań jednocześnie. Po cichu jest przygotowywane kolejne, o wiele bardziej drastyczne rozwiązanie, które na zasadzie dobrowolności (na razie) zostało już wprowadzone w Belgii i Holandii. Jak już zauważyliśmy, natura obecnie obowiązujących systemów ubezpieczeń społecznych jest taka, że funkcjonują dobrze tylko wtedy, gdy jest dużo wpłacających i zero świadczeniobiorców. I tutaj zbiegają się interesy lobby emerytalnych oligarchów z interesami lobby promującego tzw. dobrą śmierć czyli eutanazję. Niebawem, jak tylko zakończy się w "Gazecie Wyborczej" zmasowana kampania promująca i oswajająca nas ze zboczeniami seksualnymi, w periodyku tym będą pojawiać się najpierw niewielkie wzmianki, a później coraz większe artykuły o tym jak to polskie państwo okrutnie obchodzi się z ludźmi nieuleczalnie chorymi i cierpiącymi, których zmusza się do życia w cierpieniu nawet jeśli nie chcą żyć. W sukurs "Gazecie", którą tak lubi kardynał Stanisław Dziwisz, niechybnie przyjdzie Joanna Mucha, najpiękniejsza posłanka rządzącej partii, do której (partii oczywiście) słabości nie kryje spoglądający na nas demonicznie z 17 strony najnowszego "Newsweeka" bp Tadeusz Pieronek. Sytuacja jest więc dla szarego człowieka niezwykle groźna, bo analogicznie, jak to się dzieje w Belgii i Holandii tylko patrzeć jak rozpętana zostanie nagonka na ludzi starych i chorych terminalnie. Nie zmienia to jednak faktu, że ten szary, najczęściej jeszcze młody, człowiek uparcie w każdych wyborach najchętniej głosuje na polityków, którzy są całkowicie dyspozycyjni wobec tych dwóch lobby, i którzy stanowią dla niego śmiertelne – i to w sensie dosłownym – zagrożenie.
   Sprawa rozwiązania narastającego kryzysu ubezpieczeń społecznych ma też paradoksalnie i pozytywny aspekt. Jest to doskonały test na szczerość poglądów i uczciwość polityków. Wiadomo, że człowieka najlepiej poznać po czynach i ich owocach. W obliczu konkretnego problemu okazuje się czy dany polityk jest politycznym pasożytem z gębą wypchaną lewackimi frazesami czy odwołującym się do zasad moralnych i rozumu mężem stanu pragnącym rozwiązać problem tak, aby pogodzić interes publiczny i indywidualny każdego obywatela, czyli sprawiedliwie. Kryzys ubezpieczeń społecznych obnażył z całą surowością nędzę moralną i intelektualną polityków w zasadzie wszystkich opcji, a także nędzę moralną i atrofię intelektualną całych społeczeństw, które pokornie przyjmują kolejne wynalazki laboratorium "Przedsiębiorstwa Socjalizm". Nie ulega wątpliwości, że Europą rządzą tchórze i pasożyci wynoszeni do władzy przez stado bezrefleksyjnych lemingów.
   Poza niszowymi (np. Unii Polityki Realnej), wszystkie przedstawiane propozycje "reformy" ubezpieczeń społecznych sprowadzają się nie do rozwiązania problemu, lecz do eksterminacji świadczeniobiorców czy to za pomocą eutanazji, czy też poprzez zamęczenie ich pracą na śmierć. Krótko mówiąc, polityk lewicowy, gdy staje w obliczu deficytu w systemie ubezpieczeń emerytalnych widzi tylko jedno proste rozwiązanie – wybić świadczeniobiorców. Z kolei polityk prawicowy, będzie dążył do zwiększenia godziwymi metodami liczby pieniędzy w systemie chociażby poprzez tak prostą operację, jak likwidacja wspólnego wora i założenie pracownikom indywidualnych kont. No, ale zachęcać do eutanazji i kazać ludziom dłużej pracować jest o wiele łatwiej.
   Podobnie rzecz się ma i w innych sprawach. Gdy lewicowy polityk stanie w obliczu niedoboru żywności jego kierunek myślenia jest prosty – zmniejszyć liczbę konsumentów, np. poprzez zagłodzenie części populacji jako systemowych wrogów, czy też wymordowanie wybranych kategorii osób jako np. homofobów, ksenofobów, antysemitów, wykazujących się ogólnie nietolerancją i brakiem otwartości etc. Prekursorami zastosowania na masową skalę tego rodzaju rozwiązania byli bolszewicy w Rosji. Tymczasem polityk prawicowy będzie dążyć do zwiększenia ilości żywności, czy to poprzez doraźny import czy też w dłuższej perspektywie przez podniesienie kultury rolnej. Weźmy jeszcze inną sytuację. Gdy lewicowy polityk stanie w obliczu bezrobocia, to pierwsze co mu przyjdzie do głowy, to zredukować liczbę bezrobotnych, najlepiej poprzez wypędzenie ich do krajów lepiej prosperujących lub zakazanie pracy na pół etatu emerytom, którzy "bezwstydnie" okupują miejsca pracy, uniemożliwiając podjęcie pracy młodym. To, że dla wielu emerytów oznacza to powolną agonię z niedostatku lub bezdomność wcale ich nie interesuje (chociaż może i interesuje, bo przecież później, w kampaniach wyborczych będą mieli pole do popisu "walcząc" o poprawę ich losu). Tymczasem polityk przeniknięty duchem Ewangelii, dla którego każdy człowiek jest wyjątkowy i niepowtarzalny, będzie poszukiwać rozwiązań, których wprowadzenie będzie skutkować zwiększeniem liczby miejsc pracy. Będzie więc dążyć do zmniejszenia obciążeń fiskalnych, aby pobudzić koniunkturę w gospodarce (lewak podniesie podatki niby to na zasiłki dla bezrobotnych) czy też zlikwiduje bariery prawno-biurokratyczne utrudniające zakładanie firm i prowadzenie działalności gospodarczej. Są to uproszczone schematy, ale doskonale oddają one mentalność ludzi, którzy odcinają się od Ewangelii, ewentualnie tylko udają do niej przywiązanie, od tych którzy w pełni respektują jej ducha. Jak w tym wszystkim odnajdują się SLD i PO, wszyscy widzimy – cuchnące siarką i czosnkiem lewactwo. Ale jak w tym odnajduje się Prawo i Sprawiedliwość? Jeśli chodzi o systemy emerytalne nie widać najmniejszych symptomów myślenia odmiennego od tego, jakie reprezentują elity polityczne krajów, które podniosły wiek emerytalny. I to jest niepokojące. Na szczęście w innych kwestiach jest nieco lepiej.
