Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Na tej witrynie będą wywiady z ludźmi którzy widzą świat takim jaki on jest,

Są też wywiady z Żydami na temat rzekomego polskiego antysemityzmu i holokaustu oraz o stosunkach polsko - żydowskich w kontekście ich nieustających żądań finasowych, oraz opinie ludzi którzy doświadczyli skutków rasistowskiego traktowania przez żydów.

Wyjątkowo, na dole strony jest wywiad z Bronisławem Geremkiem (Berele Lewartow) z 1981r. zamieszczonego w Polityce (po ocenzurowaniu). Tu jest zaprezentowany ten wycięty fragment. To powinien przeczytać każdy Polak.

Jak powstał film "Polonia Restituta" – rozmowa z Bohdanem Porębą, reżyserem filmowym
  Co sprawiło, że skończyła się ta Twoja sześcioletnia kwarantanna filmowa?
   - Powiedzmy sobie tak: chociaż jestem przypisywany do roku sześćdziesiątego ósmego, to ja wtedy tylko przyglądałem się temu, co się działo, nie biorąc w tym czynnego udziału. To goebbelsowska propaganda wbiła ludziom do głowy, że w tym uczestniczyłem. Cieszyłem się z tego, że pokazała się książka Zbigniewa Załuskiego "Siedem polskich grzechów głównych", która broniła wszystkiego, co ukochałem najbardziej: księcia Poniatowskiego, o którym pisał Wiesław Górnicki, że pewnie po pijanemu się utopił w Elsterze, tak, jakby nie wiedział, że książę jeszcze przed raną śmiertelną był dwukrotnie ranny; kosynierów, Somosierry, Westerplatte, jednym słowem wszystkiego, co było wyśmiewane i wyszydzane jako tak zwana bohaterszczyzna.
   Nigdy nie rozumiałem, co to jest bohaterszczyzna, ale zawsze rozumiałem, co to jest bohaterstwo i zawsze chciałem tego bohaterstwa bronić, bo uważam, że bez bohaterów nie byłoby narodu. Tak zwanych "zjadaczy chleba" wrogowie dawno by zamienili w niewolników. Teraz chodzi o to, by człowiek zostając niewolnikiem, nawet nie czuł tego, by był pozbawiony odruchu buntu. Mówiąc krótko, sześćdziesiąty ósmy rok umożliwił mi powrót do pracy w filmie i realizację moich planów oraz marzeń. Mój powrót do filmu w roku sześćdziesiątym dziewiątym poprzedziło zrobienie serialu telewizyjnego dla młodzieży "Gniewko syn rybaka", który opowiada o walce Łokietka z Krzyżakami i za co dostałem nagrodę Radiokomitetu. Później, wraz z redaktor Aliną Kortą wydaliśmy książkę pod tym samym tytułem. To była pierwsza książka z moim współautorstwem. Ta będzie drugą.
   W jakich okolicznościach powstawały Twoje kolejne filmy i jak je przyjmował ówczesny czerwony establishment?
   - Powiedziałbym, że różnie… Mieczysław Rakowski mnie zwalczał jak mógł, ponieważ był on prowodyrem obozu władzy najbardziej kosmopolitycznego w sensie kominternowskim. Jeżeli za film o armii polskiej na Zachodzie byłem przez sześć lat bezrobotny, to było jak gdyby zrozumiałe. Natomiast zaczęło mi się trochę lepiej układać od momentu, w którym pojawiły się bardzo wyraźne trendy polonizacyjne. Dlaczego mogłem zrobić film "Polonia Restituta", a więc film, którego bohaterami są Piłsudski, Dmowski, Paderewski, Korfanty i Witos? Dotąd nawet wymawianie tych nazwisk było niebezpieczne. Było to możliwe dlatego, że Gierek ogłosił sześćdziesięciolecie Państwa Polskiego, czyli właściwie dopuścił się czegoś w rodzaju politycznej herezji, bo nawiązał do dwudziestolecia międzywojennego, a więc przerzucił most do wyklinanej dotąd przeszłości. Był to wyłom w pojmowanym po stalinowsku komunizmie. W Rosji też już następowały zmiany: stopniowo obalano mit Stalina, rozstrzelano
   Berię i tam się jak gdyby rozluźniało w kierunku rosyjskości. Pamiętajmy, że wśród czołowych komunistów bardzo długo najmniejszy procent stanowili Rosjanie. Większość zdecydowana, bo chyba z siedemdziesiąt procent, to byli przede wszystkim Żydzi, ale byli też Polacy, byli Łotysze, byli Finowie, byli Węgrzy, a wśród nich jeden z najkrwawszych komunistów Bela Kuhn. Niedawno w swoim serialu o losach rosyjskiej floty Siergiej Michałkow, którego uwielbiam za "Spalonych słońcem" i "Cyrulika syberyjskiego", pokazał kronikę rewolucyjną, zatrzymał kadr i zapytał z poza ekranu: "Co tu robi ten węgierski Żyd, mający na rękach krew dziesiątków tysięcy Rosjan?" Byli też Gruzini ze Stalinem i Berią na czele. Kiedy przystępując do kręcenia filmu o Jarosławie Dąbrowskim pojechałem do Moskwy, to powitał mnie ówczesny szef Mosfilmu w randze wiceministra, Nikołaj Trofimowicz Sizow, bardzo inteligentny człowiek, a mnie uprzedzano, że kiedy tam pojadę, to będę miał codzienne przeglądy materiałów, stałą cenzurę i tak dalej. I ja tam wygłosiłem toast, w którym powiedziałem, że rozumiem przyjaźń między narodami opartą wyłącznie na prawdzie i że przyjechałem zrobić prawdziwy film o niedoszłym dowódcy antyrosyjskiego Powstania Styczniowego. Niedoszłym dlatego, że tuż przed wybuchem powstania, które przygotowywał, władze rosyjskie go aresztowały. Dąbrowski był wzorcem Piłsudskiego, który miał dwóch idoli, na których się opierał: jednym był Jarosław Dąbrowski, a drugim Romuald Traugutt. Obu poświęcił całe pisemne rozprawy, bo Piłsudski żywił kult dla Powstania Styczniowego. Wtedy w toaście swoim, jak powiadam, podkreśliłem, że będę dążył do ukazania prawdy. Nie przyjechałem tutaj po to, żeby jątrzyć pomiędzy dwoma narodami, tylko żeby ogłosić amnestię dla historii, ponieważ na nieprawdzie budują ci, którzy chcą jątrzyć między nami, a wzajemne nasze stosunki bywały bardzo różne, w tym również i bardzo bolesne.
   Jak to zostało wtedy w Moskwie przyjęte?
   - I wyobraź sobie, że Sizow oglądał po raz pierwszy moje materiały dopiero wtedy, kiedy ja mu to zaproponowałem! A więc to różnie bywało. Rozmawiałem też z kierownikiem wydziału do spraw polskich w roku osiemdziesiątym dziewiątym pytając, czy w wypadku, gdybym rozpoczął pracę nad scenariuszem filmu o roku tysiąc dziewięćset dwudziestym, mogę liczyć na otwarcie ich archiwów. I wyobraź sobie, że on mi wtedy powiedział: tak! Dowodziłoby to, że ta amnestia dla historii stawała się coraz bardziej realna, a końcowy etap tego procesu zamykał nie lubiany przeze mnie Borys Jelcyn, który przywiózł Lechowi Wałęsie dowody zbrodni katyńskiej w postaci dokumentacji, w tym słynny rozkaz Politbiura, pod którym widnieje sześć złowrogich nazwisk:. Stalin, Beria, Kaganowicz, Mikojan, Woroszyłow i Kalinin.
   Jak proces ten przebiegał w kraju?
   - Był taki kierownik Wydziału Zagranicznego KC partii. Ryszard Frelek, którego ojciec, jak słyszałem, zginął w Katyniu. Otóż Frelek wykorzystywał swoją pozycję do przełamywania pewnych barier, bo był on też człowiekiem piszącym. I był autorem serialu teatru telewizji, realizowanego przez powstańca warszawskiego, Romana Wionczka, zresztą reżysera z mojego zespołu, o roku trzydziestym dziewiątym, gdzie po raz pierwszy jako postać pozytywna, przedstawiony został opluwany dotychczas minister spraw zagranicznych Józef Beck. Frelek pomagał mi również przy przeforsowaniu filmów "Polonia Restituta" i "Katastrofa w Gibraltarze". Dlatego jestem przeciwnikiem jednolitego traktowania tamtego czasu. Były to różne etapy i różne możliwości. Tam, gdzie byli ludzie czujący po polsku, to ci ludzie usiłowali coś przeforsować i myślę, że na takich można było parę rzeczy budować. Dlatego mogłem nakręcić takie filmy, jak "Hubal" czy "Polonia Restituta". "Hubal" mógł powstać dlatego, że po pęknięciu stalinizmu i pojawieniu się trendu, który zaczął się upominać o polskie wartości historyczne i narodowe, powstały możliwości stworzenia takiego filmu. Innym wyrazem postawy ówczesnych władz były losy jedynego, poza filmem Filipskiego "Wysokie loty", mojego filmu o korupcji w partii, według scenariusza Ryszarda Gontarza, "Gdzie woda czysta i trawa zielona". Nazwisko Gontarza było wtedy zakazane przez Gomułkę… Nie mógł drukować w prasie. Jeżeli mu się udawało, to tylko pod pseudonimem. Jego scenariusz opowiadał historię słynnej i nagłośnionej w prasie sprawy zdjęcia w Sandomierzu całej wierchuszki partyjnej. Otóż zamiast restaurować z państwowych pieniędzy ten wspaniały zespół renesansowej architektury, towarzysze zbudowali sobie dzielnicę willową, którą miejscowa społeczność nazwała "złodziejówką". Niemal wszyscy winni zostali odwołani, a niektórzy nawet poszli do więzienia. Nasz film opowiada o tym, jak posłany tam po tej aferze młody sekretarz partii staje wobec sytuacji, w której okazuje się, że mafia działa dalej i chce go usidlić, kusząc a to willą, a to awansem żony ze zwykłej nauczycielki na dyrektora szkoły. On to wszystko odrzuca, a oni wydają mu wojnę, czyniąc wszystko, żeby go zdyskredytować wobec mieszkańców miasta. I on się oddaje pod osąd robotniczej organizacji, do której należy. Wtedy było tak, że każdy prominent partyjny był członkiem jakiejś organizacji terenowej. Film kończy się pokazaniem sądu nad pierwszym sekretarzem partii. Ostatnie jego słowa są takie: "Wy mnie teraz osądzicie i jeżeli tak zadecydujcie, to już nie ja wam będę przewodził".
   A jak było z innymi filmami?
   - Przed "Katastrofą w Gibraltarze" zostałem wezwany do KC i tenże Łukaszewicz mi powiedział: "Nie wiem, czy nam się uda to przeforsować, ale nie wolno wam sprawy Katynia pominąć w tym filmie"! To był dla mnie szok! I "Katastrofa w Gibraltarze" jest pierwszym polskim filmem, w którym wyraźnie jest powiedziane, kto był sprawcą zbrodni, bo wpierw są pokazane dokumentalne zdjęcia katyńskie i potem jest scena, w której Churchill urządza Sikorskiemu awanturę za skierowanie sprawy Katynia do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Spowodowało to, jak wiadomo, zerwanie stosunków dyplomatycznych przez ZSRR. Churchill wtedy powiedział, że ofiarom nikt nie zwróci życia, natomiast teraz najważniejszym zadaniem jest pokonanie Niemców i jeżeli nie wycofacie sprawy z Czerwonego Krzyża, to ja wam już nie będę mógł pomóc w rozmowach ze Stalinem. Była to scena prawdziwa. Muszę zresztą powiedzieć, że w trzech co najmniej filmach uniknąłem jakiejkolwiek fikcji, a są to "Hubal", "Polonia Restituta" i "Katastrofa w Gibraltarze".
   Wierzę, że w pewnych wydarzeniach historycznych kryje się znakomita dramaturgia. Trzeba tylko, jak mówił Michał Anioł o rzeźbie, odrzucić to co nie potrzebne. Przecież los Hubala w pełni odpowiada konstrukcji tragedii antycznej! Na początku trochę boczył się na mnie melchior Wańkowicz, autor jeszcze okupacyjnej opowieści "Hubalczycy", że nie stworzyłem filmu według jego scenariusza, ale potem jeździł ze mną na premiery i spotkania z publicznością. Jego widzenie Hubala było kmicicowskie, romantyczne, a ja chciałem zrobić film o bardzo pragmatycznym i bohaterskim dowódcy, który wraz z całym narodem rozminął się z historią tylko w jednym: w wierze w aliantów. To było bardzo ciekawe, że z jednej strony szły do ambasady sowieckiej donosy, że jestem nacjonalistą, a z drugiej w środkach przekazu trąbiono, że jestem najbardziej czerwony! Chodziło o odebranie mi wiarygodności wśród odbiorców moich filmów. Ci, co to pisali, już czerwoni nie byli, a przynajmniej za takich już się nie uważali. Trzeba wiedzieć, że kinematografia była już wtedy spenetrowana przez KOR czyli tak zwany Komitet Obrony Robotników. Kiedy robiłem film o robotnikach "Prawdzie w oczy", KOR-owcy by jeszcze robotnikowi ręki nie podali, żeby się nie ubrudzić. Kiedy ja kręciłem film "Prawdzie w oczy", w kinematografii naszej obowiązywało naśladownictwo francuskiej "nowej fali", czyli eksperymentów formalnych. I ta "nowa fala" swą pustką i wyjałowieniem z treści na długo zabiła francuski film, ograniczając treść na rzecz eksperymentu formalnego. Był film dla filmu, podczas gdy ja walczyłem zawsze o treści: patriotyczne, społeczne i humanistyczne.
   Trzymajmy się chronologii powstawania Twoich filmów. Co było po Jarosławie Dąbrowskim?
   - Po Jarosławie Dąbrowskim była "Polonia Restituta", o którym to filmie moi "koledzy" pisali na ścianach wytwórni, "Polonia prostytuta", chcąc się w ten sposób przypodobać moim adwersarzom, a może i zbić dla siebie jakiś kapitalik polityczny. I o tym filmie, który powstał w końcu lat siedemdziesiątych, warto powiedzieć trochę więcej. Gdyby ten film był zrobiony rok wcześniej, to wiem, że polska publiczność byłaby moja.
   Jak to należy rozumieć?
   - Dlatego, że ten film pokazywał rzeczy dotąd absolutnie zakazane. Wyobraź sobie, że bohaterami tego filmu byli Piłsudski, Dmowski, Paderewski, Witos, Korfanty, Daszyński, ale chodziło głównie o Piłsudskiego i Dmowskiego. Ten film wywołał bardzo różne reakcje. Ja go kręciłem w jedenastu krajach i w miejscach absolutnie nie dostępnych dla filmowców. Kręciłem go w Wersalu, w pałacu Sanssouci w Poczdamie, w siedzibie francuskiego ministerstwa spraw zagranicznych Quai d’Orsay w Paryżu, gdzie żadna kamera dotąd nie stała, w Białym Domu w Waszyngtonie, w Peterhoffie pod Leningradem, w Moskwie, a nawet w Watykanie. Film ten powinien kosztować setki milionów, ale hasło "Polonia Restituta" wszędzie otwierało przede mną podwoje. Hasło to otwierało mi drogę przede wszystkim w naszych ambasadach. W Waszyngtonie sekretarzem ambasady był wtedy właściwie wygnany z kraju prowokacyjnymi szykanami twórca "Nocy i dni", wybitny polski reżyser Jerzy Antczak, zaś urząd ambasadora sprawował Romuald Spasowski, który potem "wybrał wolność". Obaj byli wtedy w Polsce na zjeździe partii. Przyjęła mnie żona Antczaka Jadwiga Barańska, która zawdzięczała mi swój debiut na scenie Warszawy, bowiem zaproponowałem jej role w spektaklu "Kapelusz pełen deszczu" w "Rozmaitościach". Widzę na jej szyi gwiazdę Syjonu na złotym łańcuszku. Mówię: przecież Jadziu, Ty nie jesteś Żydówką? Ona na to: tu bez tego ani kroku! Podczas zdjęć w Białym Domu przydzielono mi taką umundurowaną i wyszczekaną panienkę, która nas oprowadzała po wnętrzach informując, że "w tych oknach jest wasz Zbig Brzeziński" i przypominając, że mamy również swojego papieża. Powiedziała też, że przydałby się nam też ktoś w Moskwie, na co ja, że mamy to opanowane i teraz pracujemy nad Pekinem.
   Takie żarty sobie z tą dziewoją stroiliśmy. Ten Biały Dom jest dość ubogi jak na standardy europejskie, ale tym się charakteryzuje, że każda sala jest wyłożona innego koloru aksamitem. "A teraz wam się najbardziej spodoba", mówi dziewoja, wprowadzając nas do Sali czerwonej, na co ja mówię, że naturalnie, bo to jest połowa naszych barw narodowych. Zdjęcia zrobiłem spokojnie. Nasza ambasada w Paryżu mieści się w słynnym i nabytym jeszcze przed wojną pałacu Talleyranda. Przepiękny! I wyobraź sobie, że ten pałac stał się moim atelier na dwa tygodnie. W tym czasie ambasador urzędował pod schodami, a ja pracowałem w jego gabinecie. To był późniejszy minister spraw zagranicznych Tadeusz Olechowski.
   Teraz już nie ma takich ambasadorów!
   - I ja już teraz taki rozwydrzony spotykanym wszędzie zrozumieniem lecę do Rzymu. W samolocie spotykam Jerzego Ambroziewicza, dziennikarza, który był akredytowany przy Watykanie. Pyta mnie, dokąd lecę, a ja, że robię taki film z Piłsudskim, Dmowskim i lecę na zdjęcia do Watykanu. Ambroziewicz mówi mi, że w Watykanie nie powinienem mieć kłopotów, bo papież niedawno pokazywał swoim najbliższym współpracownikom "Hubala". A jeżeli chodzi o naszego ambasadora, to by się nie obawiał, gdybym się nazywał na przykład Morgenstern. Przytaczam to nazwisko kolegi, którego lubię i szanuję, ale to ono padło wtedy w tej rozmowie. Inaczej, mówi Ambroziewicz, mogę mieć kłopoty. I na wszelki wypadek daje mi swoją wizytówkę. Po przylocie melduję się w ambasadzie i okazuje się, że Ambroziewicz doskonale to przewidział: ambasador nie ma dla mnie czasu! Ja tłumaczę, że mamy bardzo skromne środki na dwa-trzy dni pobytu, a on, że może za tydzień czy za dwa będzie mógł coś dla nas zrobić. No to ja zwracam się do Ambroziewicza, który ma legitymację upoważniającą do wejścia na teren Watykanu. Ustalamy, że ja mam iść za nim, powtarzając permesso di santo padre, to znaczy za pozwoleniem papieża. I tak było. Tego dnia przekroczyliśmy granicę Watykanu kilkanaście razy. Ponieważ musieliśmy przejść przez Spiżową Bramę, poznaliśmy całą watykańską biurokrację. Najpierw idziemy do padre Nowaka, Polaka, który nas wita, pytając, w czym może pomóc. Ja mówię, że kręcę taki film o Piłsudskim, Dmowskim, Paderewskim, traktacie wersalskim, jednym słowem o powstaniu niepodległej Polski. Na to padre Nowak: trzeba by wam pomóc, tylko ja bym musiał przeczytać scenariusz. Akurat zbliżała się przerwa obiadowa i Ambroziewicz zaproponował, by eminencja przejrzał scenopis w czasie tej przerwy i tak się stało. A to wszystko dzieje się we środę, czyli w dniu audiencji papieskiej. Na placu przed bazyliką gromadzi się od samego rana coraz więcej ludzi. Służba ustawia krzesła i bariery. Padre Nowak mówi, że to, co robimy, to szlachetna rzecz, trzeba pomóc, ale nie obejdzie się bez padre Hoffmanna. Idziemy do padre Hoffmana. Oczywiście nie obchodzi się bez permesso di santo padre.
   Wita nas zwalisty człowiek. Rozmowa toczy się po niemiecku. Ja mu mówię, że chodzi o traktat wersalski i powstanie niepodległej Polski. I nagle patrzę w takie zupełnie zimne oczy Niemca, który mówi: no cóż, musielibyśmy mieć jakieś dwa tygodnie na rozważenie sprawy i zadecydowanie. Jednym słowem widzę, że nic już z tego nie będzie. Wracamy przez tę Bramę Spiżową i Ambroziewicz mówi, że już tylko padre Przydatek nam zostaje. Ojciec Przydatek wygląda jak Kazimierz Wichniarz. Jest to człowiek niezwykle jowialny, od razu do wszystkich zwraca się "per ty" i okazuje się, że to on jest głównym zarządcą placu przed bazyliką: wydaje zaproszenia, dysponuje gdzie kto siedzi w czasie audiencji papieskiej. Ja mu mówię, że Piłsudski, Dmowski, Paderewski, na co on, że trzeba nam pomóc. Nie ma innej rady, tylko musisz z nim rozmawiać. Ja pytam z kim, a on, jak to z kim? Z papieżem! I wyobraź sobie, że ulokował nas przy balustradzie, przy której będzie musiał przejść papież. I zaczyna się cała ceremonia. My jesteśmy w tym tłumie, który cały czas zachowuje się jak niesforne dzieci. Wszyscy chcą na siebie zwrócić uwagę i zachowują się coraz głośniej. Rośnie podniecenie i wreszcie ukazuje się papież w papa mobile. I jedzie w jego stronę kawalkada wózków kalek. Przejeżdżają mi przed nosem i ja widzę ich twarze wyblakłe, blade, pomięte, twarze chorych bardzo ludzi. I kiedy już wracają ze spotkania z papieżem, widzę na tych twarzach samo szczęście. Widać było, że oni doznali czegoś, co daje im duży zastrzyk na życie. I teraz papież zaczyna iść, a jego ręce przesuwają się po rękach ludzi, którzy trzymają je na balustradzie. W pewnym momencie czuję jego dłoń na swojej i słyszę głos ojca Przydatka: noo, teraz! Skacz!
   I ja mówię: Ojcze święty, ja jestem reżyserem z Polski, tym od "Hubala", a na to papież: aaa, znamy, pamiętamy, a ja, że przyjechałem z Polski na krótkie zdjęcia tu, w Watykanie. Scenę z Benedyktem XV i Dmowskim muszę nakręcić. Papież się odwraca do księdza Dziwisza, który szedł za nim, i mówi: no to trzeba pomóc reżyserowi! I idzie dalej, a ksiądz Dziwisz mówi do mnie: no dobrze, zjawi się pan u mnie za tydzień. A ja go za mankiet i mówię: ekscelencjo, ja jestem z Polski, dostałem parę dolarów i ja nie mogę wrócić z niczym, a on mówi do ojca Przydatka: no to spróbujcie coś tam zrobić. I poszedł dalej. Po audiencji, ojciec Przydatek mówi do mnie: no wiesz, innej rady nie ma, siadaj i pisz list. Pytam, jaki list, a on, że do papieża. I piszę, że jestem polskim reżyserem, który kręci film o tym i o tym, że ten film nie będzie miał żadnych akcentów antyreligijnych i antykościelnych, za co ręczę słowem honoru polskiego artysty. On to zabiera, wychodzi i nie ma go półtorej godziny. W końcu wraca z nosem na kwintę. Nie ma innej rady, za jakieś dwa tygodnie znów przyjedziecie. Ilu was? Ja was zakwateruję. Po miesiącu dostałem z Watykanu odpowiedź, że mój list trafił nie do tego departamentu. Mówię do Ambroziewicza: o szóstej rano zabieram kamerę i robimy zdjęcia na placu. Na nasz widok umundurowani Szwajcarzy z Gwardii Papieskiej pytają, co my tu robimy, a ja że permesso di sante padre. I oni zaczęli odganiać ludzi, żeby nam w kadr nie wchodzili. Kręciliśmy, oczywiście, bez pozwolenia zdając sobie sprawę, że może być jakaś awantura, ale nie było awantury. Na lotnisku w Warszawie spotykam Krzysztofa Zanussiego, który jest, jak wiadomo, podróżnikiem. A skąd pan, panie Bohdanie? A ja, że z Watykanu. Zdziwienie w oczach. A co pan tam robił? A no rozmawiałem z papieżem. Mija dzień i mam wezwanie do KC. Jerzy Łukaszewicz: "Noo, jak tam było w Watykanie, całowało się po rączkach papieża, co?" Na to ja: jesteście, towarzyszu, trochę źle poinformowani, bo jeżeli się już całuje, to w pierścień, ale papież jest nowoczesny i nie bardzo na to pozwala. Moim montażystą, był Jarek Ostanówko, którego ojciec służył z moim w Pierwszej Brygadzie. Cały był szczęśliwy, że robi ze mną taki film. Został przewodniczącym "Solidarności" Wytwórni Filmowej w Łodzi. Pyta mnie, czy zgodzę się na przed kolaudacyjny pokaz dla kierownictwa łódzkiej "Solidarności". Czekamy na przewodniczącego Słowika. Wraca od Wałęsy. Wraz ze mną czeka Pałka, Niesiołowski i wszyscy inni łódzcy święci. Zaczynamy projekcję: na ekranie scena z dwunastego listopada osiemnastego roku. Piłsudski i biskup z Rady Regencyjnej obserwują z okien Pałacu Kronenberga bardzo czerwony wiec prowadzony przez Daszyńskiego. Biskup: "Komendancie, musi Pan coś zrobić, bo jutro będziemy mieli w Warszawie rewolucję"! Piłsudski: "Nie będzie rewolucji, Daszyńskiego zrobi się premierem, inaczej wojsko użyje broni"! W trakcie tej sceny na ekranie spada mi pod nogi kożuch, a na wolne obok mnie miejsce zwala się Słowik i słyszę: "O Jezu, taki by się nam teraz przydał"!
   Po filmie dyskusja. Dziwią się jak mogłem w PRL-u zrobić taki film? Same peany. Na łamach "Łódzkiej Solidarności" ukazuje się recenzja Stefana Niesiołowskiego, który ostrzega władze, że jeżeli ten film będzie miał trudności z dystrybucją, to dziewięciomilionowa "Solidarność" stanie za nim murem. A tymczasem w czasie premiery w Szczecinie Niezależny Związek Studentów rozrzucał ulotki, żeby nie chodzić na film zdrajcy narodu! Na film o Paderewskim, Piłsudskim i Dmowskim, o których nie dawno nawet pisnąć nie było wolno! No, ale cóż się dziwić, skoro doradcą w sprawach kultury był wtedy u Wałęsy Andrzej Wajda! Takie to było to życie…
   Jest to fragment książki wywiadu-rzeki pt. "Ocalić polskość", która ukaże się wkrótce na rynku księgarskim. Patronat medialny nad tym przedsięwzięciem objęła "Myśl Polska". Myśl Polska nr 39-40 (26.09-3.10.2010)

Brazylijski Żyd broni Polaków przed oszczerczą kampanią nienawiści
Wywiad przeprowadzony przez Juliusza Osuchowskiego z Josephem Nichthauserem, Żydem pochodzącym z Polski.
Polska, proszę Pana

  Juliusz Osuchowski: Skąd, proszę Pana bierze się opinia, ze Polacy są antysemitami. Kto te opinie rozgłasza. Czy inaczej propaguje ja na cały świat?
  
  Joseph Nitchthauser: Proszę Pana! Polski antysemityzm to jest straszne głupstwo. Ja tu walczę z moimi żydami o to. Ja tu byłem przez osiem lat prezydentem Federacji Żydowskiej i zawsze z nimi walczyłem. Pokolenie które się tutaj urodziło, zostało nauczone przez swoich rodziców, którzy urodzili się w Polsce, ze Polak to antysemita.
   Ja przeżyłem Oświęcim i inne obozy koncentracyjne, tylko dlatego, ze nauczyłem się spawać. Nauczyłem się od razu jak tylko mnie wzięli do obozu. Był to mały obóz na Górnym śląsku niedaleko Katowic jakieś 50 kilometrów od nich i tam ja się nauczyłem spawać i acetylenem i elektrodami elektrycznymi. Ja lubiłem spawać, byłem dzieckiem, nie zdawałem sobie sprawy z tego, ze pracuje dla nazistów i to mnie chyba uratowało. Pracowałem do końca jako spawacz.
   W Oświęcimiu było to komando 21, nazywało się "kraftwerke", byli w nim tylko spawacze. Jakieś 300 ludzi, sami spawacze. Tego komanda nikt nie ruszał. Nigdy mnie nie bili, gdyby nie amerykańska bomba, która Amerykanie potraktowali fabrykę w której pracowało 98% więźniów, a podmuch wybuchu wyrzucił mnie na zewnątrz budynku i rozwalił mi uszy to i z wojny wyszedłem cało.
   Chodzi o to, ze myśmy im (nazistom) pomagali. Ja to powiedziałem dla telewizji brazylijskiej. Ja się nie boje nikogo. Szczególnie nie boje się żydów. Jestem żydem, umrę żydem, mój ojciec był żydem; religii nie praktykuje żadnej, ale tez nie jestem ateista. Na drzwiach mam symbol żydowski, który maja na drzwiach wszyscy praktykujący żydzi, to na pamiątkę mojego ojca i matki, oni byli religijnymi, praktykującymi żydami.
   Polska była jedynym z siedemnastu krajów, które naziści zajęli, republik, monarchii, który nie dostarczył ani jednego esesmana, ani dobrowolnie, choćby jednego żołnierza do Wehrmachtu.
   Wszystkie inne kraje dostarczyły.
   Ukraińcy - byli gorsi, jak esesmani niemieccy.
   SS holenderskie - było jeszcze gorsze.
   Dania - ten piękny kraj, który uratował prawie wszystkich swoich żydów, dostarczał kontyngenty SS.
   Francja - była jedynym krajem z krajów okupowanych, w którym żydów francuskich, a było ich 400.000, nie wyaresztowali Niemcy. Zrobiła to policja francuska bez żadnego ponaglania i rozkazu niemieckiego. Znała ona wszystkie adresy i sami ich wyaresztowali. W Paryżu najpierw trzymano ich na welodromie De Wer skąd przewozili ich do Dani a z stamtąd, francuskie pociągi z francuska obsada zawoziły ich od Oświęcimia.
   To, o czym się nie mówi, chyba jest ważniejsze, niz. to, o czym się mówi. A nie mówi się o tym jak myśmy, żydzi pomogli nazistom nas zniszczyć.
   Jakieś dwa tygodnie temu zostałem zaproszony przez telewizje, aby właśnie mówić o tym. Zawiadomiłem kilka osób aby oglądali te moja pogadankę. W zasadzie bez żadnego specjalnego przygotowania opowiedziałem Brazylijczykom jak to było, co się naprawdę działo i co się stało. W Oświęcimiu nie było dość Niemców aby nas pilnować. Prawie wszyscy znajdujący się tam esesmani byli ranni i przysyłani z rożnych frontów.
   Aby zagazować, a potem spalić, czasem 10 tysięcy, czasem 20 tysięcy ludzi dziennie, potrzeba było paręset osób aby przy tym strasznym procederze pracowali. SS-mani prawie co dwa tygodnie wybierali spośród więźniów żydowskich mocnych, zdrowych mężczyzn, grupę trzystu do pięciuset ludzi, którzy byli prżydzielani do pracy w krematoriach i komorach gazowych. Po trzech tygodniach taka grupa szła do komory gazowej, a esesmani wybierali nowa.
   Nigdy według mojej wiedzy i badań, a ja do dnia dzisiejszego jeszcze badam problem Holokaustu, nie znalazłem żadnego przypadku, aby ktokolwiek, chociaż jeden żyd powiedział - nie - ja nie będę pracował przy tym! Co ryzykował? - tylko tyle, ze by go od razu zastrzelili. Umrzeć by musiał, albo zastrzelony, albo zagazowany, bo Niemcy oszczędzali kule.
   Gdyby tak się stało, Niemcy nie mogli by tego zrobić, co zrobili. Po prostu nie mieli dosyć ludzi, by ta machina funkcjonowała, gdyby nie komanda żydowskie, które zaprzęgnięto do machiny śmierci.

   Ci wszyscy, co pracowali w tych komandach, wiedzieli, ze umrą, ze nie będą do końca wojny pracować w krematorium, ładować trupy do pieców, czy wyrywać złote zęby z zagazowanych ludzkich zwlok i ladowac je na wozki, aby dowiezc do krematorium.
   Niemcy nie mieli ludzi, nie mieli mezczyzn. Na polach pracowali Polacy, w fabrykach wiecej pracowalo Ukraincow, bo Polacy nie chcieli pracowac solidnie i Niemcy nigdy nie wiedzieli, co oni wymyslą i zrobią im na złość.
   Jeńcy - ci wszyscy: Amerykanie, Anglicy, Nowozelandczycy, Australijczycy - pracowali przy torach kolejowych, i tak dalej. Niemcow do pracy nie było, a do pilnowania tez malo. żydow zmuszono oczywiscie, aby pracowali w krematoriach i komorach gazowych! Ale można było nie chciec! Chcialo sie uratowac zycie, tylko na jakies dwa tygodnie?
   Tak samo w gettach! Przeciez Gettami administrowali żydzi. Byli tam żydowskie wladze, żydowska policja wykonujaca polecenia niemieckie. To nie Polacy pomagali Niemcom wyznaczac żydow do transportow - to robili żydzi. To nie Polacy pilnowali niemieckiego porzadku w gettach, ale żydzi.
   Nie znam przypadku, aby żydzi administrujacy gettem, odmowili wykonania niemieckiego polecenia. Przeciez za to grozilo tylko zabicie i to tylko jednej osoby, a nie calej rodziny, jak grozilo to Polakom za pomoc żydowi, a Polacy to robili.
   żydzi amerykanscy wiedzieli doskonale, co sie dzieje z żydami europejskimi, zarówno przed 1939 rokiem jak i w czasie wojny. Ja jak cos robie, to robie az do konca i nic nie mowie, na co nie mam 100% dowodow. Ja mam tutaj dokument, ktory zostal opublikowany w prasie żydowskiej, tutaj, w Brazylii.
   W "Redzenia Judaika" - to czasopismo jest drukowane w Sao Paulo - w tym to wlasnie pismie zostal dosc dyskretnie zreszta opublikowany artykul glownego jej redaktora, w ktorym napisal on, ze żydzi amerykanscy nie zrobili prawie nic, aby ratowac żydow europejskich przed zaglada. Powod? Obawiali sie konkurencji przy pracy. Ten, co to napisal, to nie byl idiota - to byl żyd, ktory doskonale wiedzial co i dlaczego pisze. Nazywal sie Oskar Minc. On jeszcze zyje, jest na emeryturze.
   A co zrobily inne rzady jeszcze przed 1939 rokiem?
   Anglicy zamkneli bramy.
   Delegacji żydowskiej, ktora udala sie do Australii z prosba o wpuszczenie tam żydow europejskich, powiedziano, ze nie maja tam zadnych problemow rasowych i nie chca ich tez importowac z Europy. Zamkneli drzwi dla żydow.
   A wie pan, ktory kraj otworzyl swoje granice wtedy dla żydow? Nie wie pan? POLSKA, prosze pana.
   Ja jestem swiadkiem, jak było w tym malenkim miasteczku Andrychowie. Wie pan gdzie jest Andrychow?
   Juliusz Osuchowski: Naturalnie, ze wiem.
  Joseph Nitchthauser: Tak? Dzisiaj jest to duze miasto. Przed wojna było to male miasteczko 5.000 mieszkancow. Tam prosze pana nic nie było. Byla tylko taka fabryczka Bracia Czeczowiczka. Andrychow wowczas byl niedaleko granicy. Pewnego dnia zobaczylismy, jakies trzy, cztery miesiace przed wybuchem wojny, furmanki, ktore jechaly na Wadowice. Niektore zatrzymaly sie w Andrychowie. Byli to żydzi niemieccy, ktorym jeszcze Hitler zezwolil opuscic teren niemiecki i udac sie, gdzie tylko chca. Wtedy Francja wpuscila nieliczna grupe uchodzcow. Polska otworzyla zupelnie granice. Ja nie wiem, dlaczego dyplomacja Polska o tym zupelnie nie mowi. Jak nie wiedza - to moga mnie zawolac jako swiadka. Ja z tymi żydami niemieckimi rozmawialem. Ja juz wtedy mowilem calkiem niezle po niemiecku.
   Moj ojciec urodzil sie w Niemczech pod Gliwicami i w domu z dziecmi mowil po polsku i po niemiecku, tak jak prawie wszedzie na Slasku. Ludzie miedzy soba mowili troche po polsku, troche po niemiecku.
   Juliusz Osuchowski: Pare lat temu w Waszyngtonie zostalo otwarte muzeum Holokaustu żydow w czasie drugiej wojny swiatowej w Europie. Jeden z moich znajomych nazwal je Muzeum Wstydu żydow amerykanskich.
  Joseph Nitchthauser: Swiete slowa, prosze Pana. To jest naprawde muzeum wielkiego wstydu żydow z USA. Ludzie, ktorzy nic nie zrobili, aby pomoc innym ludziom, zwlaszcza, gdy trzeba było ratowac zycie ludzkie, najchetniej obwiniaja innych o grzech zaniechania. Tak, innych! Bardzo latwo jest pokazac na innych i ich obwinic, nie mowiac nic o sobie, lub o swej rodzinie. Dzis w USA żydzi chca zapomniec, chce sie sie wybielic srodowisko tamtejszych żydow od grzechu zaniechania w stosunku do ich braci w ogarnietej straszna wojna Europie. Bardzo jest wygodna pozycja do obrony podnoszenie krzyku o antysemityzm. Byl Pan moze w Izraelu?
   Juliusz Osuchowski: Nie
   Joseph Nitchthuser: A to szkoda. W Jerozolimie jest slynne muzeum zwane Jad Ba Sen. Obok tego muzeum jest taka aleja gdzie sa drzewa. Na kazdym drzewie jest tabliczka. Na tabliczkach sa nazwiska rodzin i ludzi nie-żydow, ktorzy w czasie okupacji uratowali zycie żydom. I wie Pan co? Tam sa prawie tylko polskie nazwiska! Tam stoja te tabliczki. Do dzisiejszego dnia nikt ich nie wyciagnal. A żydow w Polsce było duzo, w niektorych miasteczkach było ich prawie 90%, a calym kraju w gruncie rzeczy to wynosilo w stosunku do calej ludnosci jakies 15%.
   Jak sobie mozna wyobrazic Francje ktora ma jakies 60 milionow ludzi. Dzisiaj żydow we Francji jest niewielu, a jak wielki jest tam antysemityzm obecnie. Wystarczy tylko maly ogien z zapalki, aby wybuchla rasistowska awantura. A co by było jak by tam teraz było 15% żydow, tak jak w Polsce przed wojna. To znaczy ile? 9 milionow żydow we Francji.
   Nikt ze srodowiska żydow w USA slowem nie wspomina o tym, ze Polska byla jedynym krajem na swiecie, gdzie żyd mieszkajacy, urodzony w niej, nie byl zmuszany do mowienia po polsku. Nie było nawet takiego prawa, ktore zobowiazywaloby żyda do znania oficjalnego jezyka, jakim byl jezyk polski.
   Wiec gdzie ten antysemityzm polski? Prosze pomyslec o wolnej republikanskiej Francji, w ktorej okolo 15% ludzi nie mowilo by po francusku. Czy w kolebce wolnosci, USA gdzie 15% obywateli nie mowilo by po angielsku, czy o Brazylii. Ludzie mowia, ale nie wiedza o czym mowia, nie rozumieja slowa antysemityzm, swoje slabosci przypisuja innym: to nie my, to oni.