   Bez względu jednak na przepychanki wokół kryzysu w ubezpieczeniach społecznych i ich wynik, jest jedna niepodważalna prawda – najdoskonalszym systemem emerytalnym jest zdrowa moralnie rodzina. Jeżeli chcemy mieć spokój na starość postarajmy się o dużo dzieci, porządnie je wychowajmy i żyjmy roztropnie oszczędzając ile się da. Korzyść będzie podwójna – osobista dla nas, bo moralnie wychowane dzieci nigdy nie będą zachęcać nas do samobójstwa i nie zabraknie nam środków do życia – i dla państwa, bo gdy te wychowane w duchu Chrystusowej Ewangelii dzieci dorosną i wejdą w życie, zastąpią obecnych pustoszących Europę lewicowych zombich, budując świat oparty na Bożej sprawiedliwości, bynajmniej nie społecznej. Dlaczego budowanie naszej rzeczywistości według oświeceniowych ciemniaków i Marksa jest odbierane jako coś oczywistego, zaś gdy chcemy to czynić na fundamencie Chrystusowej Ewangelii, to wywołuje to u bez mała wszystkich "autorytetów" konwulsyjne drgawki? Nie ulegajmy szantażowi szczekających w mediach półgłówków oraz gnieżdżących się w uniwersyteckich wylęgarniach lewactwa ich mentorów i budujmy nasz świat po Bożemu.

Trwająca od pewnego czasu dyskusja na temat Otwartych Funduszy Emerytalnych jest u nas jaskrawo jednostronna. Gdyby przeanalizować głosy za i przeciw - to okazałoby się, że jakieś 90 proc. przekazów medialnych można zakwalifikować jako broniących dotychczasowego status quo, a tylko 10 proc. popierających propozycje rządowe. Jak to się dzieje, że w tej sprawie ręka w rękę idą "Gazeta Wyborcza" i "Rzeczpospolita", Polsat i TVN? Odpowiedź na to pytanie łatwo sobie wyrobić po przeczytaniu artykułu Andrzeja Dryszela pt. "Kto stoi za OFE?", który ukazał się na łamach tygodnika "Przegląd" (nr z 13 marca 2011 roku).
   Okazuje się, że praktycznie wszyscy histeryczni obrońcy OFE są z nimi, w taki czy inny sposób, powiązani. Listę tę zaczyna sam Leszek Balcerowicz. Dryszel pisze: "Z racji swej pozycji i dokonań prof. Balcerowicz jest z pewnością najbardziej znaczącym krytykiem rządowych zamysłów, a w tych opiniach wspierają go naukowcy ze stworzonego przezeń Forum Obywatelskiego Rozwoju.
   W 2009 r. (danych za rok ubiegły jeszcze nie ma) FOR w ramach wsparcia dostało ponad milion złotych od sponsorów. Tak się złożyło, że wśród instytucji wspierających znalazła się grupa Generali, do której należy powszechne towarzystwo emerytalne kierujące OFE o tej samej nazwie. A także ING BSK (właściciel powszechnego towarzystwa emerytalnego zarządzającego otwartym funduszem emerytalnym ING) oraz Bank Zachodni WBK, obecnie już Santander, udziałowiec powszechnego towarzystwa emerytalnego AVIVA (zarządca OFE AVIVA). I ktoś o wyjątkowo złej woli mógłby na tej podstawie wysnuć wniosek (z pewnością fałszywy), że Leszek Balcerowicz być może jest nie do końca bezstronny w obronie otwartych funduszy emerytalnych przed zakusami rządu..."
   Ale to tylko szczyt góry lodowej: "FOR podkreśla transparentność, więc ustalenie sponsorów nie było specjalną filozofią. Aspiracji do przejrzystości nie przejawia znacznie bardziej tajemniczy, określający się jako niezależny, Instytut Badań Strukturalnych, który nie ujawnia żadnych źródeł finansowania. Działają w nim prof. Marek Góra, jeden ze współtwórców reformy emerytalnej z 1999 r., oraz Agnieszka Chłoń-Domińczak, była wiceminister pracy, która zajmowała się wdrażaniem tej reformy. Wraz z szefem instytutu Markiem Bukowskim stworzyli oni raport "Zmiany w systemie emerytalnym a dług i deficyt publiczny", odnoszący się bardzo krytycznie do rządowych propozycji. Szef niezależnego IBS opublikował zaś, razem z Januszem Jankowiakiem, przewodniczącym rady nadzorczej jednego z domów maklerskich, artykuł mówiący, że przedstawiciele strony rządowej plotą zawstydzające, oparte na fałszywych przesłankach i pełne hipokryzji brednie o wyższości emerytur z ZUS, mącąc ludziom w głowach, dopuszczając się wprawiającej w konsternację manipulacji, dyskredytując II filar (czyli OFE), rzeźbiąc w liczbach bez skrupułów, insynuując. Uff... Ze względu na tę stylistykę nie brakuje przypuszczeń (zapewne niesłusznych), że niezależny Instytut Badań Strukturalnych może być sponsorowany przez Izbę Gospodarczą Towarzystw Emerytalnych, walczącą ze wszystkich sił z rządowymi propozycjami.
   Prezes IGTE, Ewa Lewicka, kiedyś była członkiem prezydium Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność", potem wiceministrem pracy i pełnomocnikiem rządu Jerzego Buźka ds. reformy zabezpieczenia społecznego, wreszcie przesiadła się na fotel szefa Izby. Doskonale wie, że im mniej pieniędzy trafi do OFE, tym mniejsze będą dochody powszechnych towarzystw emerytalnych, a zatem i zarobki zatrudnionych w nich ludzi, których ona reprezentuje. Można więc zrozumieć, dlaczego twierdzi, że rządowe propozycje oznaczają dobieranie się polityków do emerytur, są ciosem w przyszłych seniorów, działaniem prowadzącym do obniżki świadczeń, manipulacją, atakami opartymi na fałszywych podstawach.
   Zrozumiałe też, że obniżka składek przesyłanych do OFE nie może się podobać prof. Markowi Górze ze Szkoły Głównej Handlowej, który nie po to współtworzył tę reformę i objął stanowisko prezesa rady nadzorczej jednego z największych powszechnych towarzystw emerytalnych, ING, by teraz akceptować spadające dochody towarzystw. Dlatego podkreśla, że rządowe propozycje burzą zaufanie ludzi do systemu emerytalnego, pokazują im, że każdą dziedziną można ręcznie sterować, przerzucają koszty emerytur na przyszłe pokolenia.
   Przeciwników projektu rządowego wspiera w ich misji prof. Jerzy Hausner, były wicepremier i minister pracy, obecnie członek Rady Polityki Pieniężnej. Prof. Hausner ostro się wypowiada przeciwko zmniejszaniu składki kierowanej do OFE, stwierdzając, że jest to wariacka próba ratowania budżetu państwa, próby likwidacji OFE uzależniają zaś materialnie obywateli od państwa i otwierają drogę do rządów autorytarnych. Ta troska o demokrację i niezależność materialną obywateli jest tym bardziej oczywista, gdy zważyć, że prof. Hausner do czasu powołania w skład RPP był członkiem rady nadzorczej ING Banku śląskiego, do którego to banku należy powszechne towarzystwo emerytalne zarządzające OFE ING".
   Wniosek autora jest w tej sytuacji jak najbardziej słuszny: "Nie jest to zatem walka towarzystw emerytalnych i ich zwolenników w obronie wysokości przyszłych emerytur Polaków. To walka o to, by od Polaków ściągać jak najwięcej pieniędzy do własnych kieszeni".
   Można iść jeszcze dalej - OFE to system zorganizowanego drenażu zwykłych ludzi w majestacie prawa. Kto zajmuje się tym łupiestwem? W artykule czytamy: "W Polsce funkcjonuje 14 otwartych funduszy emerytalnych, w których obywatele muszą odkładać część swoich składek emerytalnych. Każdym OFE zarządza powszechne towarzystwo emerytalne. PTE to prywatne firmy, które za kierowanie OFE pobierają wysokie opłaty - do 2010 r. wolno im było pobierać do 7% od środków gromadzonych w OFE, w 2009 r. Sejm obniżył tę granicę do 3,5%. Prawie wszystkie towarzystwa emerytalne zawsze pobierały maksymalną dozwoloną stawkę.
   Najważniejsze, że są to pieniądze absolutnie niezagrożone, a na wielkość ściąganych opłat nie wpływają żadne zawirowania na rynkach finansowych. Kryzys światowy w połączeniu z nieudolnością kadry zatrudnionej w towarzystwach emerytalnych doprowadził do nieodwracalnych strat - tylko w 2008 r. z otwartych funduszy emerytalnych wyparowały ponad 24 mld zł, które odłożyli tam przyszli seniorzy. Dla dochodów powszechnych towarzystw emerytalnych nie miało to jednak żadnego znaczenia. Wzrastały one również w 2008 r. A zarobki ludzi zatrudnionych w towarzystwach emerytalnych zwiększają się systematycznie, w całkiem szybkim tempie - w 2009 r. wynagrodzenia wyniosły w sumie ponad 104 min zł (...) Gdzie na świecie istnieje drugi taki interes z kilkunastoma milionami przymusowych klientów, którym tylko w ubiegłym roku powszechne towarzystwa ściągnęły ze składek emerytalnych prawie 2,5 mld zł, osiągając czysty zysk w granicach 800 min zł? Tych pieniędzy nie trzeba było wypracowywać w mozole. Napływają same i jest ich coraz więcej, bo kolejne roczniki podejmują pracę i obowiązkowo pobiera się od nich środki dla OFE i 14 prywatnych towarzystw emerytalnych".
   Ale to nie wszystko - za granicę odpływają dywidendy wypłacane właścicielom OFE. W 2003 skromne 20 mln zł, ale już 2007 492 mln, w 2008 530 mln, a w 2009 604 mln! Dopiero w 2010 dywidenda spadła do 487 mln zł.
   Dryszel pisze: "Reforma emerytalna, jedna z "czterech wielkich reform społecznych" rządu Jerzego Buzka, od początku była ustawiana perspektywicznie pod kątem przyszłych interesów finansowych potencjalnych inwestorów z Zachodu. Dobrze pokazuje to książka amerykańskiego ekonomisty prof. Mitchella Orensteina pt. "Prywatyzacja emerytur. Transnarodowa kampania na rzecz reformy zabezpieczenia społecznego". Autor pisze, że Bank światowy skierował do Polski swego przedstawiciela, który decyzją polskich władz został powołany na stanowisko szefa Biura Pełnomocnika Rządu ds. Reformy Zabezpieczenia Społecznego. Był nim Michał Rutkowski. Po zakończeniu misji w 1998 r. Michał Rutkowski wrócił do Waszyngtonu, ale również później zabierał głos na rzecz otwartych funduszy emerytalnych.
   Pod auspicjami, także finansowymi, Banku światowego oraz amerykańskiej agencji pomocowej USAID zgromadzono grupę ekonomistów i analityków, którzy przygotowali projekt reformy (dlatego m.in. pod adresem tych instytucji kierowane są podziękowania na wstępie fundamentalnego dokumentu polskiej reformy emerytalnej "Bezpieczeństwo dzięki różnorodności"). Byli wśród nich, oprócz Michała Rutkowskiego, Marek Góra, Andrzej Bratkowski, Marek Mazur, Krzysztof Pater, Ryszard Petru, Krzysztof Starzec, Irena Topińska, Aleksandra Wiktorów, Agnieszka Chłoń (jeszcze nie Domińczak), Maksymilian Kwiek, Katarzyna Piętka, Paweł Pońsko i Marek Weretka.
   Specjaliści z Banku światowego zdawali sobie sprawę, że reforma, której najważniejszym, aczkolwiek trudnym do przedwczesnego ujawnienia celem było zmniejszenie przyszłych emerytur, może wywołać protesty ze strony polskich decydentów. Dlatego kosztem 1,4 min dol. sfinansowano kampanię promującą założenia reformy. Organizowano seminaria, konferencje, wyjazdy do Chile i Argentyny oraz innych krajów, gdzie budowano system emerytalny podobny do naszego, dla dziennikarzy, przedstawicieli rządu i parlamentarzystów, wytypowanych przez biuro pełnomocnika rządu ds. zabezpieczenia społecznego, by zbudować grupy nacisku na rzecz reformy emerytur.
   Były to czasy rządów koalicji AWS-UW. Jak pisze Orenstein, "Uzyskanie poparcia ze strony Unii Wolności było mniej problematyczne, ponieważ liczni jej działacze zostali ekspertami afiliowanymi przy, finansowanym przez Bank światowy, zespole biura pełno mocnika". Trudniej było z AWS, ale i ich udało się przekonać dzięki poparciu minister Teresy Kamińskiej doradzającej wszechstronnie premierowi Jerzemu Buzkowi, a zwłaszcza Ewy Lewickiej, wiceszefowej NSZZ "Solidarność", która po objęciu stanowiska pełnomocnika rządu ds. reformy emerytalnej, według słów Orensteina, "w pełni i entuzjastycznie poparła program reformy i zintensyfikowała prace na rzecz jej wdrożenia".
   Orenstein konkluduje, że historia wdrażania polskiej reformy emerytalnej z 1999 r. pokazuje, jak wielki wpływ na państwa demokratyczne potrafią wywierać takie instytucje jak Bank światowy czy USAID.
   A grupy nacisku pozostają aktywne do dziś, występując przeciw rządowym planom zmniejszenia składki dla OFE. Jak piszą Agnieszka Chłoń-Domińczak, Marek Góra, Michał Rutkowski, te zamierzenia stanowią groźny demontaż podstaw polskiego systemu emerytalnego. To manipulowanie opiniami i emocjami Polaków, prowadzące do zwiększenia przyszłej luki finansowej. To absurdalne sugestie, że w ZUS nie ma ryzyka, a w OFE jest, realizowane w myśl przeświadczenia, że "po nas choćby potop".