   W Brazylii jest dyskryminacja w stosunku do czarnych, bo widzi sie ich inna skore. Nie wolno tu jednak nikomu powiedziec np. "ty jestes żydem parszywym". Jest prawo, ja ksiazke z nim mam tutaj na biurku, kto je lamie idzie od razu do wiezienia - mowi Joseph Nitchthauser w obszernym wywiadzie udzielonym panu Juliuszowi Osuchowskiemu. - Nie ma w takim wypadku "habeas corpus", czyli wypuszczenia za kaucja. Ryzykuje sie od dwoch do pieciu lat wiezienia, ale w wielu wypadkach to tylko teoria.
   Naturalnie prawnie dyskryminacja i rasizm jest tu zabroniony, ale faktycznie on jest, na szczescie, nie wszedzie. Dyskryminacja w stosunku do żydow jest slaba, bo oni tu juz nie sa handlarzami. Jednak sa przypadku i nietolerancji w stosunku do żydow. A dlaczego o to pytalem w telewizji? Ja sie zapytalem w telewizji, kim jest Dawid Wilbernstain, ktory jest mezem corki naszego prezydenta F. H. Cardozo. Czy byle jaki żyd w Polsce nazywal sie Dawid Wilbernstain? Ten ziec naszego prezydenta ma ladna gebe, wyglada jak aktor filmowy, jemu nikt nie odwazy sie powiedziec, ze jest żydem.
   Ja rzadko mowie po polsku, bo obecnie tu w Belo Horizonte jest bardzo malo Polakow. Mowie tak jak mowie do dzisiejszego dnia, to miedzy innymi dlatego, ze przez dlugi czas tlumaczylem dla wojska. Jak Ojciec Swiety Jan Pawel II objal pontyfikat w Watykanie, to wtedy II sekcja wojska, ta anty-szpiegowska zaczela mu posylac wiadomosci o sytuacji kosciola w Brazylii. Ale Ojciec Swiety nie odpowiadal. Pewnego dnia zwrocili sie do mnie.
   Ja publikowalem tutaj w gazecie, ze dostalem blogoslawienstwo od Ojca Swietego. To jest inna historia, bo moja siostra nieboszczka byla jego kolezanka. Tylko ja sie urodzilem w Bielsku, a cala moja rodzina jest z Wadowic. Moja siostra, ktora zmarla cztery lata temu, byla kolezanka Ojca Swietego. Ona urodzona byla w 1920 roku w grudniu, a Ojciec Swiety w 1920 roku w maju. A w Wadowicach wtedy byla tylko jedna szkola podstawowa wiec oni chodzili do niej razem do jednej klasy. Pewnego dnia ja napisalem do Ojca Swietego, bo siostra nie chciala, wstydzila sie. Napisalem, ze moja siostra Fela byla kolezanka Waszej Swiatobliwosci. W miesiac potem otrzymalem odpowiedz. W jakiej postaci? Fotografii w kolorach, mam ja tam na scianie nad biurkiem w pokoju gdzie daje lekcje. Jest to podobizna Ojca Swietego, a z tylu wlasna reka napisane blogoslawienstwo - "Niech was Bog Wszechmogacy blogoslawi w Imie Ojca i Syna i Ducha Swietego Amen" - Jan Pawel II.
   Ja mam przyjaciela do dnia dzisiejszego tu w naszej gazecie, patrz - powiedzialem - dostalem blogoslawienstwo od Ojca Swietego. No to ja to opublikuje. No i opublikowal. Wojsko to przeczytalo. Pewnego dnia dostalem zaproszenie, zeby do nich przyjsc do czwartego pulku piechoty. Tam poprosili mnie o tlumaczenie jednej stronicy. Oni dali takie krotkie wiadomosci o kosciele w calej Brazylii. To było dla mnie zupelnie latwe. Przetlumaczylem, a oni poslali. Otrzymali odpowiedz po raz pierwszy, ale po polsku, podpisana przez ksiedza Dziwisza. Czy go Pan zna?
   Juliusz Osuchowski: Tak, wiem kto to jest, ale nie znam go osobiscie.
  
  Joseph Nitchthauser: A ja go znam osobiscie. On mnie zaprowadzil pozniej, jak sie ozenilem, moja pierwsza zona zmarla, to sie ozenilem z Marta. I zrobilem jej niespodzianke. Pojedziemy do Europy - powiedzialem - i zostaniemy przyjeci przez Ojca Swietego. Jest tu fotografia. Tak, widzialem ja. Byla to dla nas tylko audiencja, ale tak sie tam cos podzialo. Ksiadz Dziwisz powiedzial: no, dzisiaj jeszcze musze przyjac wiecej ludzi, przyjda jeszcze trzy parki i one beda razem z wami. I przyszli, ale Ojciec Swiety mowil tylko ze mna. Po polsku! A pozniej ksiadz Dziwisz nas odprowadzil z biblioteki Ojca Swietego az na sam dol. Tam pocalowalem go w reke. było bardzo ladnie.
   Ostatnio publikowali tutaj dokument, ze Watykan prosi o przebaczenie i tak dalej, ze katolicyzm nie zrobil dosyc dla żydow. Ja uwazam, ze nawet nie potrzebowali isc tak daleko. Nikt nie mogl nic zrobic dla żydow. Nikt! To byla ta tragedia. Nikt, ani Ojciec Swiety, ani ksieza, ani nikt. Pomimo wszystko jednak robili. Ja nie rozumiem, dlaczego Watykan musial prosic o przebaczenie? Przede wszystkim Papiez Pius XII zrobil co mogl. Jesli by zrobil wiecej, to by poslano tam dwoch esessmanow i by go tam zastrzelili w Watykanie i nikt by nawet nie gwizdnal. Nikt by nic nie mogl zrobic.
   Tu, w Belo Horizonte, jest jedna rodzina, zreszta bardzo starych ludzi, żydow niemieckich, ktorzy uciekli z Niemiec, przeszli do Wloch i w 1942 roku, w pelnej wojnie, otrzymali paszporty Watykanu i przyjechali do Brazylii. W pelnej wojnie, prosze Pana! Tutaj mieszkaja, a w Sao Paulo jest wiele takich rodzin. Slyszal Pan na pewno o swietym Maksymilianie Kolbe? Ja zostalem przywieziony do Oswiecimia w cztery miesiace po jego smierci. Jeszcze sie duzo mowilo o nim. Ja juz trzy razy bylem w telewizji i trzy razy opowiadalem o swietym Maksymilianie Kolbe. Zawsze bylem przejety tym. Nie moglem zrozumiec, jak mozna sie poswiecic tak dalece za drugiego czlowieka, ktorego nawet nie znal. On tylko slyszal, ze ten porucznik powiedzial "o, moja zona, moje dzieci", bo zostal wyznaczony zeby poszedl do tej celi glodowej. A ksiadz Kolbe wyszedl z szeregu, nie? I powiedzial: "Ja chce isc". I poszedl.
   Ja otrzymalem dokumenty - z Polski dokumenty, z Niepokalanowa - gdzie sie przypuszcza, dlaczego on zostal zaaresztowany. Bo zostal zaaresztowany calkiem zwyczajnie przez gestapo. Przyjechali do klasztoru i zabrali go. Najpierw poslali go do Pawiaka w Warszawie, a potem do Oswiecimia. Wiec miedzy innymi przypuszcza sie, ze ofiarowali mu obywatelstwo niemieckie, przypuszczajac ze Kolbe jest pochodzenia niemieckiego. Oni nie przyjal. W swoich kazaniach on zawsze dawal do zrozumienia, bo byl czlowiekiem bardzo inteligentnym, ze to nie jest w porzadku to co robia z Polakami, żydami i innymi narodami nazisci. On dal osobiscie rozkaz, polecenie - o czym duzo Polakow nie wie do dnia dzisiejszego, ja to mowie nie od siebie, ja mam dokumenty - aby otworzyc drzwi wszystkich klasztorow reguly franciszkanskiej, on byl franciszkaninem, aby przyjac Polakow i żydow, ktorzy zostali przez nazistow wyrzuceni z Pomorza. Jak on dal ten rozkaz, to w miesiac potem przyjechalo po niego auto i tak sie skonczylo.
   No to jak mozna mowic, ze nie pomagali. Nawet Francuzi, ktorzy sami wydali Niemcom wszystkich swoich żydow, pomagali. Nie na tyle co Polacy, ale pomagali. Dzisiejszy arcybiskup Paryza, od ktorego tutaj mam list, zaraz go pokaze, Jan Maria Lustinger urodzony jest we Francji, ale jego rodzice byli żydami z Bielska, z mojego miasteczka. Miasteczka, w ktorym ja sie urodzilem. Oni pojechali do Francji juz w 1925 roku. Dzisiejszy Kardynal Lustiger urodzil sie w 1926 roku i cala jego rodzina i on tez byli normalnymi żydami. Nie wszyscy we Francji byli i sa radzi z tej Papieskiej decyzji.
   Po wkroczeniu Niemcow do Francji, Francuzi zlapali jego rodzicow. Lustigera i jego starszego brata nie zlapali, gdyz schowali sie oni gdzies w piwnicy. Obu tych chlopcow - to byly prawie ze jeszcze dzieci - wzieli dobrzy ludzie do gor nad granice ze Szwajcaria i tam uratowali sie u gorali francuskich. W miedzyczasie Lustiger poprosil o chrzest. Przechrzcil sie na katolicyzm, jego brat nie. Jak skonczyl 16-16 lat powiedzial: "ja chce byc ksiedzem". I dzisiaj jest kardynalem. Brat jego jest w Izraelu, mieszka w jednym kibucu. Nie wszyscy we Francji byli i sa radzi z tej Papieskiej decyzji. Ale nie mozna było ratowac. Za ratowanie żyda, za danie mu talerza zupy, na terenie tylko Polski, jezeli Niemiec zlapal, mogl zastrzelic, od razu na miejscu i żyda i Polaka jezeli chcial. Oni mieli wladze nad smiercia i nad zyciem we wszystkich panstwach, ktore oni zajeli. Oni byli wszechwladni. Tak, ze nie było mozliwosci, trzeba było miec bardzo duzo odwagi, zeby pomoc żydowi.
   Polske i Polakow zawsze bronie, bo tak mnie rodzice nauczyli. I tak jak analizowalem dzisiaj, a mam na karku juz siedemdziesiat lat. Nie zmienilem opinii, bo wiem, ze jest wielka niesprawiedliwoscia jezeli mowi sie tak zle o Polakach.
   Juliusz Osuchowski: Kim byli Pana Rodzice?
  
  Joseph Nitchthauser: Moj ojciec mial furmanke i sanie i dwa konie. Jezdzil do Jaworzna do kopalni. Bral tam wegle zapakowane w worki, nie sprzedawal ich, tylko rozwozil. Nie tylko dla żydow, ale tez dla Polakow. I z tego utrzymywal cala rodzine - bardzo marnie.
   Juliusz Osuchowski: Ten prosty czlowiek, woznica, Pana Ojciec, polski żyd nauczyl Pana patriotyzmu polskiego?
  
  Joseph Nitchthauser: Tak. Mial brode nie taka dluga, ale taka jak ja. Ja mam brode nie dlatego, ze jestem żydem. Dwa lata temu pracowalem na rzecz jednego kandydata na burmistrza miasta w czasie wyborow. Wtedy wszyscy w naszym komitecie zapuscili brody, bo nasz kandydat nosil brode. Moge powiedziec, ze moj ojciec byl dosc poboznym żydem. Chodzil do boznicy - w kazda sobote rano. I bral mnie za reke, bral mojego brata, było nas piecioro, trzech synow i dwie corki, i prowadzil do boznicy. Ojciec nigdy nam nie mowil, ze mamy zle mowic o Polsce. On nam zawsze mowil, ze tu w Polsce, jest nasze miejsce i my mamy szanowac ten kraj.
   Moj brat sluzyl w wojsku polskim w 1939 roku. Gdy wojna wybuchla, znalazl sie na najpierwszej linii frontu, bo sluzyl na samej granicy z Niemcami. Przeszedl z wojskiem cala kampanie wrzesniowa. On byl dobrym polskim podoficerem. Zginal w gettcie w Tarnowie wraz ze swa zona. Do naszego domu przychodzili sasiedzi i razem z ojcem pili. Oni, Polacy, wiecej rozmawiali z nim po niemiecku niz po polsku. Rozmawiali o wszystkim. O tym, co sie dzialo wokol nas i o sprawach waznych. Ja ubostwialem przysluchiwac sie tym rozmowom. Zawsze wracam pamiecia do domu mojego ojca i zawsze chcialem to co zostalo z mojego dziecinstwa tam pokazac mojej corce.
   Jak uskladalem troche pieniedzy, a moja corka wtedy studiowala w Anglii, ona miala 18 lat. Pojechalem do Anglii, zabralem ja i powiedzialem: "zobaczysz gdzie twoi dziadkowie mieszkali".Ona miala tydzien wakacji na uniwersytecie w Cambridge. Zawiozlem ja wszedzie, gdzie ja spedzilem moje dziecinstwo i gdzie zyla cala moja rodzina. żydowska rodzina, ktora bardzo kochala i szanowala Polske i Polakow. To było bardzo wzruszajace byc tam skad wyszedlem i spotkac sie po latach ze znajomymi, ktorzy jeszcze w tych miejscach sie znalezli. To było wielkie przezycie, a oni wszyscy byli tacy serdeczni i tak bliscy, tak bardzo goscinni - prawdziwi starzy znajomi - Polacy.
   przedruk ze strony: http://www.3w3.net/polska/Antypolonizm/pages/nichthauser.html

Bohdan Poręba z własną propozycję rozszerzajacą protest w sprawie filmów o wymowie antypolskiej
    Obywatelski Komitet Obrona Westerplatte 2008
    Szanowni Panowie!
    Z całej duszy popieram Wasz protest i z radością popieram Waszą inicjatywę wspierającą głos pełnomocnika wojewody pomorskiego d.s. rewitalizacji Westerplatte p.Mariusza Wojtowicza - Podhorskiego, zamieszczony 30-31 sierpnia w "Naszym Dzienniku " w sprawie na szczęscie nie doszłego narazie filmu o antypolskiej wymowie "Tajemnica Westerplatte" autorstwa i w rezyserii Pawła Chochlewa.
    Pozwólcie jednak, że jako reżyser od ponad półwieku uprawiający ten zawód, znajacego srodowisko, i autor "Hubala" pozwolę sobie na kilka chwil refleksji i własną propozycję rozszerzajacą Wasz protest. To nie pierwszy obywatelski protest w sprawie filmów o wymowie antypolskiej,dotyczących walki obronnej Polaków przed uderzeniem zhitleryzowanych Niemiec.Na przestrzeni ostatniego czasu, czasu nasilającego się rewizjonizmu niemieckiego, hołubiącego coraz bardziej oficjalnie tzw "wypędzonych" oraz proniemieckiej, proukrainskiej i prożydowskiej propagandy, dążącej do podwazenia historycznej prawdy o Polsce jako kraju napadnietym z dwu stron przez totalitaryzmy niemiecki i sowiecki, najdłużej powstrzymujacym uderzenie w całą ludzkość przez ówczesny globalizm,oraz kwestionowania polskiego bohaterstwa, mającego odebrac Polakom ich prawo do katolicko-narodowego ethosu, ich siłe moralna i godność. 17-tego czerwca 2008 ukazał sie w " Naszym Dzienniku" protest Córki generała AK Augusta Fieldorfa "Nila" zamorowanego przez żydokomunistyczne UB, pt. "To nie jest film o moim Ojcu". Protest Pani Marii Fieldorf Czarskiej dotyczył powstajacego wtedy filmu reż.Ryszarda Bugajskiego mającego nosic tytuł "Generał Nil". Oto, co m.in. pisze Pani Fieldorf Czarska:
   ...."Jesli Panowie chcecie robić film autorski, to oczywiscie nie moja sprawa, pod warunkiem, ze nie bedzie tam mojego Ojca, mojej Matki, mojej Siostry i mnie. To moze być np. film " Generał Kowalski". Nie życzę sobie jednak zmyślonych, wątpliwych scen z udziałem moich najbliższych Zmarłych - przez szacunek dla Nich. Wykorzystam też wszystkie dostepne mi środki prawne, by nie dopuścić do emisji takiego filmu a w razie potrzeby, gotowa jestem wystąpić przeciw producentowi z powództwa cywilnego, w obronie dóbr osobistych....
   I dalej pisze córka Bohatera: ...film został pogrzebany z powodu braku profesjonalizmu ze strony scenarzysty i rezysera - ich niecheci do zagłębienia sie w dostępne , obfite materiały piśmienne i ikonograficzne, które powinny byc punktem wyjścia, zanim napisali pierwsze słowo scenariusza! Mieli do dyspozycji żyjacą córkę Bohatera, i autorów monumentalnej, ponadtysiącstronicowej monografii. Mieli do dyspozycji nagrane na taśmę magnetofonową i opublikowane w Paryżu ( dostępne w internecie) wspomnienia mojej Matki z kompetentnymi przypisami autora opracowania. Nic z tego nie wykorzystali, a jak wynika z rozmowy w moim mieszkaniu, nie wiedzieli nawet o istnieniu wspomnień Żony Bohatera! Do mnie przyjechali już w trakcie realizacji filmu(!) na moje wyraźne żądanie. Reżyser oświadczył mi, że jego film "nie jest historyczny"(!) a w związku z tym - dał mi wyraźnie do zrozumienia - zgodność scen z faktami jest drugorzędna.
    Ja tego nie rozumiem. Z tego filmu młodzież będzie się uczyć historii, zapamięta nieprawdziwe sceny i ryzykowne dialogi, nie dowie się w końcu, dlaczego "Nil" został zamordowany, utrwali nieprawdę, która będzie potem nie do sprostowania!... Co uderza w postawach reżyserów obu wspieranych przez PISF filmów? Pogarda dla prawdy, nonszalancja wobec faktów historycznych, negatywny stosunek do prawdziwej,potwierdzonej życiem i krwia postawy narodu polskiego. Chęć przypodobania się proniemieckim( wg. nich "proeuropejskim ) tendencjom wspieranej przez media poprawności politycznej, wspierajacej trzy sępy które uznały Polske za padlinę a dążace do rewindykacji materialnych za wywołanie i wsparcie drugiej wojny światowej.
    Pani Fieldorf Czarska grozi procesem producentowi filmu "Generał Nil". Ale producentem jest nie tylko konkretna osoba realizująca film. Współproducentem obu antypolskich filmów jest "polski" Instytut Sztuki Fimowej a konkretnie jego przewodnicząca pani Agnieszka Odorowicz. Została ona mianowana głównym programistą filmu polskiego jeszcze przez ministra kultury i szefa polskiej kinematografii, przyjaciela Kwaśniewskiego, pierwszego play boya czasu "transformacji" a zarazem wiceprzewodniczącego fundacji "Shalom", Waldemara Dąbrowskiego. Pisowski minister kultury Ujazdowski obejmując po Dąbrowskim fotel, powiedział w wywiadzie,że nie będzie dokonywał zmian personalnych w kinematografii. Utrwalił je równiez obecny minister Zdrojewski. Słowa te pisze reżyser od 20 lat bezrobotny. Ani Dąbrowski ani Ujazdowski ani Zdrojewski nie spotkali sie ze mną ani razu. Pani Odorowicz po jednym spotkaniu, które miało miejsce 10 lutego 2006 roku,na którym przedstwiłem moje plany( m.in. scenariusz o Katyniu), idąć sladem swoich lewicowych i prawicowych szefów, już się więcej ze mną nie spotkała. Minister Zdrojewski, który otrzymał ode mnie datowany 24 lutego 2008 roku list, na który nie odpowiedział ( co jest złamaniem ustawowej pragmatyki), a który dotyczył mojego żądania spotkania. Może tu się kryje tajemnica nie powstawania rzetelnych historycznie filmów o polskiej historii? Nie zatrutych jadem nienawiści w stosunku do wartości historycznych narodu polskiego? Takich jak "Hubal" i "Westerplatte" Stanisława Różewicza? Bo to jedyne dwa nie zakłamane filmy o obronie w 39 roku! Tylko,że ja wybrałem na moich konsultantów Komendanta AK Okregu Łodzkiego Michała Stępkowskiego oraz Marka Szymańskiego,dowódcę hubalowskiej piechoty i przejechałem z nimi wszystkie ścieżki i miejsca które przebył "Oddział wydzielony Wojska Polskiego". I byłem w stałym kontakcie z 60 cioma innymi żyjacymi hubalczykami i przyjaźniłem sie z Nimi aż do śmierci wiekszości z nich. I za to spotkałem sie z totalnym bojkotem w czasie produkcji.
   Tych, którzy chcieli widzieć w Hubalu tylko jeszcze jednego głupiego ułana, skorego do anarchii, szabelki i szarż (może na czołgi jak w powielonym przez Wajdę w "Lotnej" a wymyślonym przez Goebbelsa ataku polskiej kawalerii, rąbiacej szabelkami stalowe pancerze!) List ten przesyłam, bowiem właściwie mówi wszystko o nastrojach, terrorze ideowym i wybiórczości w popieraniu artystów jakie panuja w kinematografii i kulturze teatralnej. List ten będzie punktem wyjścia do mojej propozycji dla "Westerp;atte 2008". Ale zanim do niego przejdę, ciśnie mi się jeszcze jedna uwaga: Pan Wójtowicz Podhorski w "Naszym Dzienniku" pisze, że Paweł Chochlew przyznał sie że scenariusz oparł głównie na materiałach Stanisławy Górnikiewicz Kurowskiej, oficera Słuzby Bezpieczeństwa , szkolonej tuż po wojnie przez NKWD..."Inwigilowała ona środowisko westerplatczyków przez kilkadziesiąt lat , zarazem skutecznie je skłócając.Ma też nie mały udział w fałszowaniu historii Westerplatte oraz szkalowaniu dobrego imienia nie jednego z westerplatczyków... Teraz juz wiadomo, dlaczego w tym filmie obrońcy mieli walczyć nago i w pijanym amoku. I odrazu przeskok do filmu "Przesłuchanie" Ryszarda Bugajskiego. Film ten zdobył poparcie polskiej widowni, która urzeczona mozliwoscią obejrzenia ubeckich tortur, nie dostrzegła, że bohaterka z AK była tam ukazana jako pijaczka i dziewczę swobodne wobec wszystkich spotykanych na drodze życia mężczyzn. Włącznie z pozwoleniem sobie na romans ze śledczym i bezkarne rozbicie stołka na głowie ubeckiej strazniczki. To obraz tego UB, o którym mówi Rotmistrz Pilecki, że "Auschwitz był wobec niego igraszką". Kiedy zderzyłem sie na kolaudacji tego filmu z Bugajskim okazało się, że konsultantem była główna fałszerka historii epoki stalinowskiej, nie dawno zdemaskowana jako agent żydokomunistycznego UB prof.Maria Turlejska. Na moje zarzuty wobec szargania pamięci dziewcząt z AK odpowiedziała, że sama ma jedną znajomą, która to przeszła". Ta znajoma w okresie premiery filmu wystapiła w radio i wtedy okazało się, że prototyp akowskiej bohaterki był komunistką więzioną za trockizm (czyli bardziej radykalna odmianę komunizmu).
    I teraz pytanie: czy dobór ubeckich konsultantów w filmach o ich ofiarach wynikał z nonszalancji wobec historii i niewiedzy reżyserów i scenarzystów, czy był świadomie podsuwany przez władze kinematografii,co zapewniało zeszmacony obraz historii Polaków? Panowie! Sam protest jest biernym stwierdzeniem faktu. Jest dobrą sytuacją wynikajacą z odsłonięciem prawdziwych postaw i przerwaniu sie ucha w dzbnie plwocin przeciw narodowi. Proponuję dokładne przestudiowanie mojego listu do ministra,wybranie na pierwszy plan jednego ze scenariuszy,które wszystkie wniosę w wiano, i przekształcenie Obywatelskiego Komitetu "Westerplatte 2008" w studio filmowe o tej samej nazwie. Byłaby to społeczna inicjatywa zapewniająca próbę zapewniajaca polskiej widowni dostarczenia prawdziwych wartosci opartych na zasadach zwalczanej dziś europejskiej i narodowej cywilizacji prawdy dobra i piękna. List ten wraz z listem do min Zdrojewskiego może być przez Panów upubliczniony. Po odpowiedzi od Panów opublikuję go na stronach sobie dostępnych i w dostepnej mi prasie.
    Pozostaję z szacunkiem
    Bohdan Poręba

Fragmenty rozmowy (wywiad "Rozrachunki i wyzwania") z byłym wicepremierem Ludwikiem Dornem, o swoim nawróceniu i odkryciu swojego żydowskiego pochodzenia, jaki z Dornem przeprowadziły dziennikarki Amelia Łukasiak i Agnieszka Rybak.

    Amelia Łukasiak i Agnieszka Rybak: Wychowywał się Pan w domu laickim?
   Ludwik Dorn: Zdecydowanie tak.
   Nie był Pan chrzczony
   Nie.
   A gdy rówieśnicy szli do Pierwszej Komunii świętej, nie było Panu przykro?
   Uczciwie mówiąc, nie za bardzo to dostrzegałem. W ogóle nie miałem takiego problemu. Może dlatego jestem dość sceptyczny wobec rozpowszechnianych poglądów o polskim napastliwym katolicyzmie. Mnie nic złego nie spotkało, żadne szykany.
   Wiedział Pan o swoim żydowskim pochodzeniu?
   W zasadzie nie. Na początku lat sześćdziesiątych rodzice zmienili nazwisko z Dornbaum na Dorn. Obcięli etniczny identyfikator. Przy czym ja nawet o tym nie wiedziałem, miałem wtedy sześć, siedem lat. Nie mówili mi też, że Tato ma żydowskie pochodzenie.
   To kiedy Pan się o tym dowiedział?
   W 1968. Wtedy też zetknąłem się z antysemityzmem w szkole. Nauczycielka języka angielskiego poprosiła mnie do siebie na początku czy na końcu lekcji i szepnęła do ucha: "Ja wiem, że ty się kiedyś nazywałeś Dornbaum". Zdębiałem i potwierdziłem. Nie potraktowałem tego poważnie, bo to była stara panna, dziwaczka. Niska i gruba. Górowałem nad nią wzrostem. Potem kilku kolegów zaczęło do mnie mówić: Żydzie, parchu. W końcu zadałem rodzicom pytanie, czy ja jestem Żydem. Zrobiłem to, bo przeczytałem w jakimś piśmie artykuł o Brunonie Winawerze, wybitnym popularyzatorze nauki. Wiedziałem, że on jest Żydem. W gazecie było jego zdjęcie. Moją uwagę zwrócił jego charakterystyczny, duży nos, bardzo podobny do nosa mojego Taty.
   W klasie był Pan jedyny z tym pochodzeniem?
   Biłem się z kolegami, bo wyczuwałem, że ich intencja była obraźliwa. Najbardziej z braćmi F. To byli bliźniacy, nie pamiętam, może jednojajowi, w każdym razie bardzo podobni do siebie. Nie chcę podawać ich nazwiska. Może ta książka jakoś do nich dotrze, a nie chcę sprawiać im przykrości bez potrzeby. Po iluś miesiącach potyczek z bliźniakami podchodzi do mnie jeden z nich wyraźnie speszony i mówi: "Wynikła głupia sprawa, bo my też jesteśmy Żydami i właśnie emigrujemy do Izraela". Po tym doświadczeniu nie mogłem już nigdy traktować polskiego antysemityzmu jako czegoś groźnego i poważnego. Zawsze wyczuwałem w nim komiczny podtekst. Dlatego na wszystkich, którzy grzmieli, że w Polsce jest wielkie zagrożenie antysemityzmem i endecją, która za chwilę wylezie z nor, patrzyłem jak na sensatów, wariatów albo politycznych cwaniaków. Zwłaszcza na Michnika i to towarzystwo.
   O godność bezimiennych robotników apelował na początku lat dziewięćdziesiątych papież Jan Paweł II. Nikt go nie chciał słuchać.
   Stało się tak, bo środowiska opiniotwórcze, zakorzenione we władzy - jak środowisko "Gazety Wyborczej" - promowały aksjologiczną pustkę. Polakom spodobała się ta pustka. Może dlatego, że przygnieceni spadkiem dochodów realnych schronili się w prywatność, zabiegając o egzystencję własnych rodzin. Tę postawę dobrze oddaje hasło "Róbta co chceta". Polacy odwrócili się do propozycji Ojca świętego nie tyle tyłem, ile bokiem. W 1991 roku papież przyjechał do ojczyzny z mocnym aksjologicznym projektem dla Polski. Czułem dramatyzm tej pielgrzymki - jedynej, podczas której Jan Paweł II krzyczał do Polaków i krzyczał na Polaków. Odbiór był taki: Cieszymy się, Ojcze święty, że jesteś z nami. Martwi nas, że tak się denerwujesz. Nie rozumiemy dlaczego, ale bardzo, bardzo Cię kochamy i kochać będziemy. Przyjedź za trzy lata.
   Nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego miłość do Jana Pawła II nie zrodziła w Polakach zobowiązania do wypełniania jego oczekiwań.
   Warto zastanowić się nad przyczynami niepowodzenia Ojca świętego. Jeśli nawet jemu nie udało się namówić Polaków do mocnego aksjologicznego projektu, to kto może tego dokonać? Jarosław czy Lech Kaczyński? Wolne żarty. Maurycy Mochnacki u początków naszej nowoczesności w "Powstaniu narodu polskiego" postawił diagnozę, że w Polsce nic nie dzieje się aż do końca, usque ad finem. Tę diagnozę podtrzymywali i rozwijali wszyscy nasi wielcy. W polityce i literaturze. Wieszczowie, Wyspiański, Brzozowski, Dmowski, Piłsudski, Miłosz, Rymkiewicz. Moim zdaniem trzeba się z tym pogodzić. Przyjąć do wiadomości, że w Polsce każdy "mocny" aksjologicznie czy politycznie projekt zawsze w jakimś sensie się rozmyje. Nie będzie usque ad finem "szarpania cuglami" i "gryzienia żubra w dupę". Gorzko na to narzekać mogą poeci i intelektualiści - rodzaj, "co się z słowy pieści". Politycy, którzy poczuwają się do odpowiedzialności za los swej wspólnoty, powinni to przyjąć do wiadomości: nie rezygnować z celów ambitnych, ale owijać w bawełnę, podkładać miękkie poduchy. Mówię o tym bez cynizmu, bo jeśli spojrzeć na to z perspektywy ostatnich trzystu lat, to klątwa "niedoczynu", duch rozmiękczania, nieraz okazywały się narodowo korzystne. Z tego też należy wyciągnąć wnioski.
   Skoro mówimy o Ojcu świętym, w 1991 roku nie należał Pan jeszcze do wspólnoty Kościoła katolickiego.
   Nie. Zostałem ochrzczony w 2000. Do wiary dochodziłem poprzez rozum. To była dla mnie konsekwencja wieloletnich przemyśleń. Potężny wpływ miały też pielgrzymki Ojca świętego. Największym cudem jest dla mnie niedzielna msza święta wraz z Eucharystią. To jest swego rodzaju cud socjologiczny - co niedziela od wieków przychodzą ludzie i powtarzają te same słowa. I nie chodzi o frekwencję na niedzielnej mszy. Po prostu: "Gdzie dwóch lub trzech jest w imię moje...". Tego nie powinno być, a jest. I innych dowodów na istnienie Pana Boga oraz Trójcy świętej nie potrzeba.
   Rozmawiały Amelia Łukasiak i Agnieszka Rybak
   Za www.fronda.pl

 Szanowny Panie Redaktorze!
W „Magazynie Parafialnym” w Komorowie miał się ukazać wywiad udzielony przez Ryszarda Filipskiego, wywiad tuż przed wydaniem wrześniowego numeru został wycofany. W Polsce podobno nie ma cenzury, jak widać cenzury nie ma, ale głupota i tchórzostwo w dalszym ciągu szaleje. Na skutek interwencji byłej redaktor naczelnej „Magazynu Parafialnego”, której poglądy – jak się łatwo domyśleć są zbliżone do kół związanych z gazetą „Wyborczą” i resztą polskojęzycznej niemieckiej prasy w Polsce – wywiad wycofano.
      Przyjrzyjmy się tej sprawie bliżej! Jakież to treści w wywiadzie mogły zbulwersować, pono patriotyczną część redakcji pisemka, że aż posłużyła się cenzorskimi nożycami. Nie chciałabym wysuwać daleko idących wniosków, ale jak widać o twórcach stalinizmu w Polsce ani w ubiegłym, ani w tym wieku mówić prawdy – nie wolno! Lusia Ogińska