   Sprawa jest przeraźliwie jasna - na Węgrzech premier Orban zlikwidował OFE w całości, u nas tylko je poważnie ograniczono, a i tak mamy gigantyczny krzyk. Zdumiewa tylko stanowisko PiS de facto broniące OFE przez zmianami. I rodzi się też pytanie - dlaczego rząd Jarosław Kaczyńskiego nie podjął tego tematu podczas dwóch lat rządów? I dlaczego oszukuje Polaków w spocie telewizyjnym sugerując, że rząd zabiera ludziom ich pieniądze, podczas gdy w rzeczywistości je chroni przed grabieżą?
   za http://mercurius.myslpolska.pl/2011/03/kto-stoi-za-ofe/

  OFE rujnują 15 mln Polaków i budżet państwa.
     Polacy i następne pokolenia Polaków skazane na rolę niewolników Unii Europejskiej. (przypis admin)
   W niedawnym exposé premier zapowiedział bezmiar poświęceń, które w najbliższych latach i dziesięcioleciach ma ponieść polskie społeczeństwo, by ratować finanse publiczne. Wiele z tych propozycji zasługuje na poparcie. Uderzające jest jednak to, że całkowicie pominięta została kwestia otwartych funduszy emerytalnych (OFE), stanowiących od 1999 r. II filar systemu emerytalnego. A przecież jeszcze w lutym 2011 r. minister finansów Jacek Rostowski porównał II filar do raka, "który urósł do gigantycznych rozmiarów i niszczy cały system emerytalny, a teraz przerzucił się na finanse publiczne". Minister postawił też pytanie: "Kiedy autorzy reformy przyznają się do tego, że 38 mld zł rocznie to `znaczny wzrost długu publicznego`" i dodał: "Globalnie jedna trzecia długu publicznego wynika z OFE, czyli 232 mld zł aż do dzisiaj" ("Gazeta Wyborcza", 7 lutego 2011). Warto doprecyzować, że od 1999 r. do końca 2010 r. z powodu OFE powstała faktycznie połowa długu publicznego Polski (według danych GUS w 1999 r. dług wynosił ok. 273 mld zł, a na koniec 2010 r. 748 mld zł, wzrósł więc o 475 mld zł, w tym z powodu OFE o 232 mld zł). Państwo musi bowiem zapewnić środki na wypłatę bieżących emerytur, musi więc zrekompensować ubytek składki emerytalnej, która zamiast na wypłatę tych emerytur, idzie do OFE. Z obliczeń dokonanych w lipcu 2010 r. w Ministerstwie Finansów wynika, że skumulowany koszt utworzenia OFE mógłby osiągnąć w 2060 r. co najmniej 94% PKB. Tak wielkie obciążenie kraju długiem tylko z tego jednego powodu oznaczałoby rzeczywistą katastrofę finansów publicznych dużo wcześniej, a właściwie nawet w nieodległym czasie.
   Czas wyrzeczeń
   Być może wiele osób uważa, że problem OFE został już rozwiązany, po zredukowaniu na mocy ustawy z 25 marca 2011 r. o dwie trzecie składki emerytalnej przekazywanej przez ZUS do OFE. Gdyby nie ta redukcja, w 2011 r. dług publiczny kraju wzrósłby o kolejne 40 mld zł (24 mld zł - transfer składki, plus ponad 15 mld zł rocznych odsetek od długu powstałego z powodu OFE), a w następnych latach jeszcze bardziej. W tym roku udało się uratować ok. 13 mld zł, a w 2012 r. dzięki tej zmianie zaoszczędzimy 18 mld zł, co zmniejszy potrzeby pożyczkowe kraju. Trzeba jednak podkreślić, że istnienie OFE nawet w okrojonej postaci oznacza potrzebę zdobycia co najmniej 24 mld zł w 2012 r. i coraz większej kwoty w kolejnych latach, by sfinansować transfer składki emerytalnej przez ZUS do OFE oraz pokryć odsetki od lawinowo narastającego długu.
   Zważywszy na dojście przez Polskę do ustawowego limitu długu publicznego do PKB (55%) i zagrożenie osiągnięcia w nieodległym czasie limitu konstytucyjnego (60% PKB), dalsze utrzymywanie OFE poprzez zaciąganie przez państwo pożyczek nie będzie już możliwe. Przed obywatelami ze wszystkich grup społecznych rysuje się zatem ogrom wyrzeczeń w postaci wyższych podatków i redukcji świadczeń społecznych, by sfinansować ten gigantyczny ciężar dla kraju, jakim są OFE. Warto więc, by jak najwięcej osób poznało, na czym naprawdę polegają OFE i czy faktycznie zapewnią taką emeryturę, jaką nieustannie reklamują ich twórcy oraz inni lobbyści opłacani przez prywatne instytucje finansowe. Instytucje te, będące właścicielami działających w Polsce 14 powszechnych towarzystw emerytalnych (PTE), niemal w 90% należą do zagranicznych koncernów finansowych, głównie do największych na świecie firm ubezpieczeniowych. Nie udało im się stworzyć w swoich krajach takiego przymusowego systemu jak polskie OFE. Żaden rozwinięty kraj takiego systemu nie ustanowił, uznając, że jest on zbyt ryzykowny dla przyszłych emerytów, do tego rujnuje finanse publiczne, jest więc w istocie systemem pasożytniczym. Obowiązkowe OFE powstały tylko w nielicznych krajach Ameryki Łacińskiej oraz w Europie środkowo-Wschodniej. Państwa te, słabe ekonomicznie i silnie uzależnione od zagranicznej pomocy finansowej, okazały się bezbronne i nie potrafiły skutecznie oprzeć się presji ze strony międzynarodowych instytucji finansowych. Na podstawie doświadczeń uzyskanych w Chile instytucje te dostrzegły, że ustanowienie w jakimś kraju przymusowego, kapitałowego filara systemu emerytalnego stwarza nieograniczone źródło zysków na dziesiątki lat. Nie dziwi zatem, że przy wykorzystaniu wszelkich sposobów oddziaływania na rządzących doprowadziły do faktycznego opodatkowania na swoją rzecz wielkich grup społecznych przynajmniej w kilku krajach.
   Miliony osób, także w Polsce (obecnie ponad 15 mln członków OFE), mają więc obowiązek podzielenia się z tymi instytucjami miesięcznym wynagrodzeniem poprzez przekazywane im opłaty od składek i opłaty za zarządzanie aktywami. Dla instytucji finansowych duże znaczenie ma też możliwość dysponowania przez dziesięciolecia, według własnego uznania, powierzonymi im pod przymusem pieniędzmi milionów członków funduszy. Dbając jedynie o to, by nie przekraczać ustawowych limitów inwestowania w akcje i inne ryzykowne papiery, mogą dowolnie finansować powiązane ze sobą podmioty z pieniędzy pochodzących ze składek emerytalnych. Ten wymuszony przez państwo dopływ wielkiego strumienia pieniędzy do prywatnych firm oraz prawo do nieustannego pobierania przez nie opłat, bez względu na wyniki w inwestowaniu, pokazuje, jak atrakcyjne jest to rozwiązanie dla instytucji finansowych, a z drugiej strony, jak rujnujące dla Polski i krzywdzące dla przyszłych emerytów. Wiedza na ten temat w polskim społeczeństwie jest bardzo niewielka, gdyż znaczące media prywatne, należące w części do instytucji finansowych i/lub uzależnione od ich reklam, nie są zainteresowane pokazywaniem prawdziwego oblicza OFE. Większość mediów publicznych natomiast, zamiast bronić interesu państwa i obywateli, daje nieustannie szanse wypowiedzi lobbystom OFE, stojącym w Polsce faktycznie na straży interesów instytucji finansowych.