      Oto pełna treść wywiadu:
      R. Filipski w roli HubalaRozmawiamy Ryszardem Filipskim w przededniu 70. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej i tak się składa, że właśnie Pan wcielił się w postać jednego z największych bohaterów tamtego okresu majora Henryka Dobrzańskiego. Zanim jednak zapytam o tą rolę, proszę powiedzieć jakie są Pana osobiste wspomnienie z tamtych dni, na ile Pan je pamięta?
- Przeżycia z II Wojny Światowej, tragizm okupacji niemieckiej na zawsze wyryły się w mojej pamięci. Najszczerszy, najlepszy film nie odda tego co się wtedy działo, co przeżywali ludzie. Głód, wszechobecna bieda, zaszczucie – to są pojęcia, które coraz częściej dotyczą i współczesnych Polaków. Byliśmy ofiarami w tej wojnie na równi z Żydami, z tą jednak różnicą, że to my Żydów a nie Żydzi nas – ratowali! Dziś robi się z Polaków – katów i kto to robi?... Ci którzy ponoszą pełną odpowiedzialność za wojenne zbrodnie.
      Po wielu latach zagrał Pan tytułową rolę w filmie Bohdana Poręby pt. „Hubal”, w którym przedstawiona została historia oddziału dowodzonego przez charyzmatycznego majora Dobrzańskiego, który jako jedyny nie złożył broni i walczył do końca. Czym była dla Pana ta rola i osobiste doświadczenia z czasów Wojny miały wpływ na kreowaną postać?
- Zagranie postaci naszego bohatera narodowego mjr Henryka Dobrzańskiego – Hubala, dla mnie wtedy blisko 40-letniego, już doświadczonego aktora, było szansą na stworzenie czegoś co wejdzie na stałe nie tylko do historii polskiego kina, ale i do historii kultury polskiej. Film ten także miał szansę przeciwstawienia się tzw. „szkole polskiej”: wajdowskiej i munkowskiej koncepcji tzw. „bohaterszczyzny” – i to się udało. Do dziś inaczej ogląda się „Hubala” a inaczej „Piszczyka”.
      W czasie kiedy kręcony był „Hubal” filmy o tematyce wojennej były dość popularne, chociaż nie pokazywały pełnej prawdy o tamtych czasach. Oficjalna propaganda komunistyczna zwłaszcza kampanię wrześniową przedstawiała jako klęskę, za którą obarczano sanacyjny rząd, pomijając kompletnie fakt agresji Związku Sowieckiego. Dlatego o bohaterach z tamtych czasów też na wszelki wypadek mówiło się niewiele. Jak zatem doszło do powstania tego filmu? Czy może powiedzieć coś Pan o jego kulisach. Podobno nawet Pańską kandydaturę na rolę Hubala zatwierdzał Komitet Centralny.
- Nikt nie zmieni historycznego faktu, że rząd sanacyjny uciekł przez Rumunię na Zachód. Nie da się również zapomnieć, że to Roosvelt z Churchilem oddali Stalinowi pięćdziesiąt kilka procent terytorium Polski. Nóż w plecy od Rosji jest również faktem historycznym, ale tylko wszystkie te fakty połączone razem i przedstawione rzetelnie mogą dać prawdziwy obraz Polski z 1939 r. Nie można mówić tylko o „nożu w plecy” milcząc o tym jak nas potraktowali alianci.
      A czy były jakieś sceny, które usunięto lub chciano usunąć, bo były niewygodne dla ówczesnych decydentów? Pamiętam, że dla mnie najbardziej przejmująca, a zarazem najpiękniejsza była scena jak oddział Hubala wkroczył do kościoła podczas pierwszej wojennej Pasterki. Az dziwne, że wówczas można było to tak pokazać.
- Scena w kościele dlatego robiła takie wrażenie, bo wyszła naprzeciw pragnieniom wierzącego, katolickiego narodu. Pani mówi „aż dziwne, że wówczas można było to tak pokazać”, wówczas byli jeszcze artyści, którym zależało na Polsce, było wielu wierzących twórców, takich jak Jan Dobraczyński, Zofia Kossak, Karol Bunsch... A dziś, to właśnie dziś nie można by było pokazać takiej sceny, w innym kontekście niż obrazoburczym, to dziś opluwa się kościół w sztuce, w kulturze, w narodzie. I paradoksalnie więcej było wiary w tamtych filmach – niż w dzisiejszych, współczesnych!
      Symbolem polskiego oficera tamtych czasów były takie wartości jak Bóg, honor, ojczyzna. Na ile w Pańskim życiu były one i są nadal obecne?
- Wartości te zawsze było obecne w moim życiu! A na ile… to można ocenić po owocach!
      Dziś, mimo że już 20 lat żyjemy w wolnej Polsce doczekaliśmy jedynie nielicznych ekranizacji o wydarzeniach z II Wojny Światowej. Wśród nich kompletnie zabrakło rzetelnego potraktowania Kampanii Wrześniowej czy Powstania Warszawskiego. Co zdaniem Pana jest przyczyną takiej sytuacji? Czy współcześni twórcy boją się podejmować takich tematów czy może chodzi o coś zupełnie innego?
- Proszę Pani, nie tylko zabrakło filmów z Kampanii Wrześniowej czy Powstania Warszawskiego, ale nigdy nie doczekamy się filmów z okresu lat 50., „twórcy” nie przedstawią nam historii kazamat na UB. Trzeba by było pokazać kto był sędzią, oprawcą, katem a kto ofiarą. Na to nie stać współczesnych filmowców, być może dlatego, że zbyt wielu z nich swoich dziadków musiałoby pokazać w nieciekawym świetle! Z tego powodu dziś też nie żyjemy w wolnej Polsce!
      Z drugiej strony nie tak dawno dość głośno było wokół scenariusza filmu Westerplatte, w którym miały pojawić się sceny delikatnie mówiąc dość kontrowersyjne. Co Pan jako nie tylko aktor, ale i reżyser sądzi o takim potraktowaniu tematu. Czy to jest sposób na zdobycie widza?
    - Pisząc taki scenariusz, realizując taki film, trzeba być wyjątkowym plugawcem, człowiekiem bez honoru, aby chodząc po polskiej ziemi, w którą wsiąkło tyle krwi polskiego żołnierza – tak bezcześcić jego pamięć.
      Ma Pan za sobą długoletnie doświadczenie aktorskie. Czy z perspektywy czasu dzisiaj łatwiej czy trudniej być dobrym aktorem? Czy aktorowi z określonym dorobkiem artystycznym wypada grać w reklamie?
- Aby być dobrym aktorem trzeba mieć talent i długo się tego zawodu uczyć, dzisiaj patrząc przede wszystkim na aktorskie wyczyny w telewizji i filmie, mam wrażenie, że praca współczesnego aktora dzieli się na trzy etapy: nauczenie się tekstu na pamięć, wymruczenie tego tekstu na planie i pokonanie drogi do kasy. Z tego wielkich kreacji oczekiwać nie należy!
      I na koniec jeszcze jedno pytanie: Jakie są dalsze Pana plany artystyczne?
- Mam tak dużo lat, że mogę jedynie planować, czy w trumnie łatwiej mnie będzie skadrować en face, czy z profilu!
      Dziękuję za rozmowę. M.G.
Nr 38 (20.09.2009)
      Za www.myslpolska.pl

Wywiad z ks. Małkowskim o najnowszej publikacji IPN poświęconej ks. Jerzemu Popiełuszce, selektywnej lustracji ludzi Kościoła i potrzebie jedności wśród biskupów.
- Historycy IPN zaprezentowali tom dokumentów "Aparat represji wobec ks. Jerzego Popiełuszki 1982-1984", w którym pojawiła się informacja, że ks. bp Kazimierz Romaniuk i ks. bp Alojzy Orszulik zostali zarejestrowani przez SB jako osobowe źródła informacji. Tę wiadomość, w jakimś sensie wyrwaną z kontekstu, powielały media ogólnopolskie. Co się za nią kryje?
         - Funkcjonariusze SB sami lub przez podstawione osoby mogli urabiać opinię księży biskupów lub pracowników kurii odnośnie ks. Jerzego czy innych księży. Biskupi mogli takie opinie przyjmować za dobrą monetę. Przypuszczam, że tak właśnie było.
- To znaczy, że funkcjonariusze SB kreowali opinie biskupów, które później nie byty weryfikowane?
- Kreowali opinie, które miały elementy prawdy, to znaczy były wiarygodne, ale służyły manipulacji. Zdarzało się, że biskupi wdawali się w rozmowy z esbekami na zasadzie przekazywania pewnych błahych informacji, tak żeby nikomu nie zaszkodzić - i liczyli, że otrzymają potrzebną im wiedzę. Jako przełożeni chcieli mieć dane o księżach. Wszystkiego nie mogli sami ogarnąć, a istniało przekonanie, że Służba Bezpieczeństwa ma kusząco dobry wywiad. Ta wymiana informacji była wzajemna. Jeden z księży, który był zarejestrowany jako TW bezpieki, a jest obecnie proboszczem dużej parafii w Warszawie, 30 lat temu chwalił się, że wie dużo o księżach, bo informacji udziela mu sama SB. Widać było, że tę wiedzę chętnie przyjmował.
         - Biskup Kazimierz Romaniuk poinformował, że spotykał się z przedstawicielami SB z racji pełnionej funkcji rektora Seminarium Duchownego. Czy mógł uniknąć tych rozmów? Czy musiał podejmować te kontakty?
         - W moim przekonaniu nie musiał. Byli inni przedstawiciele władzy, z którymi być może trzeba było jakieś kontakty podtrzymywać. Jeżeli ktoś się zgłosił jako funkcjonariusz SB, nie należało z nim rozmawiać.
         - W jakim świetle stawia biskupów Romaniuka i Orszulika podanie informacji, że zostali zarejestrowani przez SB jako osobowe źródła informacji?
         - Widziałem ostatni program "Misja Specjalna" w TVP na temat Okrągłego Stołu. Tam widać było księdza biskupa Orszulika, który przekazuje zakąski i ze wszystkimi się wita. Czuł się tam jak ryba w wodzie. Jego rola wyraźnie przekraczała funkcję obserwatora z ramienia Episkopatu. Słuchałem też prelekcji arcybiskupa Gocłowskiego, który był dumny ze swojej roli przy Okrągłym Stole. To wydarzenie z 1989 roku stało się pewną odskocznią dla niektórych osób, które zrobiły karierę w Kościele.
         - Opowiadał Ksiądz historię kobiety, która podawała się za matkę jednego z księży, a była agentką SB. Przychodziła do ks. biskupa Romaniuka i przekazywała negatywne opinie o swoim rzekomym synu kapłanie.
- Celem wizyt owej kobiety u biskupa Romaniuka było oczernienie księdza, który za jakiś czas zrzucił sutannę. Zrobił to z różnych powodów - nie tylko z tego, że był źle widziany przez biskupa Romaniuka. Ale był to element gnębienia tego kapłana poprzez przekazywanie fałszywych informacji za pomocą podstawionej osoby. Łatwowierność biskupa spowodowała, że nie sprawdził telefonicznie, czy ta kobieta jest rzeczywiście matką owego księdza. Chętnie i łatwo niektórzy biskupi przyjmowali opinie podsuwane im przez Służbę Bezpieczeństwa.
         - A można było się poruszać pośród tych opinii i nie ulec manipulacji?
         - Myślę, że tak. Gdy mam do czynienia z przełożonymi w Kościele, jestem przekonany, że są ludźmi dobrej woli i wierzą w Chrystusa. Myślę, że nie chcą nikogo krzywdzić, a jeśli nawet, to takie krzywdy wychodzą później człowiekowi na dobre. Z moich akt wynika, że SB i Urząd ds. Wyznań starały się o to, żeby wysłać mnie do pracy na Wólkę Węglową - w nadziei, że jeśli tam trafię, nie będę głosił rekolekcji i kazań. Później prędko się okazało - wskutek życzliwości proboszcza, który mnie tam przyjął - że moje możliwości nie były ograniczone. Po jakimś czasie proboszcz powiedział mi, że kiedy biskup Romaniuk wysyłał mnie na Wólkę, stwierdził, że na pewno tego prżydziału nie przyjmę. Była w tym jakaś intencja zaszkodzenia mojej osobie. Kiedy prżydział przyjąłem - bo moją zasadą jest posłuszeństwo wobec przełożonych - proboszcz okazał mi dużą życzliwość, a przeniesienie nie okazało się karą. Wtedy w SB, co wynika z moich akt, zastanawiano się, w jaki sposób przez wzbudzanie intryg, fałszywych oskarżeń i konfliktów sprawić, żebym musiał stamtąd odejść. A ja nie odszedłem. Jestem na Wólce od stanu wojennego.
         - Jaki z tego wniosek?
         - Dzięki posłuszeństwu nawet coś, co wydawało się krzywdą, wychodzi na dobre.
         - Panuje takie przekonanie, że negatywne oddziaływanie służb specjalnych kończy się na 1989 roku. Ksiądz był osaczany przez SB. Czy dziś służby działają podobnie?
- To jest tak jak z diabłem. Jemu najlepiej się działa, kiedy ludzie nie wierzą w jego istnienie. Dziś także widzę pewne skutki czyjegoś oddziaływania. Za komuny miałem znacznie większe możliwości wypowiadania się niż teraz. Dziś urabia się powszechną opinię wśród księży, że ks. Małkowski nie powinien wygłaszać homilii w Kościele. Na przykład w parafii św. Stanisława Kostki w Warszawie jest tak szczelna blokada, że nawet nie wpuszczają mnie do konfesjonału.
         - W publikacji IPN podano, że ks. Jankowski był kontaktem operacyjnym SB...
         - Ja z księdzem Jankowskim większego kontaktu nie miałem. Mnie odstręczał jego styl i sposób bycia. Widziałem oczywiście pewne pozytywy tej postaci. Miał przecież rozbudowane kontakty. Odpychał mnie też jego związek z Lechem Wałęsą, bo bardzo wcześnie nabrałem podejrzeń, że Wałęsa jest człowiekiem uwikłanym.
          - Ksiądz stwierdził, że małe zło w postaci rozmowy z esbekiem przynosi w przyszłości większe zło. Co to oznacza?
         - Funkcjonariusz SB przedstawiał się jako reprezentant władzy, który może pomóc w konkretnych sprawach, np. wyjazdu zagranicznego, zdobycia materiałów budowlanych, stopnia naukowego czy awansu. Być może tak było, ale czegoś oczekiwał. Ta cena była zbyt duża.
         - Czym w efekcie jest to większe zło?
         - Po latach powstało zło uzależnienia od dawnych oficerów prowadzących. Z dawnego syndykatu zbrodni wyrósł aparat, który działa w tej chwili w Polsce i może na zasadzie szantażu czy poszukiwania dawnych zależności wykorzystywać to, że ktoś był TW bezpieki i teraz nie chce ujawnić pewnych zaszłości. Ale jest zmuszany, żeby pewnych decyzji nie podejmować, a pewne podejmować.
          - Czy biskupi zarejestrowani w dokumentach byłej SB są dziś szantażowani? Wiedzą, co się wokół nich dzieje?
         - Początkowo biskupi słyszeli zapewnienia ze strony Czesława Kiszczaka, że akta bezpieki na ich temat zostały zniszczone. Później się okazało, że te akta tylko częściowo zostały zlikwidowane. Tu wychodzi naiwność tych hierarchów, którzy uwierzyli słowom Kiszczaka, specjalisty od kłamstwa. Dziś akta są wydobywane selektywnie, ale niektórzy hierarchowie mogą uważać, że ich akta nie zostaną ujawnione. Obecny układ władzy jest tak skonstruowany, że nikt nie ma interesu w tym, żeby kompromitować na przykład biskupa Życińskiego czy biskupa Pieronka. Natomiast grupa trzymająca władzę może być zainteresowana tym, żeby kompromitować biskupów orientacji narodowej, prawicowej. Na tej zasadzie uderzono w biskupa Stanisława Wielgusa. Może mu się należało, ale jego zachowanie w czasie tej sprawy świadczyło o braku charakteru. Dziś arcybiskup Józef Michalik chwali biskupa Wielgusa za godne zachowanie w związku z tamtą sprawą. Jest jakaś solidarność korporacyjna wśród biskupów, która negatywnie rzutuje na możliwość rozliczenia się z przeszłością.
         - Jaki jest dla polskich katolików negatywny skutek solidarności korporacyjnej biskupów?
         - Taki, że Kościół nie zajmuje mocnego i zdecydowanego stanowiska wobec szybkiego demontażu państwa polskiego i pewnych bardzo istotnych zagrożeń dla bytu narodowego Polski i Polaków. Kościół powinien zachować się analogicznie do tego, jak się zachował w sierpniu roku 1920, kiedy pojawiło się zagrożenie ze strony bolszewików. Teraz ten neobolszewizm, neosocjalizm w innym wydaniu jest zagrożeniem nie mniejszym. Kościół powinien wezwać np. do krucjaty różańcowej, odpowiedzieć się po stronie ludzi, którzy być może nie w pełni zdają sobie sprawę z tego zagrożenia. Kiedy Polacy, którzy obecnie dali się nabrać na sztuczki polityków, wreszcie się obudzą, będą mieli żal do Kościoła, że ich nie bronił. A w tej chwili hierarchowie Polaków nie bronią, gdyż utracili jedność. Jeden czy drugi czasem powie coś mocno w Radiu Maryja, jak to robi biskup Edward Frankowski czy biskup Stanisław Stefanek. Natomiast cały Episkopat się nie wypowiada. Obserwujemy tu zmodyfikowaną poprawność polityczną, która oczywiście nie dotyczy wszystkich spraw - na przykład ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Tutaj biskupi wypowiadają się mocno i jednoznacznie. Poprawność polityczna biskupów rzutuje jednak na kształt polityki Unii Europejskiej wobec Polski i służalcze zachowanie polskich władz wobec ośrodków zagranicznych.
         - Jak Ksiądz odebrał informację przekazaną po zakończeniu wyborów przez przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, że sprawa lustracji w polskim Kościele jest zakończona?
         - Nie powinno być tego komunikatu. Jeżeli biskupi nie chcą się wypowiadać na ten temat, to niech lepiej milczą. Dobrze żeby się wypowiedzieli, ale nie w tym duchu, że sprawa jest zakończona. Siłą rzeczy niektóre akta będą wydobywane selektywnie.
         - Jaki może być skutek selektywnej lustracji?
         - Jednym z celów selektywnej lustracji - prowadzonej nie przez Kościół, tylko przez nie wiadomo kogo, na przykład uwikłanych dziennikarzy - może być oddziaływanie na ludzi, szczególnie młodych, przeciwko Kościołowi. Odwraca się uwagę od tego na przykład, że trzy czwarte dziennikarzy i dwie trzecie profesorów współpracowało z SB. A tylko jedna dziesiąta księży podjęła się takiej współpracy. Stopień uwikłania księży był też zupełnie odmienny. Inaczej trzeba patrzeć na łajdaka, dla którego łajdactwo stało się sensem życia, a inaczej na człowieka uwikłanego, który nie jest łajdakiem.
         - Do czego są potrzebni grupie trzymającej władzę w Polsce biskupi, którzy boją się lustracji?
         - Biskupi decydują o podejmowaniu pewnych zadań duszpasterskich. Nadają przecież kierunek pracy Kościoła. Jeżeli Kościół jedne tematy podejmuje, a innych nie, to może być dla władzy wygodne. Bogu dzięki, że Kościół broni rodziny, małżeństwa i życia. Niektórzy biskupi na Zachodzie na te tematy milczą. Nasz Episkopat jest lojalny wobec papieża Benedykta XVI, ale jeśli chodzi o zagrożenie państwa i bytu narodowego, biskupi się wycofali i pozostawili te sprawy demokracji. Ta demokracja zmierza szybko do nowego totalitaryzmu. Przed tym trzeba ostrzegać. Tymczasem zauważamy zachowania chwiejne, jak chociażby postawa ks. kardynała Stanisława Dziwisza wobec ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Brakuje hierarchy, który czułby się odpowiedzialny za Polskę.
         - Mamy tu kryzys przywództwa?
         - Brakuje interrexa. W sytuacji nierządu Kościół powinien wejść w taką rolę. Wśród ordynariuszy nie widzę jednak takiej postaci przywódcy.
         - Kto mógłby być taką osobistością?
         - Biskup Edward Frankowski jest sufraganem, ale jego znaczenie w Episkopacie nie jest takie, żeby mógł taką godność otrzymać. Natomiast duże nadzieje wiążę ze sprawą, po ludzku sądząc beznadziejną, intronizacji Chrystusa jako króla Polski. Biskupi wyraźnie do tego wezwali. W tej sprawie niestety Radio Maryja wprowadza zamęt, mówiąc o intronizacji Serca Chrystusa. W innych sprawach postawa tego radia jest bardzo dobra, ale w tej kwestii mamy zamieszanie. Z kolei pod presją kardynała Dziwisza krakowski ksiądz Piotr Natanek głosi intronizację Chrystusa Króla Wszechświata, co zupełnie zmienia sens zagadnienia. Ks. Tadeusz Kiersztyn, który w sensie teologicznym bardzo prawidłowo widzi tę sprawę, jest marginalizowany. Nie ma tu jednoznacznego domagania się, aby wola Chrystusa wyrażona wobec służebnicy Bożej Rozalii Celakówny została wypełniona. Trzeba intronizować Chrystusa na króla Polski. Gdyby biskupi jednym głosem zażądali tej intronizacji, to te tchórzliwe i byle jakie władze poddałyby się temu naciskowi. Była już taka możliwość za rządów PiS.
         - Jaki byłby skutek intronizacji?
         - Przede wszystkim ogromny skutek duchowy. Jeżeli uznana jest najwyższa władza Jezusa Chrystusa, z tego wynikają pewne konsekwencje. Nie wolno uchwalać praw sprzecznych z Dekalogiem. Nie można się podporządkować Unii Europejskiej, która forsuje neo-pogańskie ustawodawstwo. Nie można przyjmować traktatu lizbońskiego.
         - A może hierarchia kościelna ma jakiś cel w tym, że nie porusza takich tematów, nie wznieca sporu. Do dziś panuje opinia, że szczęśliwie przeszliśmy przez zmianę ustroju bez ofiar, a obecny pokój i równowaga sił stanowią wielką wartość.
         - Ale przecież masowe ofiary są. Cały naród staje się taką masową ofiarą. Nie wiem, co byłoby, gdyby z rozmów się wycofano, ale wiem że Okrągły Stół był kłamstwem i zdradą. Komuniści umówili się ze stroną reprezentowaną chociażby przez Jacka Kuronia, że pomogą sobie w eliminowaniu opozycji katolicko-narodowej - i mamy tego skutki.
         - Dziękuję za rozmowę.
         

"Najwyższy Czas!"
NCzas! Numer 14 (985) z 04 kwietnia 2009

Napisany przez: Stanisław Sas z 02.07.2009r.  Williamsburg (New York)
         Nigdy nie byłem ani rasistą, ani antysemitą. Swoją edukację rozpocząłem od nauki wierszyka "Murzynek Bambo", napisanego przez polskiego Żyda Juliana Tuwima. Moja rodzina na wsi w czasie Wojny przechowała w swoim gospodarstwie żydowskiego chłopca, który uciekł z ghetta warszawskiego.
          Po wojnie mały Mosze wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie zrobił karierę w przemyśle rozrywkowym. Jego córka została amerykańską artystką filmową.
          Przypominam sobie mój pierwszy list, jaki wysłałem do domu, po rozpoczęciu studiów w dużym akademickim mięście. Donosiłem w nim z entuzjazmem, ze na moim wydziale jest dużo "cudzoziemców". Nie miało to dla mnie większego znaczenia, ze byli to przeważnie kolorowi studenci z Wietnamu, Afryki, czy Ameryki Łacińskiej. Podnosiło to w oczach rodziców rangę wydziału tej wyższej uczelni. Kiedy w marcu 1968 roku rozpoczęły sie studenckie rozruchy, wyszedłem na ulice razem z najlepszymi kolegami z akademika, którzy przede mną nie ukrywali swojego żydowskiego pochodzenia. Razem uciekaliśmy przed palkami milicjantów i razem nienawidziliśmy "marcowego" docenta, który na wykładzie kpił sobie, ze, "Jeżeli nie wiecie o co chodzi w polityce, to zapytajcie, - Co z tego maja Żydzi?".
          Kiedy wiec przyjechałem do Nowego Jorku, byłem zachwycony. Pomyślałem sobie: Oni budują tutaj przyszłościowe, wieloetniczne, wielokulturowe i wielorasowe społeczeństwo przyszłości. Ucieszyłem sie, kiedy w mojej pierwszej pracy w firmie, należącej do starego Żyda Friedmana, którego dziadowie przyjechali tutaj z Rosji, postawiono mnie przy taśmie obok olbrzymiego, brzuchatego Murzyna Tommiego, weterana Wojny wietnamskiej.
          Przedstawił sie, ze jest amerykańskim ateista. Ja, niewiele myśląc, odpowiedziałem mu, ze jestem polskim katolikiem. Zwierzył mi sie, ze regularnie czyta gazety nowojorskie jak: New York Times, New York Post, Daily News oraz ogląda codziennie dzienniki telewizyjne i interesuje sie polityka. No wiec, w czasie przerwy na lunch, która wywalczyła sobie tutejsza klasa robotnicza, przynajmniej nie będę sie nudził, a poza tym, poznam "produkt" oddziaływania tutejszych niezależnych mass mediów, będących przedmiotem zazdrości i podziwu dla reszty demokratycznego świata.
          Jakież było moje zdziwienie, kiedy Tommy zaprezentował mi niektóre ze swoich poglądów. W tym czasie toczyła sie akurat wojna na Bałkanach, wywołana rozpadem Jugosławii. Przyczyna wszystkich wojen leżała, zdaniem mojego afro-amerykanskiego kolegi, w religii. Kiedy zapytałem go czy to z powodów religijnych armia amerykańska interweniowała w Wietnamie, obruszył się. Podął mi przykład Niemiec nazistowskich. Jego zdaniem, Hitler był katolikiem. Spytałem go czy wie o tym jak wielu katolickich księży znalazło sie w obozach koncentracyjnych i czy Hitler wysłałby ich tam, gdyby sam
          był katolikiem. Powiedziałem mu, ze obydwaj dyktatorzy Hitler i Stalin, odpowiedzialni za masowe zbrodnie byli ateistami. Słyszał cos o Gułagu, ale był przekonany, ze Stalin również zamykał w nich głownie Żydów, podobnie jak Hitler w "polskich" obozach koncentracyjnych.
          Zauważyłem z niepokojem, ze moje argumenty wytrącają go z równowagi, gdyż naruszają jego, starannie przez lata ukształtowany, światopogląd i ze zaczyna czuć do mnie trudno ukrywana niechęć. Któregoś dnia, kiedy zbliżał sie do nas pejsaty, ortodoksyjny Żyd-nadzorca, mój afro-amerykański sąsiad ryknął na cale gardło: "A dlaczego wy Polacy współpracowaliście z nazistami i pomagaliście im zabijać Żydów?"
          Nie zastanawiając sie, odkrzyknąłem: "A dlaczego wy Amerykanie pojechaliście do Wietnamu, żeby zabijać wietnamskie kobiety i dzieci?"
          Wkrótce po tym incydencie, pojawił się w hali fabrycznej sam boss, który wylewnie przywitał sie z moim kolorowym sąsiadem, uścisnął go "na niedźwiadka" i poklepał kordialnie po barczystych plecach w stylu znanym kiedyś u nas ze spotkań towarzyszy partyjnych z I sekretarzem KC KPZR Breżniewem, a wyśmiewanym przez niepoprawnych kabaretowców z Pietrzakiem na czele. Ja natomiast wkrótce postanowiłem poszukać sobie innej pracy, gdyż atmosfera wokół mnie zaczęła się zagęszczać jako "politykującego" i w dodatku "niepoprawnie".
          Moj syn rozpoczął naukę w nowojorskiej, publicznej szkole średniej. Kiedyś wrócił do domu zmartwiony i zwierzył mi sie, ze koledzy, przeważnie synowie ubogich imigrantów z Ameryki Łacińskiej, Azji i Afryki oraz miejscowi Murzyni, kiedy dowiedzieli się, ze jest Polakiem, natychmiast nadali mu przezwisko "Pole - Jews Killer". Szokujące było to, ze ci młodzi ludzie nie bardzo nawet wiedzieli gdzie leży Polska, sadzili. ze jest to jakiś nordycki, antysemicki i rasistowski kraj, który kojarzył im się z biegunem (pole). Poza tym, w tym przezwisku był raczej podziw i respekt, ze znalazł sie jakiś europejski naród, który próbował "podskoczyć" Żydom, którzy tutaj w USA osiągnęli tak olbrzymie wpływy, ˇnieporównywalne z żądną inna grupa etniczna. Jego nauczycielka, rosyjska żydówka, imigrantka z byłego ZSRR, ciągle mówiła im o antysemityzmie, stawiając ten zarzut nawet Szekspirowi za "Kupca weneckiego" i Dickensowi za postać Żyda Fagina z "Olivera Twista". Jako lekturę dodatkowa zaleciła im czytanie "Malowanego ptaka" Kosińskiego. Wiec te chore fantazje polsko-żydo-amerykańskiego intelektualisty-perwerta już dla kolejnego pokolenia Amerykanów odgrywają tutaj role "dowodu" na polski antysemityzm.
          Wkrótce zapewne obowiązującą lekturą w szkołach amerykańskich będą również "Sąsiedzi" Grossa.
          Po tych paru zdarzeniach zacząłem sie uważniej przyglądać przejawom tego, co niektórzy polscy, prawicowi publicyści nazywają antypolonizmem lub antypolska propaganda w amerykańskich mass mediach. Akurat na kanale "9" telewizji nowojorskiej prezentowano we wiadomościach głośne przeprosiny papieża Jana Pawła II za prześladowania Żydów przez chrześcijan. Czarna prezenterka Ms. Blackmon skomentowała to następująco: "Trudno sie dziwić, ze przeprasza człowiek, który pochodzi z kraju, gdzie to wszystko (tzn. Holocaust) miało miejsce." Wieczorem na kanale "11" oglądałem film, znanego i u nas z głupawych seriali dla młodzieży, amerykańskiego producenta Aarona Spellinga. Jego córka Torry Spelling grała tutaj bogata, inteligentną i piękną Żydówkę, której zazdrości cala klasa, ale wręcz paranoiczna zawiść żywi do niej koleżanka, córka Polki sprzątaczki, pracującej u bogatej żydowskiej rodziny. W pewnym momencie polska uczennica nie wytrzymuje i zabija piękna Torry nożem. Na podłodze leży zakrwawiony trup ze sterczącym z brzucha ofiary narzędziem kuchennym. Inna scena z tego filmu pokazuje "wyrobionemu" amerykańskiemu widzowi z jakim ciemnogrodem i bigoteria mamy do czynienia.
          Otóż, matka morderczyni przynosi potajemnie do koszernego domu swoich pracodawców figurkę Matki Boskiej a kiedy nikt nie widzi, stawia ja na stole i na klęczkach żarliwie sie modli. Ta symboliczna scena miała chyba uzmysłowić widzowi gdzie leży źródło polskiego antysemityzmu.
          Coraz większą rolę w tworzeniu współczesnej amerykańskiej kultury zaczynają odgrywać Żydzi - radzieccy imigranci. Z ich inicjatywy powstał, znany chyba i w Polsce, film "Z piekła do piekła", ubiegający sie o Zloty Glob i Oskara. Pozytywnym bohaterem był tutaj polski Żyd komendant UB, natomiast karykaturalnymi postaciami byli Polacy. W jednej ze scen rozjuszona Polka ściga z siekierą Żydówkę. Dzieł takich będzie chyba więcej. Niedawno wśród Polonii poruszenie wzbudził fakt, ze nawet napisanie scenariusza do filmu o Katyniu powierzono radzieckiemu Żydowi, byłemu pracownikowi KGB, który uciekł kiedyś do USA. Jak widać, polskie sprawy tu za Oceanem znajdują sie w "dobrych" rekach.
          Kiedyś z okazji wizyty prezydenta Rzeczpospolitej Aleksandra Kwaśniewskiego (pamiętamy jak przepraszał Żydów w imieniu Polaków za Jedwabne) u prezydenta Stanów Zjednoczonych G.W.Busha, popularna gazeta należąca do koncernu R. Murdocha New York Post "przywitała" miłego gościa artykułem, w którym Polskę przyrównuje sie do Bośni i do Rwandy, gdzie miały miejsce krwawe czystki etniczne. Z kolei, redaktor Zev Chafets z Daily News wymienia trzy narody, które wymordowały najwięcej Żydów, a są to Niemcy, Polacy i Arabowie.
          Intryguje mnie pytanie czy kształtowany tutaj w USA "image" Polaka lub Polki stojących nad zabitym Żydem z zakrwawiona siekiera czy nożem kuchennym w dłoni nie jest zbyt prymitywny dla amerykańskiego odbiorcy ichniej kultury masowej. Kim jest przeciętny amerykański widz mogłem sie przekonać oglądając widowisko z serii "Funniest home video". Prezenter, przystojniaczek o śródziemnomorskiej urodzie, pokazuje taka oto scenę, utrwaloną przez rodziców kilkuletniego chłopca na taśmie video. Dzieje sie to w czasie pierwszej komunii dziecka. W pewnym momencie, przejętemu uroczystością chłopcu robi sie niedobrze i wymiotuje hostia. Prezentacja tego "filmu" odbywa sie przy rechocie publiczności wypełniającej do ostatniego miejsca olbrzymia sale studio telewizyjnego. Na honorowych miejscach siedzi chłopiec wraz z rodzicami. Oglądam te programy od dłuższego czasu, ale nigdy nie widziałem, żeby rodzice żydowskiego chłopca przysłali do TV np. "śmieszne" sceny z ceremonii obrzezania, robiąc "kino" z ważnej w ich religii uroczystości dla kilkuset dolarów nagrody, jak to zrobili ich chrześcijańscy sąsiedzi.
          Inny przykład sprzed kilku lat.. W czasie mszy z okazji święta Wniebowzięcia NMP w największej katedrze rzymsko-katolickiej w Nowym Jorku pod wezwaniem św. Patryka amerykanska para obnazyla sie i na oczach wiernych dokonala seksualnego aktu. Jak sie później okazało, to perwersyjne zachowanie było zaaranżowane i transmitowane na żywo przez jedna z miejscowych radiostacji a jej bohaterowie dostali za to wysoka nagrodę. Czy można sie dziwić temu, ze w parę dni później środki masowego przekazu doniosły o desakralizacji rzeźby Matki Boskiej przed jednym z kościołów Brooklynu, która została w nocy wysmarowana ludzkimi odchodami przez nieznanych sprawców.
          Jak widać Amerykanie ciągle się doskonale bawią, ale zaczyna to juz trochę przypominać bal na "Titanicu".
          Na koniec nutka optymizmu. Gwoli sprawiedliwości należy powiedzieć, że nie wszyscy Amerykanie-chrzescijanie pozbawieni są głębszej refleksji. Szczególnie po ataku terrorystycznym na WTC niektórzy sie przebudzili. Kiedyś zauważyłem na ulicy samochód, na którym poza pasiasto-gwiaździstymi chorągiewkami właściciel umieścił takie oto hasło: "Rosjanie przywracają Boga do szkół - my go z nich wykopaliśmy." Ówczesna propozycja prezydenta Busha, aby dąć rodzicom vouchery, które pozwoliłyby uboższym rodzinom na przeniesieni dzieci ze szkol publicznych do prywatnych i parafialnych, głownie katolickich, wzbudziła bardzo pozytywny odzew a wśród "kolorowych" rodziców wręcz entuzjazm. Spotkałem sie z opinią afro-amerykańskich rodziców protestantów, którzy gotowi byli posłać swoje dzieci do parafialnej szkoły katolickiej. Niestety, propozycja powyższa sprowokowała bardzo nieprzychylne opinie i protesty nieomal wszystkich środowisk żydowskich. "Druzgocące" argumenty można było przeczytać zarówno w liberalnym New York Times, konserwatywnym New York Post, syjonistycznych Daily News jak i w libertariańskim Village Voice.
          Nie jest tajemnica skandaliczny poziom nauczania w nowojorskich szkołach publicznych, gdzie priorytetami jest ateizacja, uczenie poprawności politycznej i seksualne wychowanie młodzieży. Przypomniała mi sie taka oto scena ze szkoły średniej na Bronxie. Na ulicy, tuz przed budynkiem szkolnym zastrzelono latynoskiego ucznia tej szkoły. Nauczycielka z jego klasy spontanicznie rozpoczyna z młodzieżą modlitwę na terenie szkoły. W kilka dni później zostaje dyscyplinarnie wyrzucona z pracy. W dzienniku telewizyjnym patrzę na twarze latynoskich i afroamerykańskich wystraszonych rodziców, z którymi reporter stara się robić wywiad. Nie rozumieją jakie przestępstwo popełniła lubiana przez młodzież nauczycielka. Czy dlatego, ze są kolorowi, biedni i niewykształceni?
          Stanley Sas
          Williamsburg (New York)
          P.S. W moim liście podąłem Państwu tylko kilka przykładów z niezliczonej ilości antypolonizmowi, z którymi można spotkać sie na codzie, śledząc amerykańskie środki masowego przekazu. Stosowane tu metody kojarzą sie z wojna psychologiczna. Oto przykład: kiedyś, kanał 11 TV podął informacje, ze władze imigracyjne odmówiły przyznania obywatelstwa amerykańskiego 80-letniemu starcowi, który w czasie Wojny był strażnikiem w obozie pracy na terenie Polski. Nie podano czy był to Niemiec, Polak, Volksdeutsch lub Ukrainiec, jednakże tuż przed podaniem tej informacji pokazano plansze ze stylizowana swastyka na bialo -czerwonym tle.
          Jedynie Arabowie przedstawiani są tutaj bardziej nienawistnie od nas Polaków.
          Karykatury Arabów w takich pismach jak Daily News lub New York Post przypominają satyryczne rysunki pokazujące Żydów jako podludzi w nazistowskim Sturmerze, co jeszcze można zrozumieć sytuacja na Bliskim Wschodzie, poparciem dla Izraela lub atakiem terrorystycznym na WTC, ale my jesteśmy podobno sojusznikiem i przyjacielem USA.