   Odsetki od długu
   Szkodliwość OFE dla Polski wynika z tego, że nasz kraj nie miał i nadal nie ma nadwyżek budżetowych, by tworzyć rezerwę w postaci OFE. Ma natomiast od dawna dług publiczny, który pod koniec 2011 r. osiągnął poziom znacznie przekraczający 800 mld zł, a roczne odsetki od tego długu to co najmniej 40 mld zł. Oszczędności, które można będzie osiągnąć dzięki realizowanym przez rząd posunięciom, powinny być przeznaczone przede wszystkim na zmniejszanie długu publicznego i ratowanie kraju przed nadchodzącym z Zachodu kryzysem zadłużenia. Kryzys ten stwarza realne zagrożenie dla Polski w przypadku pogorszenia nastrojów na rynkach finansowych, oznaczające niemożność pozyskania środków potrzebnych na spłatę rat istniejącego długu i na sfinansowanie bieżącego deficytu budżetowego. Potrzeby pożyczkowe kraju w 2012 r. są szacowane na ok. 170 mld zł.
   Oddłużaniu kraju powinny też służyć środki z realizowanych i planowanych podwyżek obciążeń podatkowych oraz cięć wydatków budżetowych. Tymczasem duża część tych dodatkowych ciężarów pójdzie na utrzymanie OFE, które nie są warte tych wyrzeczeń. Nie tylko nie zapewniają propagowanego przez ich zwolenników większego bezpieczeństwa przyszłych emerytur, ale wręcz drastycznie je zmniejszają.
   Poza wskazanymi wyżej skutkami dla wypłacalności państwa wynikającymi z długu spowodowanego transferem składki przez ZUS do OFE, zagrożenia te wywoływane są przez ogromne ryzyko inwestowania składek na rynku finansowym i ryzyko bankructwa instytucji finansowych zarządzających środkami kierowanymi do OFE. Rok 2011 można zaliczyć do najgorszych w historii tych funduszy. Na koniec 2010 r. aktywa netto OFE wynosiły 221,3 mld zł. Przez 11 miesięcy 2011 r. ZUS przekazał do OFE składki na kwotę ponad 14,5 mld zł. Mimo tak ogromnego transferu środków na koniec listopada 2011 r. aktywa netto OFE wynosiły zaledwie 222, 5 mld zł, co, uwzględniając otrzymane składki, oznacza faktyczny spadek o ok. 13 mld zł.
   Realne pieniądze, przekazane w tym okresie przez ZUS, nie tylko więc nie zostały pomnożone w wyniku inwestycji, ale niemal w całości zostały stracone! Nieuchronnie nasuwa się tu refleksja o rabunku polskich finansów publicznych na niewyobrażalną skalę w wyniku utrzymywania OFE. W tej sytuacji zastanawiać może bezczynność instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa i interesy członków OFE.
   By ocenić dokładniej ryzyko ponoszone przez przyszłych emerytów, należy spojrzeć na strukturę portfela inwestycyjnego otwartych funduszy. Ponad połowa aktywów jest ulokowana w skarbowych instrumentach dłużnych, około jednej trzeciej w akcjach, a reszta w innych instrumentach finansowych (w tym w depozytach bankowych). By można było te wszystkie aktywa zgromadzić w portfelach OFE, państwo polskie musiało dotychczas zaciągnąć dług na kwotę ponad 250 mld zł. Trzeba więc było znaleźć nabywców obligacji skarbowych na tę ogromną sumę. Gdyby nie OFE, ten dług nie powstałby i rząd nie musiałby szukać chętnych na te papiery. Część owych papierów nabyły same OFE, gdyż lokowanie w innych instrumentach podlega ograniczeniom. Z kolei gdyby nie było limitów inwestowania w akcje, straty poniesione dotychczas przez OFE byłyby znacznie większe. Fakt, że większość portfela OFE stanowią polskie papiery skarbowe, oznacza bezsensowne obciążenie dla przyszłych pokoleń Polaków. Wszyscy (także członkowie OFE) będą musieli się złożyć, poprzez wyższe podatki w przyszłości, by te obligacje rząd mógł wykupić i przekazać emerytowi prawdziwe pieniądze na należną mu emeryturę.
   Widać wyraźnie bezsens OFE polegający na tym, że obecnie Polska zadłuża się, by przekazać im pieniądze, a w przyszłości poniesie dodatkowy ciężar związany z wykupem od nich skarbowych papierów dłużnych. Po drodze, przez kilkadziesiąt lat, instytucje finansowe pobierają regularnie opłaty od tego swoistego przemiału papierów.
   Kilka dni temu Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zobowiązał Polskę do zniesienia 5% limitu inwestowania przez OFE środków za granicą. Powstały więc duże możliwości ulokowania pieniędzy polskich emerytów m.in. w wysoko oprocentowane obligacje skarbowe krajów strefy euro i wykazania się przez PTE wysoką stopą zwrotu w krótkim okresie, bez patrzenia na to, że w nieodległym czasie papiery te mogą mieć status śmieciowy, a wydane na nie pieniądze będą nie do odzyskania. Zniesienie tego limitu umożliwi masowy wypływ pieniędzy przyszłych emerytów za granicę i narazi ich na jeszcze większe ryzyko.
   Lobbyści OFE
   Obrońcy OFE pracują intensywnie nad znalezieniem tzw. bezpiecznych papierów, w których miałyby być lokowane składki emerytalne członków OFE. Tymczasem należy podkreślić, że nie ma na świecie takiego kraju, którego obligacje byłyby bezpieczne. Wszystkie te papiery są obarczone ryzykiem, a ryzyko to może gwałtownie wzrosnąć w bardzo krótkim czasie. Obligacje skarbowe części krajów, które faktycznie zbankrutowały, jeszcze do niedawna miały najwyższe na świecie oceny ratingowe. Analogiczna sytuacja jest z akcjami. Ogłaszane przez lobbystów zamiary stworzenia w ramach OFE tzw. bezpiecznych subfunduszy to świadome działanie na niekorzyść przyszłych emerytów, mające wprowadzić ich w błąd, by OFE mogły wciąż istnieć.