13 pytań do:Posła Antoniego Macierewicza      Kliknij, tu jest cały wywiad z A. Macierewiczem

Jestem dumny z tego, że jestem Polakiem żydowskiego pochodzenia (1) - rozmowa z Bolesławem Szenicerem, prezesem Stowarzyszenia Starozakonni
         "Bolesław Szenicer". Imię polskich królów i żydowskie nazwisko. To przypadek, czy rodzice chcieli w ten sposób coś wyrazić?
          - Zazwyczaj w rodzinach żydowskich pierwszy syn otrzymywał imiona po dziadkach. Stąd mój brat, który wyjechał w 1969 roku do Izraela miał na imię Abram Icek. Ja jako drugi syn otrzymałem imię Bolesław. Przez całe młode lata szczyciłem się tym imieniem sądząc tak jak i wszyscy ludzie skupieni wokół mnie, czy to w szkole czy na ulicy, że to imię jest mi nadane po królach polskich. Niestety, było ono po prezydencie Bolesławie Bierucie, który pełnił tę funkcję od 5 lutego 1947 roku do 20 listopada 1952 roku, to jest do dnia, w którym się urodziłem. Był to wybór mojego ojca Pinkusa, który po wojnie w charakterze murarza brygadzisty odbudowywał Warszawę m.in. budował na gruzach getta warszawskiego dzielnicę Muranów. Podczas wizytacji budowy przez Bieruta w dniu 22 lipca 1950 roku doszło przypadkowo do rozmowy mojego ojca z Bierutem, w wyniku której ojciec otrzymał prżydział na mieszkanie.
          Czym dla Pana, prezesa stowarzyszenia "Starozakonni" jest żydowskość?
          - Rodzi się człowiek i nie ma wpływu na ten Boski plan, w ramach którego się pojawił na ziemi. Mnie dane było urodzić się tu, w kraju nad Wisłą i jestem bardzo dumny z tego faktu, iż jestem Polakiem żydowskiego pochodzenia. Moja żydowskość to przede wszystkim związek z religią mojżeszową, którą namaszczeni byli moi przodkowie.
          Jest Pan obrońcą polskiej historii i polskiej godności. Należy Pan do Żydów, jak niedawno zmarła nieodżałowana dr Dora Kacnelson, demonstrujących swą żydowskość a jednocześnie broniących dobrego imienia Polaków.
          Czym dla Pana jest Polska i polskość?
          - Muszę przyznać, iż jestem wzruszony tym stwierdzeniem i postawieniem mnie w jednym rzędzie obok dr. Dory Kacnelson. Bardzo dziękuję. Byłem wychowany w domu, w którym, Bóg, Honor i Ojczyzna, to nie był jakiś tam slogan wypisany na papierze. Najważniejszym elementem wychowania było mówienie Prawdy. Odróżnianie Zła od Dobra towarzyszyło mi od dziecinnych lat. To był obowiązek każdego człowieka. Dla mojego ojca polska ziemia to była świętość, w której się urodził i w której chciał być pochowanym. To kraj, dla którego pracował i o który walczył podczas okupacji hitlerowskich Niemiec. A dla obrony Polski i godności Polaków, których kochał jak swoich braci, mój ojciec zawsze mawiał, iż "mógłby się zjednoczyć, nawet z diabłem".
          Jak Pan widzi miejsce i rolę obywateli polskich pochodzenia żydowskiego w naszym kraju?
          - Każdy, bez względu na wyznanie, jako obywatel Polski musi dbać o prawdę historyczną jak i prawdę teraźniejszą. Będąc związany z tradycją religijną swoich przodków nie mogę zapominać, iż jako obywatel Polski mający takie same prawa jak wszyscy inni obywatele, muszę strzec wszelakich wartości, które pozwalają budować nasz kraj dla dobra ogólnego. Nie da się uciec od ziemi, na której się urodziło i wychowało. Mój ojciec zawsze mawiał: pamiętaj o swoim "mameluszn", o matczynej ziemi...
          Jaki ma Pan stosunek do praktyki wielokrotnych zmian nazwisk?
          - No cóż, ten proceder jest związany z brakiem godności i szacunku dla swoich przodków, niestety zgodny z prawem. Uważam, że to powinno być zabronione. Oczywiście, zmiana nazwiska w czasie okupacji niemieckiej dla ratowania własnego życia było normalnym odruchem ludzkim. Natomiast zmiana nazwiska, podobnie jak zmiana religii, jest oszukiwaniem samego siebie. Co by taki osobnik nie zrobił, to i tak sżydło wyjdzie z worka. Zawsze znajdują się ludzie, którzy ten czyn będą pamiętali i go opublikują. Weźmy dla przykładu takiego Michnika. Większa część Polaków pamięta nazwisko Szechter. I po co to? Podobnie sprawa ma się z konwersją. Dla przykładu Antoni Słonimski zawsze był określany Żydem, pomimo konwersji jakiej dokonał jego dziadek.
          Jaki ma Pan stosunek do historycznej tendencji tworzenia autonomii żydowskiej w Polsce, tzw. "judeopolonii"?
          - Polska była od wielu wieków najbardziej przyjaznym krajem dla Żydów. To tu, nad Wisłą, naród żydowski żyjący w rozproszeniu na całym świecie, otrzymał największe pole do normalnego życia i rozwoju. Raz było lepiej, raz gorzej, w zależności od zmieniającej się sytuacji gospodarczej lub politycznej. Od XVIII wieku widoczny był zwiększony napływ Żydów, którzy zdominowali wszystkie gałęzie życia w Polsce do tego stopnia, iż nie Żydzi czuli się jakby byli obcymi we własnym domu. To doprowadzało niejednokrotnie do konfliktów. Stan taki miał miejsce w całej Europie i w Rosji. Wobec dominacji żydowskiej, dążącej do absolutnego rządzenia, nasilała się wrogość do zamieszkałych tam Żydów. Wobec braku możliwości powrotu do Jerozolimy głoszonego przez syjonistycznych przywódców żydowskich, politycy rządzący w każdym z tych państw szukali możliwości znalezienia jakiegoś miejsca na ziemi dla stworzenia państwowości dla Żydów (np. Birobidżan lub Madagaskar). Jednakże dla samych Żydów najlepszą ziemią była Polska zwana Polin. Religijni przywódcy żydowscy podjęli próby udowodnienia, iż to ta ziemia nad Wisłą jest nadana im z mocy Pana Boga. Po tak głoszonych naukach nastąpił znaczny wzrost osiedlenia się religijnych Żydów, a w szczególności biedoty żydowskiej. Judeopolonia stawała się faktem.
          Czy nadreprezentacja Żydów w aparacie komunistycznej władzy nie była inną drogą do tego samego celu?
          - Trzeba odróżnić żydowskich działaczy politycznych znajdujących się w aparacie komunistycznym na wierchuszce, od przywódców religijnych. Dla ideologów komunistycznych najważniejszą doktryną była walka o zdobycie i utrzymanie hegemonii nad światem. Dla nich nie miało znaczenia czy to będzie kraj nad Wisłą czy nad Potomakiem. Zaś dla ideologów religijnych Polska była krajem wymarzonym do stworzenia Edenu, tu na tej ziemi. Ziemi, która wielokrotnie była ograbiana przez Wojny i długo nie miała swej państwowości. Była bardzo łatwym kąskiem do zdobycia i stworzenia tu raju dla Żydów (paradis judeorum).
          Jaką Pan widzi drogę: walka o hegemonię, czy symbioza z pełnym poszanowaniem tożsamości?
          - Oczywiście, jestem absolutnie za poszanowaniem tożsamości każdego narodu i każdego wyznania. Lecz kiedy taka symbioza nastąpi, tylko Bóg raczy wiedzieć, jakie ma plany wobec dalszego istnienia ludzkości. Niestety, walka o hegemonię i o rządzenie nad światem nie zmieniła się nic od zarania człowieka. Zła jest więcej od dobra!!!
          Jak Pan widzi toczącą się dziś, także w naszym kraju, wojnę cywilizacji?
          - Ja osobiście nie widzę by w naszym kraju toczyła się wojna cywilizacyjna. Zawsze, od zarania ludzkości, trwały Wojny i konflikty zbrojne dążące do opanowania ziem zamieszkałych przez nację gospodarzy. Dziś nasz kraj znalazł się pod okupacją Unii Europejskiej i ma tyle do gadania co przysłowiowy "Żyd za okupacji niemieckiej". Dziś wojna cywilizacyjna przeniosła się z Europy do innych państw naszego globu. Polska ma być krajem dostarczającym, oprócz mięsa żywnościowego, mięso armatnie, jak też gastarbeiterów gotowych do wysługiwania się obcym. Ostatnio najbardziej głośnym przedstawieniem sprawy "Wojny cywilizacji" jest opracowanie naukowe prof. Macieja Giertycha, za co oczywiście natychmiast został przez Żydów okrzyknięty mianem "antysemity". Autor opierając się na wielu innych tego typu opracowaniach (przede wszystkim Feliksie Konecznym), przedstawia kulturę żydowską i judaizm jako narzędzia bardzo ekspansywnego narodu, który zawsze zmierzał do dominacji nad innymi nacjami. Trudno się nie zgodzić z takim stwierdzeniem, zarówno w przekroju historycznym, jak i obecnie, obserwując poczynania Żydów na całym świecie. Cywilizacja Żydów od zawsze budowana była w oparciu o odrębność od otoczenia, w którym zamieszkiwali.
          Czym Pan tłumaczy nadreprezentację Żydów w stalinowskim aparacie ucisku?
          - Dla Żydów każda droga dojścia do władzy i rządzenia jest dobra. Dlatego też Lenin i Stalin, znając apetyty żydowskie na władzę, dopuścili do zajęcia przez nich wysokich stanowisk w biurze politycznym, co pozwoliło im sprawować władzę dla budowy imperium sowieckiego. Oczywiście, kij ma dwa końce, więc jak to się skończyło dla Żydów, to już dziś wiemy. Niestety, odma zła i krzywd jakich dopuścili się żydowscy działacze w stalinowskim aparacie ucisku, spływa po dzień dzisiejszy na cały naród żydowski. Jest to krzywdzący osąd dla tych Żydów, którzy jako ideowi komuniści wierzyli w możliwość zbudowania państwa, w którym wszyscy ludzie byliby równi i żyli w zgodzie, jak i dla tych, którzy byli w opozycji do stalinowskich barbarzyńców.
          Czy fakt tej nadreprezentacji ma w dalszym ciągu wpływ na obecną walkę cywilizacyjną w Polsce?
          - Dziś walka cywilizacyjna w Polsce jest znikoma. Starzy żydowscy aparatczycy powymierali, a ich miejsce zajęły ich dzieci i wnuki. Poprzebierali się za różnej maści demokratów i po 1989 roku opanowali czołowe miejsca we wszystkich gałęziach życia w naszym kraju. Pod hasłami wolnej Polski, na barkach klasy robotniczej, czasami szantażem, wysforowali się na reprezentantów narodu. Niestety, stało się to przy kompletnym braku zjednoczonych sił patriotycznych i przy poparciu szabas gojów, którzy przy okazji dostali kawałek macy, pozostałej z żydowskiego stołu.
          Legenda KOR-u jest oparta o martyrologię roku 1968. Na micie o "wypędzeniu".Co by się stało w polskiej polityce, gdyby ten mit upadł?
          - Mam nadzieję, że znajdą się normalni historycy, którzy opiszą wydarzenia marca 1968 roku w sposób rzetelny. Ale może to nastąpić dopiero po oczyszczeniu naszego domu z "korników". Tamten incydent przede wszystkim trzeba rozpatrywać pod względem geopolityki tamtych lat. W szczególności przez pryzmat polityki państwa Izrael prowadzonej po 1966 roku wobec Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Na dzień dzisiejszy obecnym politykom rządzącym naszym krajem wygodne jest przedstawianie tego tematu jako martyrologii narodu żydowskiego i akt antysemityzmu zastosowanego przez rząd Władysława Gomułki.
          CDN
          Rozmawiał: Bohdan Poręba
          Na zdjęciu: Bohdan Poręba i Bolesław Szenicer
          Nr 20 (17.05.2009)
      
         Bolesław Szenicer - polski Żyd. cz. 2
         Jestem dumny z tego, że jestem Polakiem żydowskiego pochodzenia (2) - rozmowa z Bolesławem Szenicerem, prezesem Stowarzyszenia Starozakonni.
          Panie Bolesławie, ostatnimi laty traktuje się PRL jako dziurę historyczną, ewentualnie jednoznacznie jako sowiecką okupację. Czy to dobrze, czy źle służy polskiej świadomości? Czy była to istotnie okupacja, czy też ograniczona warunkami jałtańskimi suwerenność Polaków?Bolesław Szenicer
          - To jest absolutna bzdura. Żadnej dziury historycznej nie było. Polska istotnie znalazła się w strefie okupacji ZSRR, zgodnie z zawartymi umowami o podziale Europy na dwie strefy. Suwerenności nie było, ale nie można powiedzieć, że Polska nie istniała. Sowiecka okupacja była faktem, ale rodziły się nowe pokolenia i choć w ograniczonej wolności, to żyli normalnie jak na ten stan. Podobnie zresztą jest dziś. Nasz kraj, jako jeden z członków, został całkowicie zobligowany do wykonywania poleceń Unii Europejskiej i w ten sposób utraciliśmy naszą suwerenność.
          Jeśli tak, to czy ludziom, którzy wysforowali się na przywódców "Solidarności" chodziło bardziej o likwidację komunizmu (który przecież niejednokrotnie w sposób bezwzględny tworzyli) czy na likwidacji polskiej państwowości?
          - Dzisiejsi politycy solidarnościowi to w większej mierze dzieci prominentów aparatu władzy w PRL-u. Niektórzy z nich bezpośrednio sami byli działaczami partii PZPR-u. Dla nich droga do rządzenia była prosta. Działając w Komitecie Obrony Robotników i tym podobnych przybudówkach, głosząc szczytne hasła wolnościowe, podejmowali próbę przejęcia władzy. Szczególnym przykładem są wydarzenia marca 1968 roku. Po tym okresie ci co wyjechali za granicę i ci co zostali w Polsce, pod płaszczykiem obalenia rządu komunistycznego dążyli do objęcia władzy, nie bacząc na interes polskiej państwowości.
          Dlaczego władze polskie tak często uginają się przed próbami deformowania historii Polski? Rewizji prawdy historycznej o II wojnie Światowej? Dlaczego są bierne zarówno wobec roszczeń amerykańskich Żydów, niemieckiego rewizjonizmu i prób rehabilitacji OUN, UPA? Dlaczego jednoznacznie nie stoją na straży polskiej racji stanu i godności narodu polskiego? Czy wobec tego nie najlepszym rozwiązaniem byłby powrót do idei mniejszości narodowych chronionych konstytucyjnie i proporcjonalnie reprezentowanych w parlamencie?
          - Może to jest taka cecha narodowa Polaków, którzy wychowywani na bazie chrześcijańskiej miłości, nie interesowali się polską racją stanu. W przekroju wielu wieków Polacy znajdowali się pod okupacją i panowaniem innych narodów. Wychowywani byli na parobków, którzy zmuszeni byli do wysługiwania się obcej władzy. W dzisiejszej Polsce, po 1989 roku, władzę przejęli osobnicy, dla których liczy się tylko ich prywatny interes. Oni na szczytnych hasłach Solidarności zagarnęli cały majątek narodu polskiego. Po 5 latach od wprowadzenia nas do Unii Europejskiej, zmieniają od czasu do czasu nazwy swoich partii i w ogóle nie przejmują się polską racją stanu. Za miskę soczewicy zgodzą się zapłacić 65 mld dolarów żydowskim hienom ze światowego Kongresu Żydów. Zgodzą się na niemiecki rewizjonizm i na opluwanie naszej godności narodowej. Przy tak poważnych ustępstwach wobec imperialnej postawy amerykańskich Żydów i niemieckich politologów, sprawa rehabilitacji OUN i UPA jest absolutnie marginalna. Niestety, w dzisiejszej "demokracji" nie da się wprowadzić w życie ideę mniejszości narodowych reprezentowanych w naszym Sejmie. A wystarczyłoby wziąć przykład z izraelskiego Knesetu.
          Dlaczego nowojorscy i londyńscy rabini kazali przerwać ekshumację w Jedwabnem w chwili znalezienia niemieckich pocisków i dlaczego władze polskie ugięły się pod tą decyzją? - Od 20 lat Polską polityką rządzą ludzie, którym się wydaje, że na uległości wobec żydowskich organizacji będą mogli spokojnie pozostać na swoich ciepłych fotelach. Dla nich wyjaśnienie tego bestialskiego mordu, rozwikłanie prawdy historycznej było niewygodne. Wygodniej im było iść za ogólnie przyjętą teorią tego wydarzenia głoszoną przez Żydów. Zamknąć prowadzone śledztwo oraz ekshumację na wniosek żydowskich teologów. Ci za zasłoną prawa religijnego odnoszącego się do nietykalności spoczywających tam Żydów, zachowali dotychczasowy status w wygłaszaniu haseł antypolskich, na bazie której między innymi mogą wysuwać dalsze żądania odszkodowawcze.
          A kłamcy historycznemu Janowi Tomaszowi Grossowi urządzono chroniony przed dyskutantami triumfalny objazd kraju i chroniono jego szkalujące Polaków wystąpienia? Jakie siły stały za tym?
          - Jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o pieniądze. A to jest wielka siła! Wystąpienia Grossa w Polsce zorganizowane były przez medialnych towarzyszy, dla których nie chodzi o dogłębne wyjaśnienie tej smutnej prawdy historycznej. Dla nich to jest jeden z powodów, w którym mogą swobodnie szkalować Polaków i wyzywać od antysemitów.
          Czy jego kłamstwa dobrze, czy źle posłużyły stosunkom polsko - żydowskim?
          - Według mojej oceny bilans tej paszkwilanckiej pseudohistorycznej książki przyniósł wielką szkodę stosunkom polsko-żydowskim. Co gorsza, zmienił nastawienie w mentalności Polaków do Żydów, szczególnie polskiej młodzieży.
          Komu i dlaczego zależy na zmianie "imagu" Polaków z ofiar Wojny na współwinnych wojnie?
          - Lepiej jest mieć obok siebie współwinnego zbrodni dokonanej na wojnie niż ofiarę. Łatwiej taki kraj jest ograbić, zaszantażować i trzymać na uwięzi.
          Ksiądz prof. Waldemar Chrostowski zdecydował się po długoletnim doświadczeniu na rezygnację z funkcji przewodniczącego Komisji Episkopatu ds. dialogu polsko-żydowskiego? Czy to nie jest klęska tej koncepcji?
          - Ten jeden z najznakomitszych biblistów w Polsce podszedł do sprawy dialogu pomiędzy chrześcijanami a żydami z wielkim osobistym zaangażowaniem w sprawę, którą rozpoczął polski papież Jan Paweł II. Po drugiej stronie przy stole prezydialnym zasiedli Stanisław Krajewski i Konstanty Gebert, o których, przepraszam, ale nie chce mi się mówić... Pewnie jest wiele powodów, dla których ksiądz prof. Waldemar Chrostowski zrezygnował z dalszych prac w tym komitecie. Poznając mentalność żydowskich przedstawicieli zrozumiał, iż dialog z tymi kreaturami opiera się tylko o filozofię "złotego cielca". Poza tym, czyż to był dialog!? Przecież racja musiała być zawsze po ich stronie! W zderzeniu tak prawego człowieka, miłującego Ziemię świętą, wcześniej czy później musiało dojść do konfliktów, które doprowadziły do wycofania się z dalszych prac.
          Jak Pan ocenia książkę amerykańskiego profesora Normana Finkelsteina "Przedsiębiorstwo Holocaust"? Jak Pan odbiera zastosowane wobec niego represje?
          - Jest wielu odważnych ludzi, którzy ponad wszystko miłują Prawdę. Kroczą drogą Joszuy z Nazaretu i przeciwstawiają się swoim braciom z Sanhedrynu. Jego publikacja historyczna wywołała szeroką dyskusję i pokazała, że żydowski diabeł nie jest taki straszny. Książka ta odkryła mechanizmy jakimi rządzą się przedstawiciele światowego Kongresu Żydów. Dla Bronfmana, czy Laudera 6 milionów zamordowanych Żydów przez zbrodniarzy hitlerowskich Niemiec, to tylko powód do zrobienia wielkiego geszeftu. Oczywistym jest, że tacy ludzie jak Norman, czy Dora Kacnelson , a także ja osobiście, musieliśmy się spotkać się z izolacjonizmem. Zostaliśmy okrzyknięci mojserem, czyli zdrajcą narodu żydowskiego, tak samo jak Joszua z Nazaretu ponad dwa tysiące lat temu.
          Czy organizacjom żydowskim z USA, walczącym o rewindykację majątków utraconych z winy zhitleryzowanych Niemiec oraz Stalina, należy się łup zdarty z kraju najdłużej z nimi walczącego, którego losem sterowały mocarstwa?
          - Polska nie powinna w ogóle przystępować do stołu rokowań z Ronaldem Lauderem, dzisiejszym przywódcą uzurpatorów, którzy roszczą sobie prawo do wypłacenia im odszkodowania za pozostawione mienie w powojennej Polsce. Im się nie należy nic, nie mówiąc już o jakiejś wyimaginowanej sumie 65 mld dolarów. Polska nie może ulec żądaniom stawianym przez Kongres Żydów, a jeśli się tak stanie, to na długie lata sami doprowadzimy stan naszej gospodarki finansowej do bankructwa. Trzeba przypomnieć, iż Polska za PRL-u, w ramach reparacji wojennych wypłaciła ponad milion dolarów odszkodowania w ręce lobby żydowskiemu w Ameryce.
          Panie Bolesławie, nasze narody były skazane na unicestwienie. Czy teraz nie powinny być wobec siebie solidarne?
          - Niestety solidarność między naszymi narodami jest (na dzień dzisiejszy) niemożliwa do wprowadzenia w życie. Musiałaby się dokonać zmiana w mentalności żydowskiego narodu, który porzuciłby swoje złe cechy charakterologiczne. Dominacja w świecie, chciwość, koniunkturalizm, całkowita wiara w pieniądz i wiele innych, hamują możliwość solidarnych wypowiedzi i stosunków między naszymi narodami. Podobnie też dzieje się na całym świecie wobec innych narodów.
          Boli Pana to, że ofiary Holocaustu stają się elementem szantażu dla wyłudzania odszkodowań od takich samych ofiar Wojny jak naród żydowski?
          - Wszystkim pomordowanym, nie tylko Żydom, należy się pamięć i spokój. Ale dla ludzi z organizacji żydowskich w Polsce i w świecie Zagłada Żydów jest tylko pretekstem do wyłudzania odszkodowań, reparacji wojennych, restytucji i rewindykacji mienia pożydowskiego. Holocaust zarezerwowany jest tylko dla Żydów. A Polacy - według amerykańskich Żydów - jako ofiary Wojny to mało istotna strata, bo przecież to goje i antysemici...
          Czy jakikolwiek inny naród przysłużył się bardziej w ratowaniu Żydów niż naród polski? Dlaczego jest najbardziej atakowany?
          - Nigdzie w Europie nie było okupacyjnego prawa kary śmierci dla całych rodzin za ratowanie Żydów. Mimo to kilkadziesiąt tysięcy Polaków zostało za to rozstrzelanych. Za ratowanie Żydów spłonęło mnóstwo wsi. Ponad 6 tysięcy Polaków zostało uhonorowanych przez Yad Vashem za bezinteresowne wyrywanie Żydów z rąk okupanta niemieckiego, który przecież skazał cały naród żydowski na Zagładę. Takiego bohaterstwa w ratowaniu Żydów jak przez polskich sąsiadów, nie podjął żaden inny naród w okupowanej Europie. Pomimo tego polskiego heroizmu, ataki na Polaków stają się codziennością. I co gorsza, jestem przekonany, że nie skończą się nawet w przypadku gdyby Polacy po raz kolejny ugięli się pod szantażem i (już jutro) oddaliby żydowskim hienom żądane 65 mld dolarów lub gdyby wybudowali za własne pieniądze Muzeum Historii Żydów, lub gdyby przejęli w opiekę wszystkie żydowskie cmentarze pozostałe w Polsce - to i tak naród polski będzie atakowany, ponieważ w umysłach żydowskich miejsce na miłość do bliźniego zastąpił demon "złotego cielca".
          Rozmawiał: Bohdan Poręba
          Nowa Myśl Polska

      Bolesław Szenicer - polski Żyd (cz. 3)
         Dlaczego potężny świat żydowski milczy na temat dziesiątków tysięcy Żydów wymordowanych przez OUN UPA? Dlaczego jedynym permanentnie oskarżanym jest naród polski?
         
- Jak już wcześniej powiedziałem, dla Żydów liczy się tylko pieniądz. Ale w przypadku Ukrainy to i pieniądz i polityka. Restytucja i rewindykacja w tym kraju poszły w kierunku dobrym dla Żydów. Udało się wyrwać z tego kraju wielkie pieniądze. A skoro tak, to nieważnym się stało, kto kogo zamordował. Poza tym Ukraina, nie będąca w Unii Europejskiej, jest ważnym skrawkiem na ziemi od strony gospodarczej i bliskości z potężniejszym sąsiadem, jakim jest Rosja. O której względy rywalizują i Unia Europejska i Ameryka. Naród polski, który utracił dziś swą suwerenność, jest kozłem ofiarnym, którego bardzo łatwo jest oskarżać i szkalować na arenie międzynarodowej.
          Czy wierzy Pan w antysemityzm Polaków? Dr Dora Kacnelson udzieliła kiedyś wywiadu zatytułowanego "Antysemityzm Polaków jest wymysłem". Czy zgadza się Pan z tą wybitną Żydówką, która do śmierci podpisywała się: "Przewodnicząca Gminy Żydowskiej w Drohobyczu"?
          - Żyję w Polsce wśród Polaków od 56 lat. Spotykałem się z różnymi poglądami na temat Żydów. Były negatywne i były pozytywne. Ale nigdy nie były antysemickie. Zgadzam się z poglądem Dory Kacnelson, że "antysemityzm Polaków jest wymysłem". Należy dodać, iż jest wymysłem Żydów stosowanym na całym świecie dla uzyskania określonych korzyści. Należałoby wyjaśnić co to jest antysemityzm? Czy powiedzenie, że Żydzi mają krzywe nosy lub że rządzą światem to jest antysemityzm? Uogólnia się jakieś ekscesy czy wybryki chuligańskie nadając im rangę "antysemityzmu", ale to jest niedopuszczalne.
          Dlaczego w ogóle istnieje antysemityzm? Istnieje rasizm. W USA wymordowano wiele milionów Indian. Długo istniało niewolnictwo i apartheid.
          - Jak świat światem zawsze były niesnaski i nieporozumienia pomiędzy różnymi nacjami. Zawsze podłożem tych niechęci do innych, były próby uzyskania dominacji w świecie. Dominacji nad innymi ludźmi, innego koloru skóry i innego wyznania. Doprowadzało to niejednokrotnie do masowych mordów na niewinnych istotach ludzkich, do wielu ruchawek, które przeradzały się w Wojny totalne. Wielokrotnie ofiarami padał też naród żydowski, do którego żywiono niechęć i przypisywano mu sprawstwo w czynieniu Zła. Ale czy to też był antysemityzm?
          Co powodowało fale antysemityzmu w różnych krajach, w mniej więcej podobnych odstępach czasu?
          - Różne były powody niechęci do Żydów. Wywodziły się z przekonań religijnych, z biedy, z zazdrości, z układów politycznych, ale też nie należy zapominać, że z czystej ludzkiej głupoty.
          Czy zna Pan książkę izraelskiego profesora Izaaka Shamira "Żydzi i goje na przestrzeni wieków"? Czy sądzi Pan, że analiza mesjanizmu żydowskiego jest w tej książce prawdziwa?
          - Mesjanizm żydowski to jeden z elementów wiary w judaizmie. Trudny i kontrowersyjny do zrozumienia. Niewątpliwie w książce prof. Izaaka Shamira jest zawartych wiele prawd, ale nie dla wszystkich. Shamir zakładał, iż Żydzi jako naród wybrany mają prawo do stworzenia warunków dla zjednoczenia ludzi w jedno społeczeństwo, w którym Pan Bóg powierzył im misję tworzenia państwowości, którą utracili w okresie babilońskim. Była to głęboka wiara, iż Adonaj przyjdzie na pomoc umęczonym Żydom, że powierzył im misję nawracania innych ludów na judaizm. Poprzez kapłanów szerzyła się wiara w Mesjasza, która trwa po dzień dzisiejszy i na którego przyjście oczekują. Ciekawym wątkiem nauki kapłanów było przedstawienie cierpień narodu żydowskiego, który właśnie przez cierpienia miał udowodnić, że to właśnie Żydzi są narodem wybranym. Ale ponieważ część uwierzyła w Jezusa jako Zbawiciela świata, uznani zostali jako odstępcy od wiary praojców i zaliczeni do grupy sekt sprzecznych z judaizmem i dziś nie są uznawani przez Państwo Izrael jako Żydzi.
          Tworzy Pan w tej chwili komitet budowy pomnika "Anioły świata". Jaka jest idea pomnika i jak go Pan sobie wyobraża? Na ile ten pomnik będzie wyrazem Pana osobistych doświadczeń?
          - Pomnik poświęcony ludziom, którzy ratowali bezinteresownie Żydów od Zagłady jest moim osobistym marzeniem. Moja mama zawsze o nich mówiła "Anioły świata". Jednym z takich Aniołów była "ciocia" Franciszka Skibińska, która uratowała moją mamę od niechybnej śmierci w Treblince. Kiedy poznałem Panią Irenę Sendler, która przypomniała mi moją "ciocię" Franciszkę, po wielu rozmowach z nią na temat ludzi, którzy ratowali Żydów, poczułem wewnętrzną potrzebę powołania komitetu budowy takiego pomnika. Zdaję sobie sprawę, iż będzie to najtrudniejsze w moim życiu wyzwanie, jakie postawiłem przed sobą do realizacji. Składając hołd "Aniołom świata", chciałbym jednocześnie wyprostować i ukazać światu prawdziwe oblicze bohaterów, którzy podczas okupacji hitlerowskiej ratowali Żydów od Zagłady, np. papieża Piusa XII. Zaraz po wojnie wielu Żydów dziękowało mu za jego działalność, potem się od niego, a także od wielu innych szlachetnych ludzi, odwrócili. A przecież "kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat".
          W Muzeum Niepodległości otwarto wystawę poświęconą 90. Rocznicy Traktatu Wersalskiego. Konferencja Pokojowa w Paryżu w 1919 roku przywróciła Polsce niepodległość, ale miała ona gorzki smak. Dzięki międzynarodowym intrygom odebrano nam wcześniej przyznany Gdańsk, narzucono plebiscyty na śląsku oraz Warmii i Mazurach. Szczególnie upokarzający był jednak tzw. Mały Traktat Wersalski uprawniający mniejszości narodowe do odwoływania się do Ligi Narodów. Część polskich posłów nie chciała ratyfikować niepodległości ze względu na narzucony nam Mały Traktat, który upokarzał kraj największej tolerancji religijnej w Europie. Małego Traktatu nie narzucono pokonanym Niemcom, o skutkach czego niedługo miała się przekonać ludność żydowska. To, trochę podobna sytuacja do naszej konstytucji, w której uprzywilejowano mniejszości, których np. nie obowiązuje próg wyborczy. Co Pan o tym sądzi?
          - Generalnie Traktat Wersalski był dla Polski korzystny. Odzyskaliśmy niepodległość po 123 latach niewoli. Ale ten Mały Traktat Wersalski był wielce upokarzający dla Polaków, którzy przyjęli go z wielkim niesmakiem. Uchwalony w nim zapis dający możliwość mniejszościom narodowym czującym się, że są dyskryminowane, by mogły odwoływać się bezpośrednio do Ligi Narodów z pominięciem krajowej drogi sądowej, był mocnym policzkiem zadanym przez obywateli polskich pochodzenia żydowskiego. Ten nowy ład polityczny w Europie, ratyfikowany przez 27 państw, w sumie przyniósł największe korzyści Niemcom. Mały Traktat Wersalski został Polsce narzucony w wyniku krzykliwej postawy obywateli żydowskich. Już dwa lata wcześniej przed podpisaniem umów zawartych w Małym Traktacie na łamach prasy takiej jak "Hajnt" występowali z żądaniami nacjonalistycznymi, opowiadającymi się za stworzeniem Judeopolonii. Używając szantażu oświadczyli, że Polska, jeżeli chce uniknąć obcego wmieszania się na rzecz Żydów, to musi zadość uczynić wszystkim żądaniom żydowskich socjalistów. Ostrzegano i grożono politykom polskim, by zawczasu uznali prawa narodowe dla Żydów, a nie czekali w tym względzie na żaden nacisk Kongresu Pokoju. Kategorycznie żądali, by rząd natychmiast dokonał zapisu o całkowitym równouprawnieniu. Użyto wobec premiera Jana Kucharzewskiego starego, szmatławego sposobu przyspieszenia tego zapisu oskarżając go antysemityzm. Załagodzeniem tej paranoicznej sytuacji było wystąpienie rabina Perlmuttera w dniu 27 października 1917 roku, który przepraszając premiera wyraził miłość i oddanie się Żydów Polsce.
          Rozmawiał: Bohdan Poręba
          Koniec
          Myśl Polska Nr 22 (31.05.2009)

Fragment wywiadu przeprowadzonego z Żydem Bronisławem Geremkiem (Berele Lewartow) przez Żydówkę Hannę Krall (Hajka Rejchgold ) w 1981r.
Fragment ten został wtedy wycięty przez cenzurę. Po 1989r. osobnik ten był kilkakrotnie wybierany przez ogłupione pospólstwo w wyborach parlamentalrnych i obecnie jest europosłem w Brukseli. (zginął w wypadku samochodowym, który sam spowodował). Kogo on reprezentuje? Niestety takich jak on jest tysiące, codziennie oglądamy ich na wszystkich kanałach telewizorów.
Ciekawe co na to "wielki myśliciel, autorytet i intelektualista" Lech Wałęsa.
 Hanna Krall: Skad pan wemie tylu Żydów? Kto im da przedsibiorstwa? Kto da pienidze?
   Bronisaw Geremek: O naszej "Solidarności" to już pani zapomniała? Jeszcze będą prosić żeby Żydzi brali te przedsiębiorstwa
Hanna Krall: Jeszcze nie obejmuję myslą i wzrokiem duszy tej operacji, ale już cieszy mnie ona ogromnie.
   Bronisław Geremek: Jest ustawa o samorządzie przedsiebiorstwa? Jest? Mogła być dla nas jeszcze lepsza, ale i to wystarczy. Przewiduje ona, że mogą być tworzone spółki prywatno-samorządowe i spółki prywatno-państwowe. Przewiduję. Co jest potrzebne na rozruch takiej spółki? My wiemy dobrze. Pieniądze! A kto ma dziś pieniądze na takie interesy? Może Polacy? Nie, ja Polaków w tym interesie jako udziałowców nie widzę. Pieniądze dadzą Żydzi! Głowę do interesu też Żydzi i pytała pani: "skąd wezmę tylu Żydów?" A no na szczęście ludu Izraela, już są. Przez 38 lat populacja odrodziła się: w Izraelu, Europie Zachodniej, Związku Radzieckim. Kiedy tylko uchwalimy ustawę o podwójnym obywatelstwie i prawie swobodnego wyboru miejsca zamieszkania oraz podróżowania do Polski tam i z powrotem - w zależności wyłącznie od chęci zainteresowanego takiego z podwójnym obywatelstwem polskim. Z kadrami do zreprywatyzowanego przemysłu, rzemiosła i handlu nie mamy najmniejszego kłopotu. A warsztaty pracy stoją otworem, a nawet i puste. Opłaciło się nam doprowadzić je do takiego stanu, do takiej żałosnej ruiny. W takim stanie będą dawać je nam za darmo i jeszcze całować w rękę, aby była praca dla Polaków i trochę na rynek.
Hanna Krall: Dlaczego tylko trochę na rynek wewnętrzny?
   Bronisaw Geremek: Bo te zakłady będą produkować na eksport, a nie na rynek.
Hanna Krall: A jak "Solidarność" będzie tą produkcję wysyaną na eksport zatrzymywła na granicy albo w portach?
   Bronisaw Geremek: Jaka "Solidarność"? Jak to wszystko się nam uda, to "Solidarność" bedzie kijem naganiała swoich członków i partyjnych też do ostrej i wytężonej pracy w nadziei, że samorząd zbliży ją do zysków na horyzoncie. Te zyski bedą, ale jak pęczek marchwi przed łbem osła aby stale cignął ten nasz ciężki wóz.
Hanna Krall: Panie profesorze, wydaje mi się, że pan niezbyt lubi Polaków!
   Bronisaw Geremek: Niezbyt lubi? Takie określenie jest niezbyt ścisłe! Ja ich po prostu nienawidzę!. Tak nienawidzę, że nie wiem jak to wyrazić słowami.

Hanna Krall: Ale przecież pana i pana matkę uratował właśnie Polak!
   Bronisaw Geremek: To prawda. Stefan Geremek ukrył nas oboje w Zawichoście. Później nawet, kiedy było już jasne i pewne, ze mój ojciec Borys Lewartow - nauczyciel ze szkółki rabinackiej, zginął w gettcie warszawskim, ożenił się z moją matką. Niemniej jednak jak od dziecka musiałem ukrywać swoje pochodzenie i nie jeden raz blużniem przenajświętszemu, niech będzie sławione imię jego po wieki wieków, że stworzył mnie właśnie Żydem! A zresztą, czytała chyba pani pamiętniki Emanuela Gingelbluma?
Hanna Krall: Oczywiście. Przecież pisałam ksiażkę o gettcie warszawskim i bohaterach żydowskiego Ruchu Oporu.
   Bronisław Geremek: No, to co pewnego razu powiedzieli Żydzi, którzy razem z Gingenblumem ukrywani byli w bunkrze przy ulicy Wolskiej przez ogrodnika Marczaka i jego rodzinę? Pamięta pani, panno Hanko?
Hanna Krall: Tak. Pamiętam. Mówili: Nienawidzimy Polaków, bo im jest lepiej niż nam.
   Bronisław Geremek: No, to teraz nie będzie się pani zastanawiła, że cały ruch społeczny, który tworzymy oraz ożywimy go najróżnorodniejszymi nurtami politycznymi, ma na celu doprowadzić do takich zmian w strukturze pastwowo-gospodarczej Polski, aby Żydom w Polsce żyło się zawsze lepiej jak Polakom.


za
http://www.polonica.net/Zdrada_żydowska-geremek.htm

Powrót do góry strony