   Spójrzmy teraz na drugi składnik portfela OFE, jakim są akcje. Należy pamiętać, że tak jak całość aktywów OFE, również ich inwestycje w akcje Polska finansowała dotychczas, zadłużając się. Przy ocenie wpływu otwartych funduszy na rozwój polskiej giełdy i rynku kapitałowego, a także na prywatyzację firm państwowych trzeba brać pod uwagę, że aktywność OFE w tych dziedzinach była realizowana kosztem ogromnego zadłużania kraju. Z punktu widzenia przyszłego emeryta znaczenie ma to, że wartość akcji w portfelach otwartych funduszy jest rujnowana przez kolejne kryzysy finansowe. Najdotkliwsze skutki przyniósł kryzys, który rozpoczął się w 2007 r. Np. 22 grudnia 2011 r. WIG - główny indeks Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, był aż o 33% niższy niż cztery lata wcześniej, a WIG20 aż o 38%. Można mieć obawy, że obecny kryzys nabierze charakteru długotrwałego ze względu na zagrożenie niewypłacalnością wielu państw rozwiniętych. Rynek akcji będzie zatem narażony na dalsze znaczące spadki cen, a poniesionych strat nie da się odrobić.
   Wybór ratunkiem
   Zapowiedziane w exposé podwyższenie wieku emerytalnego to świetna wiadomość dla koncernów finansowych (właścicieli PTE), gdyż oznacza odsunięcie o wiele lat chwili prawdy, gdy przyjdzie im wywiązać się ze zobowiązań i zacząć wypłacać dużej grupie ludzi emerytury z OFE. Młody człowiek, który podejmie pracę jako 18-latek, powierzy im swoje pieniądze aż na 50 lat. Ponadto włączenie do OFE dodatkowych wielkich grup społecznych to nowe zyski z opłat i możliwość dysponowania przez te koncerny jeszcze większymi środkami polskich podatników. Takiego raju jak w Polsce nie mają one ani w swoich krajach, ani nigdzie na świecie.
   Paradoks polskiej sytuacji polega też na tym, że OFE przyczyniły się do powstania dużej części polskiego długu publicznego. Teraz ten spory dług wydaje Polskę na łaskę i niełaskę wielkich międzynarodowych graczy, w tym wspierających ich agencji ratingowych. Całkowita likwidacja OFE, zakładająca powrót ich aktywów do finansów publicznych, uwolniłaby Polskę od wielkiego ciężaru. Z drugiej strony, pozbawiłaby instytucje finansowe wspaniałych zysków. Z tego powodu można mieć obawy, że lobbyści OFE zaskarżą nasz kraj do międzynarodowych trybunałów.
   W tej sytuacji realnym sposobem ratowania finansów publicznych i przyszłych emerytur przed zagrożeniami związanymi z otwartymi funduszami jest dostosowanie się Polski do wymogów unijnej dyrektywy MiFID (Markets in Financial Instruments Directive) dotyczącej rynku instrumentów finansowych, zakazującej przymuszania obywateli do inwestowania na rynku finansowym. Po zawieszeniu transferu składek do OFE członek OFE powinien więc mieć czas na zapoznanie się z ryzykiem, opłatami pobieranymi w ramach funduszy i ich wpływem na przyszłą emeryturę. Jeśli uzna, że jest w stanie ponieść to ryzyko i koszty, może złożyć pisemne oświadczenie, że chce w OFE pozostać. Brak takiego oświadczenia skutkowałby przeniesieniem zgromadzonych przez niego środków na jego konto w ZUS. Ten, kto wybrałby OFE, musiałby pogodzić się z tym, że w tym kasynie, jakim jest rynek finansowy, będzie grać na własny rachunek, co oznacza, że państwo, czyli wszyscy podatnicy, nie zrekompensuje mu poniesionych strat. Może zatem nie mieć na starość choćby minimalnej emerytury. Dla Polski wprowadzenie takiej dobrowolności stanowiłoby jakąś ulgę, ale nawet gdyby w OFE został tylko 1% z obecnych ponad 15 mln członków, kraj i tak ponosiłby związane z tym koszty. Nie stać nas nawet na to. Zbliżający się kryzys zadłużenia niedługo pokaże, że OFE to ciężar, którego należy się pozbyć całkowicie.
   Leokadia Oręziak
   Autorka jest profesorem zwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej oraz na Uczelni Łazarskiego w Warszawie
  Tekst był zamieszczony na portalu Wirtualna Polska 7. 01. 2012r. przed południem, prawdopodobnie kilka godzin, po czym został usunięty.

Za to zamordowali tzw. "dyktatora" Muammara Kadafiego. Zamiast tego będą mieli "demokrację" a obywatele wkrótce będą wspominać jak to cierpieli przez dziesiątki lat i borykali się z następującymi problemami:
1. Brak rachunków za prąd; elektryczność była darmowa dla wszystkich obywateli.
2. Brak oprocentowania pożyczek; banki w Libii są państwowe, a zero procentowe pożyczki są prawnie zagwarantowane dla wszystkich.
3. Posiadanie mieszkania jest w Libii uważane za prawo człowieka.
4. Wszyscy nowożeńcy w Libii otrzymywali 60000 dinarów (50000 dolarów amerykańskich) rządowego wsparcia na zakup mieszkania.
5. Edukacja i opieka zdrowotna są bezpłatne. Przed rządami Kadafiego tylko 25 % Libijczyków umiało czytać i pisać. Dziś wskaźnik alfabetyzmu wynosi 83%.
6. Jeśli Libijczycy chcą zostać rolnikami - otrzymują ziemię, budynki gospodarcze, sprzęt, nasiona, żywy inwentarz za darmo.
7. Jeśli Libijczyk nie może znaleźć wsparcia edukacyjnego i medycznego, którego potrzebuje - rząd funduje mu wyjazd zagraniczny i stypendium w wysokości 2300 dolarów amerykańskich na miesiąc w celu zaakomodowania się i na wynajęcie samochodu.
8. Gdy Libijczyk kupuje samochód to rząd dopłaca mu połowę ceny auta.
9. Cena benzyny w Libii wynosi 14 centów amerykańskich za jeden litr.
10. Libia nie ma zagranicznych długów, a jej rezerwy dochodzące do 150 miliardów dolarów amerykańskich zostały zamrożone.
11. Jeśli Libijczyk absolwent nie może znaleźć zatrudnienia po skończeniu edukacji w wyuczonym zawodzie, to jeśli znajdzie inną pracę, państwo będzie płacić mu średnią pensję w wyuczonej profesji dopóki nie znajdzie pracy w swoim zawodzie.
12. Każda porcja sprzedanej benzyny jest bezpośrednio dotowana na konta bankowe Libijczyków.
13. Becikowe wynosi 5000 dolarów amerykańskich.
14. Czterdzieści bochenków chleba kosztuje w Libii 15 centów amerykańskich.
15. Jedna czwarta Libijczyków posiada uniwersyteckie wykształcenie.
16. Kadafi zorganizował największy na świecie projekt irygacji - Great Manmade River (Wielka Ludzką Ręką Uczynioną Rzekę) - w celu zapewnienia dostaw wody pustynnemu krajowi.
Dołączą do takich przodujących demokracji jak IIIRP i będą mieli podobne luksusy, o czym jest artykuł obok (pod Firefox'em poniżej).

Ponad 2 mln Polaków, w tym 600 tys. dzieci, żyje w skrajnym ubóstwie. Nie starcza im nawet na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Komputery, telefony, a nawet telewizory to dla nich luksus, na który nie mogą sobie pozwolić. Żyją z dnia na dzień, czasem nie mając co do garnka włożyć.
  Mimo że prowadzone każdego roku przez GUS badania na temat ubóstwa w Polsce, wykazują nieznaczną poprawę, bieda w Polsce jest nadal ogromnym problemem. Aż 17% Polaków zagrożonych jest ubóstwem - wynika z najnowszego raportu GUS. Ponad 5% obywateli żyje za mniej niż wynosi tzw. minimum egzystencji, co oznacza, że nie wystarcza im na zaspokojenie podstawowych potrzeb.
  W 2010 roku Instytut Pracy i Spraw Socjalnych ustalił, że dla gospodarstwa jednoosobowego powinno to być 466 zł, a dla rodziny czteroosobowej - 1257 zł. Ubóstwem zagrożone są przede wszystkim osoby bezrobotne oraz ich rodziny. W 2010 roku w gospodarstwach, w których co najmniej jedna osoba była bezrobotna, poniżej ustawowej granicy ubóstwa (477 zł dla jednoosobowego gospodarstwa i 1404 zł dla czteroosobowej rodziny) żyło aż 16% osób. W bardzo trudnej sytuacji ekonomicznej są, według badań GUS, również osoby utrzymujące się jedynie ze świadczeń społecznych innych niż emerytury i renty (stopa ubóstwa ustawowego - 36%, skrajnego - 30%) oraz rolnicy (ok. 12% osób poniżej tzw. ustawowej granicy ubóstwa i ok. 9% osób żyjących poniżej minimum egzystencji). Ubóstwo najczęściej dotyka także osoby z niskim wykształceniem, rodziny wielodzietne, rodziny z osobami niepełnosprawnymi. Nadal wskaźnik zagrożenia ubóstwem na wsi jest znacznie wyższy niż w miastach. Niech się inni męczą.
  Ubóstwem najbardziej zagrożone są rodziny, których członkowie pozostają bez pracy. Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy w końcu sierpnia 2011 r. wyniosła 1 mln 855 tys. osób. Z badania Diagnoza Społeczna 2009 "Warunki i jakość życia Polaków" wynika, że wśród bezrobotnych zarejestrowanych sporą grupę stanowią osoby pozornie bezrobotne, czyli takie, które nie są zainteresowane pracą lub pracują na czarno. Wśród tych pierwszych najwięcej jest kobiet, które za główną przyczynę nieposzukiwania pracy podają opiekę nad dziećmi oraz inne obowiązki domowe np. opieka nad niepełnosprawnymi lub starszymi członkami rodziny. Mężczyźni pracy nie poszukują głównie dlatego, że stracili wiarę w jej znalezienie lub mają kłopoty zdrowotne.
  Spora grupa mężczyzn nie chce stracić otrzymywanych świadczeń społecznych lub po prostu pracy nie poszukuje z powodu lenistwa. Do tych ostatnich należy Wojtek, 27-letni mieszkaniec jednej z wielkopolskich wsi. Po ukończeniu zawodówki nie podjął żadnej pracy zarobkowej, nawet na czarno. I chociaż ofert nie brakowało, Wojtek nie spędził w pracy ani jednego dnia. - Nie będę pracował za śmieszne pieniądze, tyrał cały dzień na budowie albo w jakiejś fabryce - twierdzi. Nikt nie zarzucałby mu lenistwa, gdyby nie fakt, że na utrzymaniu ma żonę i dwójkę dzieci. Trzecie jest w drodze. - Sama podjęłabym pracę, gdyby nie ciąża. Wojtek postawił sprawę jasno, do pracy nie pójdzie, bo mu się nie chce pracować. Żyjemy tylko z zasiłków - mówi Katarzyna, 24-letnia żona Wojtka. - Moi rodzice nam nie pomogą, Wojtka też nie, sami ledwo wiążą koniec z końcem. Ja szkoły nie skończyłam, bo w wieku 17 lat zaszłam w ciążę. Dwa lata później pobraliśmy się. Wojtek obiecywał, że znajdzie pracę, ale na obietnicach się kończyło. Ja trochę dorabiałam jako fryzjerka, strzygłam ludzi w domach, ale nie mam ani wykształcenia, ani praktyki, by pójść do jakiegoś zakładu, poza tym dziecko jest już w drodze... Gdyby nie sąsiedzi i pomoc w szkole, dzieci nie miałyby nawet co zjeść - żali się Kasia. Sąsiedzi dają dzieciom zabawki, ubrania, pomagają jak mogą, czasem kupią coś do jedzenia. Najstarsze może liczyć na obiady w szkole. - Najgorsze jest to, że Wojtek coraz częściej sięga po alkohol, a nam nie starcza nawet na jedzenie. Sama nie wiem już co robić. Zaczynam myśleć o rozwodzie, bo będę mogła przynajmniej ubiegać się o alimenty. Wszyscy mi to doradzają, mówią, że przyszłości z takim mężem mieć nie będę - smuci się Katarzyna. [Z drugiej strony trudno się dziwić ludziom, że za śmieszne pieniądze pracować nie chcą - admin]
  Nawet na czynsz nie starcza
  W odmiennej sytuacji jest rodzina z niewielkiej podkarpackiej wsi. Janusz, ojciec dwójki dzieci, sam utrzymuje rodzinę. Z zawodu jest budowlańcem, ale na stałą pracę nie ma co liczyć. - Dorabiam na budowach, ale tylko w sezonie. Na jesieni, zimą, nikt już nie poszukuje pracowników, bo nie ma roboty. Cały czas rozglądam się za czymś, chociaż na krótki czas, ale w naszej wsi pracowników nikt nie szuka - mówi. Im dłużej Janusz pozostaje bez pracy, tym gorsza jest sytuacja rodziny. - Jestem jedynym żywicielem rodziny, żona jest po mastektomii, bierze chemię, więc do pracy pójść nie może. Sam zajmuję się właściwie teraz domem i opiekuję dziećmi. Bywa bardzo ciężko, nie wiem, jak to teraz będzie. Idzie zima, nie wiem, czym będziemy ogrzewać dom, przecież to ruina, już teraz da się odczuć zimno. A ja już nie mam pomysłu, co robić. Dostajemy zasiłki, ale to są grosze! Zapożyczyłem się, gdzie mogłem, by ratować życie żony, a teraz nie dość, że nie mam z czego oddać, to nie mam nawet na życie. Ile ja bym dał za stałą pracę - dodaje ze łzami w oczach. Nadzieją dla Janusza jest zamieszkanie w Jaśle, najbliższym większym mieście, do którego ma ok. 30 km. Tam miałby większą szansę na znalezienie pracy. Niestety, zacząć żyć w nowym miejscu jest bardzo trudno. - Dzieci chodzą tutaj do szkoły, tutaj mamy też dom. W grę wchodzą jedynie dojazdy, bo na utrzymanie mieszkania w Jaśle nie byłoby mnie stać. Jak żona doszłaby do siebie i byłaby w stanie zająć się dziećmi, mógłbym spróbować, ale na to wszystko potrzeba czasu, a my go nie mamy. Przecież nie powiem dzieciom, że dopóki mama nie dojdzie do siebie, nie będziemy mieli co jeść... Żyć przecież musimy - mówi z żalem.
  Byle nie kazali iść do szkoły
  Niezależnie od przyczyny ubóstwa, najwięcej na sytuacji ekonomicznej rodziców cierpią dzieci. - Sytuacja materialna, w jakiej żyje dziecko i jego rodzina, ma wpływ na bardzo wiele aspektów jego życia. Bieda nie oznacza bowiem tylko niemożliwości zaspokajania potrzeb materialnych dziecka związanych z wyżywieniem, ubraniem, etc. Wpływa również na edukację dziecka, zdrowie, szeroko rozumiane możliwości rozwoju. Dzieci żyjące w ubóstwie nie mają możliwości uczestniczenia w płatnych zajęciach dodatkowych, które mają na celu rozwijanie ich zainteresowań, nie mają odpowiednich pomocy naukowych, nie mogą poprosić swoich rodziców o pieniądzena kino, teatr czy też książkę - informuje Ewa Falkowska z UNICEF Polska.
  Różnice między dziećmi najbardziej uwidaczniają się w szkole. O nowych trampkach, plecakach, piórnikach czy przyborach szkolnych dzieci z najuboższych rodzin mogą jedynie pomarzyć. Dostają rzeczy albo po starszym rodzeństwie, albo muszą zadowolić się tym, co zostało im z poprzedniego roku szkolnego. Mimo że to nie od nich zależy, w jakiej sytuacji ekonomicznej się znalazły ich rodziny, to im najtrudniej jest unieść ten ciężar. Dyskryminacja, z jaką spotykają się w szkołach, ma ogromny wpływ na ich późniejsze życie. Coraz częściej nietolerancja spotyka ich tak ze strony rówieśników, jak i nauczycieli.- Dzieci biedne postrzegane są przez rówieśników jako gorsze, głupsze, często pomijane są w różnych zabawach, spotkaniach jako te niepasujące do otoczenia. Często sami rodzice dzieci lepiej sytuowanych zabraniają swoim pociechom kontaktów z tymi biedniejszymi, tak pogłębiają się różnice klasowe, biorąc pod uwagę podział ze względu na zamożność społeczeństwa - uważa psycholog Monika Dreger.
  Ten problem doskonale zna pani Jadwiga, która swoją córkę przeniosła już do drugiej łódzkiej podstawówki. - Widziałam, że coś jest nie tak - mówi z płaczem. - Emilka stanowczo odmawiała pójścia do szkoły, a to bolał ją brzuch, a to głowa, mówiła, że ma gorączkę albo że lekcje są odwołane z powodu konferencji. Zaniepokoiło mnie to i poszłam do szkoły. Tam okazało się, że moje dziecko prawie w ogóle do niej nie chodzi. Wychowawczyni powiedziała, że Emilka nie ma żadnych koleżanek i że trudno złapać jej kontakt z rówieśnikami. Spytałam dlaczego. A ona na to, że jest biedna i odstaje - mówi pani Jadwiga. - Porozmawiałam z córką. Okazało się, że była bita, popychana, odtrącana, mówiono jej, że śmierdzi, nie myje się, że mieszka na najbiedniejszym osiedlu. Nie mogła liczyć nawet na pomocy wychowawcy, który wiele razy widział, jak dzieci się nad nią znęcały i nie zrobił zupełnie nic. Jak miałam jej wytłumaczyć zachowanie innych? Nie wiem... Ledwo wiążę koniec z końcem, jestem samotną matką z trójką dzieci. Ale dbam o nie, ubrania kupuję w taniej odzieży, na inne mnie nie stać, ale jakoś sobie radzimy, mamy co jeść, kochamy się, to najważniejsze. Emilkę od września posłałam do innej podstawówki. Prosiłam o pomoc wychowawcę i pedagoga. Mam nadzieję, że nie zostanie i tam skrzywdzona - dodaje.
  Chociaż jeden ciepły posiłek
  Jest jednak grupa dzieci, która do szkoły chodzi bardzo chętnie. I nie chodzi tutaj bynajmniej o atmosferę panującą w szkole, o otwartych i troskliwych pedagogów, ale o jedzenie. W szkole mogą liczyć na ciepły posiłek, o którym w domu mogą tylko pomarzyć. Z rządowego programu "Pomoc państwa w zakresie dożywiania" korzysta coraz więcej dzieci. W samej Bydgoszczy, według danych na koniec trzeciego kwartału 2011r., liczba dzieci korzystających z pomocy w formie posiłku wyniosła 2 674 uczniów w szkołach i 453 dzieci w żłobkach i przedszkolach. W Gdańsku w okresie od stycznia do września 2011 r. programem objęto ogółem 8 859 osób, w tym 1568 uczniów do czasu ukończenia szkoły gimnazjalnej oraz 398 dzieci do lat 7. W większości szkół dzieci otrzymują dwudaniowe obiady, w niektórych, np. w Białymstoku, mogą liczyć na obiad składający z trzech dań: zupy, drugiego dania i deseru.
  Pan Janusz otwarcie przyznaje, że gdyby nie szkoła, jego dzieci chodziłyby cały dzień głodne. - Na chleb starcza, ale czasem nie ma co do niego włożyć. Ja bez obiadu wytrzymam, jem, co jest, ale dzieci rosną, potrzebują zjeść coś konkretnego. W szkole dostają dwa ciepłe posiłki. To dla nas naprawdę wiele. Żona, póki jest w szpitalu, też może liczyć na obiady. Ale jak wróci, to nie wiem... Sąsiadki obiecują trochę pomóc, ale tutaj każdy ma ciężko - mówi. Ubogim dzieciom pomagają także ludzie dobrej woli. - W każdym mieście, w każdej wsi mieszkają i bogaci, i biedni. Pociesza fakt, że ci pierwsi dostrzegają problemy tych drugich i wyciągają do nich rękę. Anonimowo, by nie urazić ich uczuć, przynoszą do nas zabawki, ubrania, proszą o przekazanie ich konkretnym osobom. To bardzo budujące - uważa pani Ludmiła, pracownica jednego z Miejskich Ośrodków Pomocy.
  http://biznes.onet.pl/